• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.05.1972] "The art of eye contact."

[18.05.1972] "The art of eye contact."
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#11
07.08.2023, 15:55  ✶  

Księżyc świeci najjaśniej na niebie swoją pełnią, tylko wtedy, kiedy zachodzi słońce. Kiedy wszyscy śpią, a jego blask rozświetla głębokie, czarne niebo i jezioro gwiazd. Coś go stopowało. Coś zakrywało jego blask, jakieś czarne chmury. Zawsze pojawiał się tylko w kwadrach lub znikał całkiem, kiedy przychodził nów. I był daleko... od wszystkiego jak najdalej. Dobrze mu było tak, a przynajmniej tak sobie to wmawiał. Stał z boku i przyglądał się gwiazdom, a one migotały swoim światłem. Po cóż był im blask Księżyca, skoro same świeciły jasno na niebie? A niech świecą, jak im się dobrze powodzi. Niech błyszczą, a on chętnie popatrzy na nie w milczeniu. Srebro gasło, kiedy nadchodziła burza. Nie lubił w nich pływać, w tych ciemnych mgłach i błyskawicach. Obserwować z daleka, owszem, ale nigdy nie pragnął być ich częścią. Kiedyś mu to nie przeszkadzało. W Hogwarcie chętnie wrzucał zapałkę do oleju i patrzył, jak płonie, tylko dlatego, że był ciekawy, jaką postać przybiorą płomienie. Teraz był już tym zmęczony.

Pomimo chmur, uśmiechnął się słabo. Na ten śmiech i przymrużone oczy chyba, bo słowa jakoś do niego nie dotarły. Nie tam, gdzie powinny. Założył ręce na piersi. - Nie stopuję się. Po prostu nie wyrażam jednogłośnej opinii na tematy, o których nie mam pojęcia. - Obruszył się lekko, bo zapewnień nie potrzebował. Jakby nie były to tylko spekulacje, to by powiedział to dosadniej. Proste i logiczne, jak wszystko. Prócz tego, co mu w głowie siedziało oczywiście... - Tak, to prawda. Charakter też jest bardzo ważny... - Przyznał, po czym prychnął cicho, rozbawiony pewną myślą. Zastanawiał się, czy ją powiedzieć, żeby znowu go nie urazić, ale w końcu się jej poddał. - Pewnie Michaela nie było łatwo wytresować, co? Wydaje się... mocny z charakteru... - Może dlatego go polubił... Jakoś sam pewniej się czuł przy takich "osobach", bo wiedział, na czym stoi. Na twardym gruncie, na którym wiedział, ze musiał uważać. A tak to nie wiesz, na co możesz sobie właściwie pozwolić, a co zaraz będzie odebrane jako obrazę majestatu i zaraz będziesz musiał się bronić i wymigiwać, żeby tylko nie stracić łba. Sprawa postawiona jasno i dosadnie, jak przy pierwszym spotkaniu z abraksanem. Nie zbliżaj się, bo dostaniesz w pysk. I zbliżyć się nie zbliżył. W tym momencie rozumiał miłość Laurenta do zwierząt. One nie noszą żadnych masek i nie kręcą, nie kombinują, tylko są, jakie są. I tyle. Aż tyle.

Kayden podążył za blondynem, aż na tereny znajdujące się za żywopłotem. Potem już w milczeniu obserwował całą sytuację z Jurczakiem i Charliem, zastanawiając się, kiedy go pożre i będzie musiał się matce tłumaczyć, jakim sposobem ta mała kulka została połknięta jednym haustem. Charlie był jak zwykle wniebowzięty nowością w postacie wielkiego demona, ale jakoś się nie wystraszył. Chyba za mały móżdżek, nie ma tam już miejsca na takie coś jak zdrowy rozsądek. Charlie nie reagował na komendy po angielsku, więc Kayden musiał zagwizdać na niego i mruknąć "assis" i "couché", żeby w końcu posadził kuperek spokojniej, szurając ogonem po trawie. Kay przyglądał się zachowaniom zwierząt ze spokojną miną, a potem podążył za Laurentym.

Zaraz w myślach znów pojawiło się słowo nie, które aż cisnęło mu się na język. Miał wiele powodów, żeby o tym nie rozmawiać. Zaczynając od tego, że sam nie wiedział, co tam się właściwie wydarzyło. Nie potrafił rozbroić tego na czynniki pierwsze. No a kończąc na tym, że wzbraniał się od tego. Od ognia, który zapłonął do mężczyzny. Zaprzeczał, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Oszukiwał sam siebie, bo tak było łatwiej. Było...? Nie było. Gdyby było, mógłby spać spokojniej, a w lustro patrzyłby się bez tej krzywej miny. Wciąż bronił się jednym argumentem... bo to było pod wpływem chwili. Chwili nieuwagi, czy chwili przyjemności? Bo oba miały skrajnie różne znaczenia. Jeśli to przez nieuwagę, to znaczyło, że już wcześniej w nim to siedziało. Jeśli przez przyjemność, to dało się o tym zapomnieć. Wytłumaczyć. Zignorować, jak zwyczajną pomyłkę. Bał się odpowiedzi. Patrzył na morze i plażę, ale tak naprawdę nie widział nic.

- Chciałem przeprosić, jeśli cię uraziłem... - Powiedział cicho, spokojnie, nie patrząc na niego. Czym zawinił? Nie był pewny. Może tym spojrzeniem, którego nie potrafił odwrócić... a powinien. Może za to ostre "nie". Za coś na pewno, bo winny się czuł i to jak jasna cholera. - To nie moja sprawa. - Dodał, jako zapewnienie, że nie będzie się w to mieszać. Bo nie miał zamiaru. Plotki to nie była jego domena, nawet jeśli jego krew mówiła co innego. Krew, która być może wcale nie jest taka czysta jak wszyscy zakładali...



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
08.08.2023, 20:58  ✶  

Ach, co za mądry człowiek. Układa świat w swoich myślach jak pszczoły starannie budowały swój ul. Jak tor obiły - ciężko powiedzieć. A jednak każda z nich tworzyła ścianki idealnych długości, wielkości. Wszystko było wymierzone jakby co do milimetra. Przecież żadna z nich nie latała z linijką. Czy to było w ogóle trafne porównanie? Kiedy Kayden zaczynał mówić w taki sposób, już kolejny raz, kiedy jego oczy przestawały być takie ostre i ściągał nóż z gardła temu, na kogo spoglądał, zamieniał się w puszystego misia, do którego można się przytulić i zaśmiać razem z nim. Z jego uroczej głupotki i z jego mądrości jednocześnie. Może kwestia tego, że z jego prostoty w mądrości, jaką miał. Kolejny raz Kayden pokazał, że jego myśli to równe ścieżki, a kiedy stawały się kręte zwalniał. I nie chciał nimi iść tak po prostu, dopóki nie zrozumie terenu pod swoimi nogami i nie upewni się, że nie potknie się o jedną z zawalonych gałęzi. Więc tak - pszczoły. Niesamowite, mądre, pracowite stworzenia, które przynosiły temu światu więcej, niż ktokolwiek bez wiedzy o nich by podejrzewał. Zazwyczaj ludzie widzieli tylko to, że żądliły. Chyba właśnie jak z tym spojrzeniem - a ono potrafiło o wiele więcej niż tylko ciąć. Sam przekonałeś się o tym aż za dobrze. Słodkie pragnienie. Nie, Laurenta nigdy nie nudził blask gwiazd i trzask płomienia. Za każdym razem, kiedy się im przyglądał, były tak samo romantyczne. I tak samo nieosiągalne.

- Brak wyrażania pewnej opinii nie jest niczym złym. W nauce przecież ważne jest stawianie tez, by poszukiwać odpowiedzi. Ty jednak zwalniasz i tracisz... - pewność siebie - to chciał powiedzieć. Jednak trochę niepewnie na niego zerknął, człowieka, którego znudził nawet ogień i księżyc. Uniknął jego wzroku i postanowił nie wymawiać tych, miał wrażenie, słów-kluczy. Śmianie się chyba też nie było najlepszym pomysłem. Czy reakcja powinna być inna? Powinien się ograniczyć? Czy może tutaj było przekoloryzowanie reakcji na obruszenia się Kaydena? - Przepraszam. - Uśmiechnął się łagodnie. - Wydawało mi się, że masz bardzo wiele do powiedzenia i jeszcze więcej do zbadania. Dlatego chciałem zapewnić, że jestem dobrym słuchaczem. To wszystko. - Ach, ta duma, ta duma... Laurent czasami innym jej wręcz pozazdrościł. Sam czuł się tak brudny i... szkoda gadać. Miło było czasami poczerpać inspiracji od ludzi, którzy mieli w sobie coś więcej i jeszcze nie wystawiali tego jako broni przeciwko tobie. Nie bardzo wiedział, co go tak rozbawiło, że prychnął, dlatego na moment spojrzał na niego z lekką... okazaną wręcz niepewnością. Wymsknęła się trochę podświadomie. Między wierszami, wśród których nie wiedział, czy ma do czynienia z kimś, przed kim można coś takiego okazać, czy też nie. - Nie. Nie było to łatwe. Uważali, że szkoda zachodu z tym źrebakiem, bo jest zbyt charakterny. Nie ma takiej istoty, która nie zasługuje na szansę. - I Laurent powiedział to bardzo stanowczym tonem, który był jak spokojny ocean. Spokojny... ale przecież władał taką siłą. Bo w to Laurent wierzył. Sam otrzymał szansę. I był za to naprawdę wdzięczny.

Był wdzięczny, że Kayden operował swoim psem. "Operował". Nie znał francuskiego, a i nie wiedział, że pies reaguje tylko na francuskie określenia. Natomiast trochę pracy wymagało to wspaniałe zapoznanie się towarzyszy. Wszystko po to, żeby naprawdę mogli się zająć choć trochę sobą i szczenię mogło się pobawić, zostawiając swojego pana w spokoju. Laurent zresztą również nie zamierzał Kaydena swoją osobą niepokoić. Tym bardziej nie zamierzał się narzucać.

- U-urazić? - Aż się zająknął ze zdziwienia, kiedy padły te słowa. Przeprosić? Gapił się na Kaydena w niemałym szoku. Gładko przerodziło się to w absolutne zakłopotanie. On oczu nie opuścił od razu, dopiero po chwili, trochę się rumieniąc, kierując je na dom. I złapał się za ręce, zakładając je na siebie przed klatką piersiową. Ooch... może trzeba było nie pytać. Ale to pytanie było chyba konieczne, żeby oczyścić atmosferę. Ten status trwał niby wieczność w odtwarzaniu świata według Lukrecji, ale tak naprawdę to było pięć sekund jego słabości, nim wziął głęboki wdech rześkiego powietrza i zmusił się do tego, żeby z powrotem się uśmiechnąć i spojrzał na gościa. To nie moja sprawa zabrzmiało... jeszcze gorzej. Zabrzmiało tak brutalnie, że wcisnęło się w mózg blondyna naprawdę nieprzyjemnymi szpilami. Choć to prawda - to nie była jego sprawa. I miał ochotę przez moment to wysyczeć w jego kierunku. Lecz nie. Nie, bo miał całkowitą rację. - To raczej ja przepraszam, nie powinienem był. Dziękuję za dyskrecję. - ... spróbowałbyś jej nie zachować. - Proszę się rozgościć. Zaraz przyjdę. Kawy? Herbaty? - Dopytał jeszcze, zanim wszedł przez drzwi tarasowe do domu. Zawołał skrzata i polecił mu przygotowanie i zaniesienie zastawy do pani Delacour oraz przygotowanie dla niego herbaty i tego, co zażyczył sobie jego gość. Przydała mu się ta przerwa. Ta pauza.

Jak dziwne było to spotkanie tylko niebiosa wiedziały.

Wrócił na taras po chwili, kładąc tacę na stole.

- Ale, tak nawiasem mówiąc, między nami... gdybyś jednak zmienił zdanie a ciekawość wygrała to moje drzwi będą stały otworem. - Laurent naprawdę chciał mieć więcej szacunku dla siebie. Chyba nie potrafił. Szczególnie przed tymi, przed którymi sądził, że i tak go stracił.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#13
10.08.2023, 15:25  ✶  

"Nie ma takiej istoty, która nie zasługuje na szansę." Jakoś go te słowa ruszyły, aż drgnął, jak dźgnięty patykiem w żebro. Albo w serce? Gdzieś tam, w tamtym zakątku. Spodobało mu się, że tak to powiedział. Tak samo, jak spodobało mu się, że tak go zapewniał. Dobry słuchacz. Dobry słuchacz zwykle więcej słucha o problemach innych, niż się komuś zwierza. Kayden był ciekaw, czy w tym przypadku było tak samo, czy jednak jego przypuszczenia były dalekie od prawdy. Laurent wydawał mu się jakiś taki... ah, cóż za słowo miał na końcu języka? Dobroduszny? Może właśnie dlatego zwierzęta go lubiły... Wyczuwały dobre serce albo serce, które dobre chciało być. Dobroduszny, ale zamknięty w sobie. Nie to, żeby sam był otwartą księgą... jednak gołębie serce bardzo łatwo było zranić. Ale tak... to nie jego sprawa. Mimo tego poczuł do Laurentego sympatię i szacunek, kiedy tak wspomniał o tym, ile trudu musiał włożyć w okiełznanie Michaela. Wymagało to pewnie dużo cierpliwości i siły... Wytrwały. Stanowczy... Kayden uśmiechnął się krzywo, bo te cechy u ludzi cenił. Im dłużej słuchał Laurentego, tym wartościowszym człowiekiem się stawał w jego oczach. Tym bardziej skonfundowany się czuł. Patrzył na ocean, którym targał wiatr, a wzburzone fale nieugięcie uderzały o ląd. Mimo tego wciąż potrafił zachwycić, kiedy woda równała swoją taflę, odbijając słońce jak zwierciadło.

Chciał powiedzieć, że go podziwia za ten ośli upór. Za to, że udało mu się wytresować charakternego abraksana. Za jego poświęcenie i czas, który włożył w to wszystko... ale milczał, bo jego opinia była gówno warta. Mimo tego uśmiechnął się lekko, zerkając na kompleks budynków z aprobatą w oczach. Sposób, w jaki Laurent mówił o swoich zwierzętach i jego zaangażowanie były godne pochwały, nawet tak najmniejszej, jaka mogła paść z jego ust. Ile zwierząt otaczał w ten sposób opieką? Ilu dawał dom? Ile czasu poświęcał na to wszystko? Lata... Dzień w dzień nieustannej pracy... - Robicie tu kawał dobrej roboty... - Powiedział cicho, mrużąc oczy przed słońcem. Oni wszyscy, bo jednak pomoc miał i zasług nie należało odbierać nikomu. Pomiędzy tym całym gnojowiskiem, gdzie wszystko miało swoje parszywe miejsce i każde odchyły były potępiane, wśród tych bogaczy i biedoty, tam, gdzie wciąż czaiło się kłusownictwo, a niektóre hodowle były w opłakanym stanie... taki raj dla zwierząt był cudowny. - Naprawdę niesamowitej...

Na zdziwienie odpowiedział zdziwieniem, które jednak szybko odegnał, marszcząc brwi i wsadzając ręce do kieszeni spodni. Jakby chciał je czymś zająć, nie chwytając za papierosy. Na zarumienioną twarz, co jednak nie umknęło jego uwadze, tylko uniósł brew w górę. Co znowu powiedział nie tak? Miał ochotę zapalić... ale się powstrzymał. Jakoś gryzło się to strasznie z tym miejscem. Nie chciał burzyć tego spokoju tym siwym, śmierdzącym dymem, który i tak mu nie pomoże. - Poproszę kawę... - Westchnął cicho i rozglądnął się w poszukiwaniu miejsca, dzięki któremu nie stałby jak kołek na tym tarasie.

Naprawdę, przedziwne spotkanie.

Nie wiedział co odpowiedzieć na tę propozycję. Miał ochotę syknąć i smagnąć go spojrzeniem jak z bicza, ale się pohamował. Jedynie zmarszczył brwi i odwrócił wzrok, żeby spojrzeć na morze i zanurzyć w nim myśli. Ciekawość była, zaduszona gdzieś głęboko w tym srebrze. W samym rdzeniu... i wcale to nie znaczyło, że im głębiej, tym lepiej. Wręcz przeciwnie. Im bardziej ją zakopywał, tym więcej robali wyłaziło na wierzch. Tyle tylko, że ciekawość była lekiem na nudę, a on nudy nie znosił... Nie chciał wcale o tym myśleć. O tej możliwości. Zły był, że tych drzwi jednak nie zamknął... byłoby mu prościej się od tego odciąć, a tak... a tak, wzrok mu odbiegał w jego stronę. Z tą parszywą ciekawością. Chciałby, żeby trzasnął nimi, aż by zawiasy powypadały. Żeby mu tę możliwość odebrał dosadnie, aż dostałby w ryj. Taką pragnął solucję, a jednocześnie, pragnienie to skradało się ku morskim oczom i jasnym włosom jak jakiś pełzający po ziemi cień. Wyciągający w jego stronę pazury i błagający, by ten żar jednak na nowo rozpalił. Ten ogień, który przez tak krótki czas zdążył rozwiać to znudzenie życiem i liznąć usta płomieniem, wcale ich nie dotykając.

Złe myśli na taką chwilę... Niepoprawne. Sam obraz sprawiał, że promienie słońca wydawały się chłodne w stosunku do tego, co paliło go od środka. Nie. Chlastała stal po rękach, które niemalże sięgały w stronę blondyna. Ciekawość jednak działała jedynie na wyobraźnię. A przynajmniej na razie.

- Pozwolisz, że grzecznie odmówię. - Grzecznie, tym razem, choć powiedział to prawie przez zaciśnięte zęby. Srebro mówiło, co chciało, a ciało i głos słuchały. Był za to wdzięczny sobie samemu. Kayden spojrzał na Laurenta, aż mu oczy zaiskrzyły. - Nie boisz się...? - Zapytał cicho, szeptem prawie, ale wystarczająco głośno, żeby usłyszał. W głosie czaiła się wątpliwość, ale i swego rodzaju potępienie. Nie z tego, jaki był, tylko czym ryzykował. - O te zwierzęta? - Sprecyzował. Nazwisko było wizytówką. Wyklęty przez tych, którzy uważali to za grzech, za chorobę... Straciłby na popularności, na dochodach... na wszystkim. Oczywiście, znaleźliby się i tacy, których by to nie obchodziło, ale... ale jednak, zawsze było to "ale"...



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
10.08.2023, 18:42  ✶  

Miał dziwne wrażenie, że Kayden Delacour stał na zbyt wysokim podeście, żeby mógł go dosięgnąć. Gdzieś pomiędzy tymi mądrymi, bogatymi dziedzicami swoich domów. Mądry, wyprostowany, noszący swoją dumę jak lew nosił grzywę. Zatonąłby w blasku słońca, gdyby Laurent uniósł do niego głowę. Uciszał go bardzo dosadnie, chociaż niecelowo. Kayden Laurenta - ot co, a jak to działało w drugą stronę? Te rozmowy były okraszone jakąś wielką dozą niepewności. Grą z obu stron, gdzie jednocześnie opuszczane były kurtyny, żeby potem je zaciągnąć ze złością, że w ogóle się spróbowało. Ach, byłoby to strasznie niezręczne, gdyby Laurent do tego nie nawykł. Dbał o to, żeby nie brać do siebie odmów, żeby nie wstydzić się różnicy pułapów, żeby prezentować się też jak milion dolarów - i tak pewnie, jak tylko potrafił. A to znowu nie było takie trudne. Mimo to było mu szkoda. Szkoda tego, że nie mógł posmakować tej boskości i że miał wrażenie, że to jemu szczędzono słów. Chociaż... Kayden wydawał się szczery, kiedy mówił, że po prostu nie chce wyjść na głupca. Tak to zrozumiał Laurent. Nie wyrobił sobie zdania na jakiś temat, więc nie chciał mówić o tym, co nie było dla niego gruntem poznanym. I jednocześnie nie pytał. Jakby brak wiedzy był przekreślający... coś. Jakby miał go na coś złego skazywać. Nie miał pojęcia, co działo się pod kopułą ciemnych włosów. Chciał go słuchać, bo mówił rzeczy ciekawe i chętnie dałby się kołysać brzmieniu jego głosu, kiedy mówił z tym zalążkiem pasji, zaciekawienia i jednocześnie zmieniała się troszkę jego mimika. Zdawał sobie z tego sprawę? Nabierał pewności siebie ale nie tej samej, którą prezentował milcząc i błyskając ostrzegawczo srebrem i stalą. To była łagodna pewność siebie, która go rozjaśniała. Laurent chciał się poogrzewać w tej jasności. I chętnie chłonął mądrości, które przez tego człowieka przemawiały i przepływały.

- Dziękuję. Wkładamy w to miejsce całe serce. - On i... no może nie wszystkie osoby, które tutaj pracowały, bo przecież niektórzy chcieli zwyczajnie pracować. Ale nie szkodzi. Laurent dbał o to, żeby pracujące tu osoby były po prostu pracowite i uczciwe. Nie przeszkadzało mu to, że czasem ktoś gorzej się czuł, że czasem musiał odsapnąć, wziąć urlop. Rozumiał i wybaczał bardzo wiele, a chciał jednego - żeby ludzie szanowali swoją pracę. I może żeby szanowali jego. Chociaż do pewnego stopnia. Oczywiście ludzie byli różni, a dobranie dobrej załogi też nie było proste. Tak i niektóre osoby były ciągle wymienianie, by złapać taką, która naprawdę sprawdzi się na swoim stanowisku. Nie każdy musiał być pasjonatem i Laurent to szanował. - Mam nadzieję, że ten raj, kiedy ludzie go zobaczą, zmieni chociaż trochę spojrzenie ludzi na istoty, jakimi jesteśmy otoczeni. I o których często czarodzieje zapominają. - W końcu urbanizacja trwała nie tylko przez mugolaków. Wszyscy wypychali stworzenia z ich naturalnych siedlisk, nie wspominając już o tym kłusownictwie. To jednak powoli ulegało zmianom. Powolutku. Małymi kroczkami do przodu.

Tka, to było w istocie bardzo dziwne spotkanie. Spotkanie, w którym Laurent spojrzał na swoje nędzne wartości życiowe i to, jak bardzo poukładany był jego świat. Albo właśnie jak bardzo poukładany nie był. Wstyd można było zachować tam, gdzie jeszcze było co zachowywać. Tak samo jak dobrą twarz. A tutaj? Nie, nie wierzył w to, że tylko mu się wydawało. Albo nie chciał wierzyć. Pewnie to drugie. Nie dawałoby mu to spokoju. Tak jak nie dawało przez ostatnie dni. Reakcja Kaydena... tym razem go nie zaskoczyła. Tym razem był gotów na ostrze przechodzące przez jego ciało. Nie, nie było przez to przyjemniejsze, ale przynajmniej nie wytrąciło go z równowagi, a on sam zachował delikatny uśmiech. Nie usiadł obok Kaydena. Ściągnął jednym pociągnięciem różdżki powoli filiżankę z tacki, postawił ją przed Kaydenem, tak samo czajniczek z zaparzoną kawą, cukier, mleko do kawy, bo przecież tak wypadało. Nie znał gustów swojego gościa.

- Pochlebia mi wręcz to, że pytasz. - Bo to znaczyło, że Kayden nie znał plotek, ale miał prawo. Nie wydawał się wcale zainteresowany towarzystwem, w którym akurat Laurent się obracał. Zresztą z jakiegoś powodu nie natknęli się na siebie bezpośrednio do tej pory. Może minęli się za to nie raz, nie dwa, nawet się nie zauważając w tłumie. - Cóż, odpowiedzialność za to spoczywa teraz w twoich rękach, nie moich. - Laurent spojrzał w oczy Kaydena, choć kosztowało go to BARDZO dużo energii i woli. Nie, zdecydowanie nie uważał, że trafił na przeciwnika, z którym nadawał się do gry. To była inna liga. Liga, której Laurent unikał. - Więc nie wiem, czy to groźba? Bo nie brzmi na taką. - Mimo ostrości tych słów i jego spojrzenia. Chociaż słyszał i widział, że Kayden chyba bardzo próbował być w tym wszystkim... grzeczny. Z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu. Postanowił jednak nie wyciągać brudu z szafy i nie wypominać tego spojrzenia, jakie Kayden mu słał. Nie miał do tego serca. Och, jaki poczuł się brudny pod tym spojrzeniem, jaki... obskurny. Tak się zdarzało. Nawet bardzo często. Ale takie historie miały jeszcze gorsze zakończenia. Usiadł na krześle obok tak, by patrzeć prosto na morze i by nie mieli siebie... naprzeciwko siebie. - Koniec końców zawsze będzie chodziło o pieniądze. Nikt cię nie musi szanować, dopóki je masz. - Laurent założył nogę na nogę i złożył dłonie na udach. A czy się bał? Bardzo. Zbyt często i za bardzo. I bał się bardzo wielu rzeczy.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#15
11.08.2023, 12:06  ✶  

Jakby na to nie patrzeć, szacunek był bardzo kruchą wartością, niemal tak kruchą, jak miłość. Wystarczyło jedno pęknięcie, żeby wszystko trafił szlag. Tylko ktoś naiwny szanowałby bezwarunkowo, naiwny i całkiem ślepy. Kayden miał szacunek do pojedynczych wartości. Do wiedzy, do życzliwości, do wyrozumiałości... w momencie, kiedy znikały, ten szacunek także odpływał na samo dno. Tonął jak dziurawy statek. Tak było prościej. Bezpieczniej. Jednocześnie wydawało mu się, że ten szacunek, który tonął, przeradzał się w swego rodzaju... sentyment. Nigdy tak naprawdę nie znikał. Było to w jego mniemaniu bardziej rozsądne, szanowanie za coś, co rzeczywiście miało znaczenie. Szacunek, który został kupiony, czy to za pieniądze czy za inną "walutę", nigdy nie będzie prawdziwy. Kay często się zastanawiał, ile tak naprawdę ludzi potrafi wykrzesać z siebie to szczere uznanie i respekt do drugiego człowieka. Co o tym decyduje? Przeciwności losu, których doświadczył? Doświadczenie? Empatia? Ciężko mu było to stwierdzić i nadać temu jakąś zależność. Ciężko też było czasem okazać ten szacunek słowem, kiedy tak trudno mówił sercem, nie rozumem.

- To widać. - Powiedział, bo rzeczywiście, nie musiał się wcale doszukiwać tego poświęcenia. Widział go i słyszał, a słuchał z uwagą. Dlatego też zwrócił ją w stronę Lukrecji i pokiwał głową. - Też mam taką nadzieję. Na to, że więcej osób zrozumie, że zwierzęta to też życie, które powinno się cenić... A nie skóry, poroża i pióra do ozdobienia płaszczy...

Kayden podziękował za kawę i wcale nie zdziwił się, że jego towarzysz nie usiadł naprzeciwko niego. Właściwie, to poczuł delikatną ulgę, nie będąc przez niego... rozpraszanym? Nie potrafił się całkowicie skupić, kiedy zaglądał w te morskie tęczówki. Nie dodał cukru, nie dodał mleka, chyba nic dziwnego, że preferował gorzką... Jakoś w jego wypadku, było to do przewidzenia.

Nie, Kay nie znał plotek. Nie interesowały go, a nawet jeśli zdecydowałby się grzebać głębiej i faktycznie na coś natrafił, zapisałby to jedynie na marginesie, żeby mieć to na uwadze. Te wszystkie szepty i kpiny, które by usłyszał. Cała kartka pozostałaby jednak niezapisana i czekała, aż sam naskrobie swoje wnioski. Nie był na tyle dociekliwy, żeby zacząć interesować się życiem Laurentego, jeśli nie widział takiej potrzeby. A potrzeba, czy raczej pragnienie było, tylko przysłonięte przez strach i niechęć. To było dość komiczne, bo nie darzył nią Laurenta, a siebie, nie do końca wiedząc, czy jest to podejście egoistyczne, czy też wręcz przeciwnie. Czuł się zaplątany w supeł, bez możliwości ucieczki od samego siebie. - To nie groźba... - Westchnął, przymykając na chwilę oczy. Schował srebro, stłumił je, bo walczyć nie zamierzał. Z kim? Z samym sobą? Wina leżała przecież też po jego stronie, choć wcale winą nie powinno to być nazwane. Kim ja jestem, żeby osądzać? Bo Bogiem na pewno nie był, nieważne jak długo siedziałby na kamieniu, rozmyślając jak grecki filozof. - Jestem po prostu ciekawy... Czy masz w tym jakiś większy cel, żeby tyle ryzykować. - Innymi słowy... czy warto? Ta chwilowa pretensja zniknęła, jak ręką odjął. Pojawiła się ciekawość, która nakręcana była przez jego własne przemyślenia. Tak, jakby rozważał, czy jego własna fascynacja może być usprawiedliwiona.

Założył ręce na piersi. - To chore myślenie. - Nie chciał go obrażać. Naprawdę nie chciał... Po prostu jego słowa i ton głosu czasami były zbyt brutalne, co uświadamiał sobie dopiero po fakcie i nie zawsze miał szansę, by się poprawić. - Przepraszam... nie to miałem na myśli. Nie krytykuję cię. - Dodał szybko, żeby ta szansa czasem nie została mu odebrana. - Po prostu nie podoba mi się, że to prawda... Że takie myślenie rzeczywiście uchodzi płazem... Że pieniądze są stawiane na podium, zamiast skupić się na czymś, co naprawdę ma znaczenie... - Wyjaśnił, patrząc na Laurenta niepewnie. - Po twoich słowach wnioskuję, że tobie też to przeszkadza, mylę się? - Zapytał, bo wyczuł w nich gorzką nutę. W jego słowach. Starał się stąpać bardzo ostrożnie po ruchomych piaskach, nie chcąc zabrnąć za daleko ze swoimi wnioskami. - Szacunek nie powinien być wartością, określaną przez pieniądze... - Odwrócił wzrok, znów spoglądając na morze, jakby studził nim swoją irytację, zmywał ją z siebie i oddychał miarowo. - Ale masz rację... to ideologia, która tutaj nie ma znaczenia. Ludzie są zbyt puści, żeby to zrozumieć... albo po prostu zbyt wygodni. - Skrzywił się, bo nieważne jak bardzo chciałby, żeby było inaczej, świat się nie zmieni. Jest zbyt duży i zbyt wiele w nim spaczenia... żeby się go pozbyć, trzeba by odkroić sporą część zepsutego jabłka, ale i tak pleśń powróci. To proces, którego zatrzymać się nie dało. Zawsze będzie duma i będzie uprzedzenie, a do tych wartości zawsze będą przyczepione pieniądze. Kay spojrzał na Laurentego, już łagodniej, bez tej surowości w oczach, która zwykle mu towarzyszyła. - Ale myślę, że to, co robisz tutaj, zasługuje na szacunek. - Oznajmił spokojnie. - I zasługuje na to, by być wzorem do naśladowania. Niezależnie od opinii dotyczącej jednostki. Bo robicie coś dobrego. - Ochrona i opieka nad stworzeniami, których to spaczenie nie dosięgało. Które w pewnym sensie były... czyste. To była wartość, którą szanował. Tak. Szanował jego pracę, choć nie znał brudów, które go tak dręczyły i sprawiały, że nie widział w sobie tego światła. Nie sądził też, by te plotki sprawiły, by ten szacunek utracił, dopóki robił to, co robił. Widział w nim dobre serce, być może... o zrgrozo... jak te zwierzęta wokół niego. Wyczuwał je, choć zbyt głęboko zaglądać nie musiał. Wystarczyło wsłuchać się w jego słowa i zobaczyć, jak traktuje innych. Przede wszystkim te istoty, którymi się otaczał. Jedyne, czego nie brał pod uwagę, to tego anielskiego uśmiechu. Był zbyt mylący. Wyświczony na pokaz, choć wciąż niezaprzeczalnie piękny.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
11.08.2023, 16:25  ✶  

Nigdy by nie pomyślał, że człowiek taki jak Kayden budował swój szacunek na rzeczach tak kruchych jak życzliwość, empatia czy zrozumienie. Kayden - Mężczyzna Milion Galeonów, który pewnie bawił na salonach panienki równie sprawnie, co zabawiał się jedną w tamtym klubie. I też tak nie myślał. Nie myślał o tym, że ten człowiek żywił do niego szacunek, wręcz przeciwnie, że jego pogarda rosła i obrzydzenie, że tylko ciekawość trzymała go w miejscu. Tak, ciekawość - bo to już mówiłby całkowicie otwarcie o Kaydenie. Że chciałby badać i poznawać. I był pewien, że chciałby też poznać to, czym wydawało mu się, że gardzi. Bo to było niebezpieczne. Zbyt grzeszne dla dziecka z dobrego domu, który miał świecić przykładem przed wszystkimi innymi. A Laurent mógł być wężem okręconym wokół gałęzi Świętego Drzewa, dotykający językiem czerwonego, słodkiego jabłka. Mógł wabić spojrzeniem i mamić. Wodzić na pokuszenie. Subtelność musiała jednak wygrać ze wszystkim innym. Nie chciał krzywdy dla innych ludzi. Czasami posuwał się, zwłaszcza w przeszłości, do rzeczy, których potem się wstydził, czasem żałował, ale emocje niekiedy przyciskały go do szantaży, do szczerzenia kłów, do pokazywania, że też ma pazur. Bo tego mu w zasadzie nie brakowało w rozgrywkach, jakie prowadzono na salonach. Mimo wszystko musiał walczyć dokładnie o to, o co Kayden go dopytywał - New Forest. To miejsce stało się jego kotwicą. Kotwice zaś były wspaniałe, żeby zatrzymać statek nawet na niespokojnych wodach i zapewnić stabilność jego ruchu - czyli bezruch. Były też jednak wspaniałe do tego, by przywiązać doń nogę - dać się utopić w oceanicznej toni. Laurent nie był przekonany co do tego, czy jego kotwica zapewniała tylko spokój, czy również ciągnęła go stopień po stopniu w dół.

- Przemawia przez ciebie grzeczność? Nie sądziłem, że jesteś tak... oddany stworzeniom. - Tym magicznym i tym niemagicznym. Pewnie, że nie musiałeś tak sądzić, bo niby skąd wysnuć wnioski? Człowiek potrafił podziwiać abraksana, aby potem powiedzieć, że zjadłby go na talerzu. I nie, Laurent nie uważał, że jedzenie mięsa to grzech. Chodziło tylko o porównanie tego, że nie każda fascynacja czy podziw piękna musiała od razu oznaczać ten magiczny i łatwo burzony szacunek, tym bardziej nie musiała oznaczać sympatii. Jednak Kayden wydawał się szczery w swoich słowach, niekoniecznie "po prostu grzeczny".

- Tak podejrzewam. Nie zabrzmiało jak ona. - W głosie Laurenta pojawiła się trochę inna nuta, bo i jego nastrój wszedł na ton, w którym gotów był swoje pazurki pokazać. Te, które nakazywały mu bronić siebie i tego miejsca. Te, gdzie on za to by się do szantażu posunął. Nie chodziło o wojnę, chodziło o zszarganie reputacji. Nike nie musiał uwierzyć, plotki czasami wystarczyły, żeby napsuć krwi. Laurentowi to nie było wszystko jedno. I nie chciał wcale tego robić. Stroszył się jak zapędzony w ruch kociak, albo raczej - gotów był to robić. Bo na razie tylko pod ścianą stał. Kayden się do niego postanowił nie zbliżyć. I go nie osaczał, choć tego się trochę zaczął spodziewać. - W tym... to znaczy w czym? - Spojrzał na Kaydena z przechyloną głową, minimalnie w zasadzie rozbawiony tym, że znów pojawiło się to słowo. "Ciekawość". Zdaniem Laurenta to Kayden wcale nie był taki ciekaw, jak on to widział. Jego zdaniem Kayden był ciekaw, co by się stało, gdyby sam się poddał temu pragnieniu, które w sobie poczuł. Ciekaw siebie, nie Lukrecji. Choć... pewnie to było częścią zakusy. Przekonanie się, jak lukrecja smakuje. - Masz bardzo wyolbrzymione mniemanie na temat ryzyka. Myślisz, że to jednostronny miecz? Że nie potrafię stworzyć z niego obosiecznego ostrza? - Laurent uśmiechnął się wręcz enigmatycznie, ale jednocześnie to było spojrzenie mające w sobie pewne politowanie. Nie to przesiąknięte negatywem, chyba trudno to po prostu opisać. Kayden po prostu wydawał się lekceważyć jasnowłosego anioła. I nic dziwnego. Te oczy nie mogły kłamać. Ależ mogły. I robiły to bardzo skutecznie. - Z naszej dwójki to nie ja mam więcej do stracenia. A na pewno nie to, co cię otacza. - Nie to miejsce. Laurent potrafił się bronić i mógł płacić sobą. Ale nigdy nie zapłaciłby New Forest. Bo New Forest... było naprawdę dobre.

- Skupianie się na tym, że komuś się to nie podoba też znaczenia nie ma. - Całe szczęście, że Kayden się poprawił, bo znów zabrzmiało to bardzo ostro. Tymczasem... tak, przez Laurenta przemawiała nuta goryczy, ale nie była jasnym dźwiękiem w jego tonie. Jego głos był smutną akceptacją rzeczywistości. Zupełnie przeciwny do Kaydena, który miał jednak jeszcze w sobie jakiś ogień, żeby temu zaprzeczać. Laurent czasem też nad tym ubolewał. Czasem. Kiedy miał wyjątkowo kiepski dzień i wszystko wtedy było za ciężkie i zbyt trudne. - Taką mamy rzeczywistość. To, czy mi się to podoba czy nie... jakie to ma znaczenie? Pytasz czy jestem materialistą? Jestem całkiem sporym. - Spojrzał na swoją dłoń i przekręcił złoty pierścionek, który miał na palcu. - Czy przeszkadza mi, że pieniądz urządził mi świat? - Lekko wzruszył ramionami i podniósł wzrok na Kaydena. - Nie jestem już dzieckiem. Sny o sprawiedliwej rzeczywistości bez podziału na krew, pieniądze i ich brak - to mrzonki. Zostawiam sny o utopii na chwile bajdurzenia na złotej plaży. - A nie na co dzień. Ale nie odpowiedział wprost na zadane pytanie, trochę umknął tej odpowiedzi. Bo nie chciał przyznawać, że tak - przeszkadzało mu to. Ale to dało się wywnioskować po jego tonie, bo niespecjalnie się tutaj napinał. Był szczery. Tylko w tej szczerości wcale nie gotowy na to, żeby się otworzyć. - To miejsce to moje nazwisko. Gdyby prowadził je Pan Kowalski to być może zbankrutowałby bardzo szybko. - Nie chodziło o zaprzeczenie zasłudze, tylko po prostu o podkreślenie funkcjonowania tego świata. Nazwisko w tym świecie za wiele znaczyło. - Masz rację, jeśli upadnę to miejsce upadnie ze mną. Ale to, że ludzie będą plotkować za plecami moimi plecami to trochę za mało. Tak jak ci powiedziałem - może ci się wydawać, że to miecz, jaki ktoś miałby w dłoniach. Niektórzy lubią nim machać. Ale ja też ten miecz mam. I nie zawaham się go użyć, jeśli ktoś będzie chciał zagrozić temu miejscu. - Uśmiechnął się ciepło.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#17
14.08.2023, 21:06  ✶  

Ciekawość bywa bardzo upierdliwą cechą, którą ciężko zignorować, jeśli męczy cię nuda. Te dwa stworki tańczą na grobie. Jeden zakopuje piach, drugi otwiera wieko i czeka, aż zachłyśniesz się brudną ziemią. I tak właściwie było... Kaydena przyciągała ciekawość. Chociaż nie, przecież to nie za sprawą Laurenta, Kay pojawił się dzisiaj w New Forest. I nie dzięki ciekawości teraz z nim rozmawiał, a raczej dla złagodzenia sprawy sprzed kilku dni. Z ciekawości jednak pytał, choć im dalej brnął, tym bardziej miał ochotę się wycofać, żeby nie ubrudzić się jeszcze bardziej kolejnymi tajemnicami. Prawda była taka, że pod tą maską grzeczności i dobrego wychowania Kayden był cholernym egoistą. Najpierw myślał o sobie, potem o rodzinie, a potem o całej reszcie, choć zwierzaki były tuż przed ludźmi. Mimo tego szacunek się pojawiał, choć kruchy jak diament.

- Oddany stworzeniom... - Powtórzył Kayden, po czym prychnął cicho. - Mylisz pojęcia. Gdybym był oddany, to poświęcałbym więcej czasu na pomoc w tym zakresie. Nie... to raczej tylko słowa, choć szczere, to niczego nie zmienią... - Powiedział dość sucho, choć chyba bardziej kąsał siebie, niż kogokolwiek innego. Komu ma w kaszę dmuchać? Taka była prawda, gdyby był oddany, to pracowałby w rezerwacie, nie kopał w ziemi i machał pędzelkiem. - To nie moje powołanie, wybacz... - Skrzywił się w parodii uśmiechu. Nie miał ręki do opieki, choć cierpliwości w nim było sporo. - Nie zmienia to faktu, że nie popieram krzywdzenia zwierząt, a chwalę twoją pracę. Powinienem milczeć? - Zapytał, unosząc brew. Nie było w tym sarkazmu, czy złośliwości. Pytał na poważnie. Może jednak powinien zatrzymać swoje uwagi dla siebie, choć były one pochwałą, a przynajmniej na tyle, na ile chwalić coś szczerze potrafił. Został źle odebrany? Cóż, trudno... Może nie miał w tym wystarczającej wprawy.

Nie umknęło to uwadze Kaydena, że anioł spojrzał na niego z cieni dość cwanym spojrzeniem. Takim, w którym kryła się przestroga, ale w zasadzie przejąłby się może bardziej, gdyby faktycznie zamierzał coś z tym fantem zrobić. Rozpuścić plotki, stać się wrzodem na tyłku i skomplikować życie Laurenta... tyle że nie zamierzał, więc właściwie tylko wzruszył ramionami na to kocie prychanie. Nie chciał jego krzywdy, czy też krzywdy tych zwierząt. W ogóle ta rozmowa nie powinna mieć tu miejsca.

- W czym? Cóż... - Zastanowił się jak by to ubrać ładnie w słowa, ale sam fakt, że musiał to rozkopywać i się nad tym zastanawiać go irytował. - W rozrywce? Wiesz, może lepiej nie odpowiadaj... - Mruknął, wycofując się z niebezpiecznych terenów. Sam się zaraz zatopi. - Chyba jednak nie chcę wiedzieć...

Obosieczny miecz... aż miał ochotę parsknąć niewesołym śmiechem. Politowanie w morskich oczach go nie ruszyło i dalej mówił spokojnym tonem, a srebro w swoich ślepiach miał schowane. - Nie twierdzę, że nie możesz... Tylko że niektóre rany się nie zaleczą, nawet jak oddasz pięknym za nadobne, jak już tak mówimy metaforami... - Oko za oko uczyni tylko cały świat ślepym. - Wyczuwam groźbę... - Mruknął, spoglądając mu w oczy i choć ton miał spokojny, opanowany, to czaiła się w nim nuta irytacji. - Schowaj ten obosieczny miecz. Nie jestem twoim wrogiem. - Choć jakoś przyjacielem też nie, z uwagi na cały klimat tego spotkania. Strasznie napięty, niepewny, z wierzchu uprzejmy, w środku agresywny... Dziwną mieli relację... Strasznie dziwną...

Kay milczał dłuższą chwilę, trawiąc jego słowa, jego opinię na temat materializmu, rzeczywistości i całej tej reszcie. Trochę się to kłóciło ze sobą... niby nie rusza go utrata dobrej reputacji i plama na nazwisku, ale jednocześnie twierdzi, że "Pan Kowalski" interesu by nie utrzymał. Czy zhańbienie nazwiska nie jest równoznaczne z utratą dobrej reputacji? A czy reputacja nie jest kluczowa, by prowadzić interes? Wystarczy, że trafi się taki skurwysyn, co za punkt honoru ustawi sobie bycie skurwysynem... Ale może nie... Może się mylił... Może faktycznie wyolbrzymiał. Może Laurenta to nie ruszało. - W porządku... Skoro tak uważasz. - Powiedział tylko, żeby już dać temu spokój i nie grzebać głębiej, niż to konieczne. Co do tego materializmu... W zasadzie Laurent potwierdził to, co Kay powiedział wcześniej. Ta ideologia nie miała znaczenia, bo była jedynie marzeniem. Postanowił się... wycofać. Na razie. Miał wrażenie, że jeśli powie coś więcej, to zrobi się nieprzyjemnie... Choć, cholera... kusiło go. Kusiło go, żeby go pokąsać tą stroną monety, która należała do Ślizgonów. Tak na złość. Tylko co by mu dało wyzłośliwianie się i to jeszcze nie na swoim terenie? Chyba tylko dla własnej wątpliwej satysfakcji... Poza tym nie ma co fukać jak kot... Mimo tego czuł się dziwnie rozdrażniony, jakby go Laurent kijem szturchał, choć mówił z tym swoim uśmieszkiem i dość realistycznym podejściem. Rozumiał go, cholera, nawet bardzo. Z każdą inną osobą dalej spokojnie ciągnąłby temat, ale tutaj jakoś... jakoś miał ochotę go pogryźć. Za co? Przecież nie mówił nic głupiego, wręcz przeciwnie. Kayden zgadzał się z nim. Ale to już nawet nie chodziło o temat, o jakim zdecydowali się pomówić... Sam już nie wiedział co się z nim dzieje. Skąd ta frustracja? Skąd takie napięcie? Skąd ta złość?

Zazdrość. Ahh, słodka zazdrość. Cała ta gadka o reputacji, o tych obosiecznych mieczach, o tym, że to niby Kayden miał więcej do stracenia, niż człowiek, który faktycznie robi coś dobrego. Który, w jego mniemaniu, ma życie uporządkowane i nie dręczy go apatia. Dla którego grzech bycia z mężczyzną to jedynie mała odskocznia, przed którą się z łatwością obroni. Kayden wcale tego tak nie widział. Jego zdaniem to Laurent miał więcej do stracenia... W jego oczach to on stał bliżej słońca, kiedy sam tak naprawdę czuł się zatapiany przez kotwicę. I tu, właśnie w tym miejscu pojawiała się frustracja... i mały zalążek buntu, który pukał do drzwi. Ciekawość otwierała ślepia. Srebro lało się do szklanek. Muzyka grała w uszach. Chciał, żeby go pożarł ogień. Pojawiło się egoistyczne pragnienie bycia pożartym przez grzech.

Poruszył się niespokojnie na krześle, spoglądając na morze i westchnął cicho. - Mam więc nadzieję, że nie będziesz musiał go używać... - Powiedział spokojnie i całkiem szczerze. Potem chwycił filiżankę z kawą i zatopił w niej usta, pozwalając myślom krążyć, by okiełznać tą całą frustrację.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
14.08.2023, 21:46  ✶  

Tak? Trzeba poświęcać rzeczywiście swój czas, żeby być czemuś oddany? Można przecież być oddanym... sztuce. I wcale przy tym nie malować. Można je podziwiać, sycić się jej obecnością, rozmawiać z tymi, którzy ją tworzyli. Można być oddanym ludziom. I wcale nie chcieć przy tym tego, żeby było im dobrze. Czym więc oddanie było? Laurent nie był specjalistą w znaczeniu słów, ale kiedy tak, hm, został upomniany przez Krukona to może niesłusznie uznał, że ten wie lepiej. Nawet jeśli cichutko się z tym nie zgadzał. Bo definicja nie była dla niego jasna. Chyba w ogóle wywyższał wiedzę tego człowieka, który tu siedział, a przecież niczego o nim nie wiedział. Dom niekoniecznie decydował o tym, czy jesteś mądry czy głupi. Niekoniecznie tez traktował o tym, czy jesteś chujem, czy może jednak istotą z sercem. Ale za każdym razem, jak głos Kaydena nabierał na swojej ostrości, na wyrazistości, to Laurent się napinał. Nie to, że fizycznie. Mentalnie. Stawał na baczność, jakby obawiał się jakiegoś ciosu. To było właśnie to - Kayden z trybu słodkiego puffka stawał się mantikorą, niebezpieczną, z jadem, z żądłem, niemożliwą w zasadzie do oswojenia. To sprawiało, że grunt był naprawdę grząski pod nogami. A co najlepsze nie miał nawet najśmielszego pojęcia o tym, jak wpływał na swojego towarzysza i ten się... frustruje. Przez niego. Przez niego? A może w zasadzie przez siebie samego? Bo przecież teraz też ta suchość nie była wymierzona w Laurenta. Tylko że on o tym nie wiedział.

- Słucham? Nie, w żadnym wypadku. - Okej, 1:0? Nie zrozumiał tego pytania o milczenie w pierwszej chwili, stąd jego zdziwienie. Ale to zaraz wróciło do tego, co wydawało mu się wcześniej i co powiedział. Że Kayden jakoś siebie stopował. Tylko że Laurent zupełnie nie trafiał z kierunkiem tego poczucia. Cóż, to przecież normalne - złe wnioski i zły odbiór, kiedy nie masz o kimś niemal żadnego pojęcia. A jeszcze Kayden, jak dla Laurenta, składał się z bardzo sprzecznych sygnałów. - Słyszałem wiele pochlebstw, mniej lub bardziej szczerych dotyczących mojej pracy i tego miejsca. Moje pytanie nie wynika z próby podważenia szczerości. To ta ciekawość. - Ludziom ciężko było wierzyć, prawda? - Zawsze miło mi usłyszeć coś takiego od osoby, dla której to miejsce nie jest tylko rozrywką do przetapiania galeonów. - Bo nie oszukujmy się, ale w dużej części nią była. Laurent zarabiał bardzo dużo na abraksanach i na hodowanych przez siebie psach. Oraz na różnych innych rzeczach obracających się wokół magicznych stworzeń. Tak czy siak nie był takim idealistą, żeby na przykład odmawiać sprzedaży każdemu, kto nie wykazał się prawdziwą miłością do zwierząt! Choć, fakt jest taki, zdarzyło mu się odmówić już psycholom. To dopiero była draka...

- Tak podejrzewałem. - Odpowiedział gładko, akceptując takie ucięcie tego tematu. Kiedy się zadaje pytania należy być gotowym na odpowiedź, a Kayden ewidentnie gotów na nią nie był. Chociaż to nie była aż taka wspaniała nauka, nie, nie. Laurent w końcu sam nie wiedział, czy Kayden wiedzieć chce. To się robiło jakieś... skomplikowane. Strasznie zawiłe. Zaczynał wchodzić na samoobronę, a nie potrafił stać pod ścianą w bezruchu. Musiał obnażyć kły. Czuł, jakby coś chciało go sprowokować, ale samemu sobie mówił, że przecież nic się nie dzieje. Bo nie działo. Rozumiał siebie na tym poziomie i rozumiał, co się działo w jego wnętrzu. Do pewnego stopnia.

- To nie była groźba. - Tak samo jak słowa Kaydena nie były groźbą. - Nie proponowałbym wrogowi przeżycia czegoś słodkiego. - Dopowiedział, by nie pozostało to bez pewnego rozjaśnienia i wyklarowania tego obrazu. Miał rację. Dokładnie tak było z tymi ranami i to był jeden z wielu powodów, dla których Laurent po prostu nie potrafił być szczęśliwy. Powód, przez który zawsze przytrafiało się jakieś nieszczęście, nawet kiedy wszystko wychodziło na prostą. Więzień swojego ciała. A jednak nie potrafił się oprzeć. Nie było dobrze w żadną ze stron. Ale nie chciał przyznawać tej racji. Tak samo jak wiedział, że to hipokryzja, że zaprzecza sobie mówiąc to, co mówił. Bo mówił to... a tak naprawdę tego nie czuł. To były paskudne realia, które akceptował z wielką goryczą i które nie raz i nie dwa wyciskały łzy z jego jasnych ocząt.

Co miał mu powiedzieć? Że zachowuje się jak dziwka za miliony monet? Że... tylko wtedy czuje się potrzebny? Mnóstwo osób mówiło mu, że stworzył coś niezwykłego, że go podziwia, że gratuluje, że jest taki wspaniały! Ale on nie czuł się wspaniały. Nie czuł się potrzebny. Czuł to tylko wtedy, kiedy ktoś unosił go w swoich ramionach. Tych kilka chwil bycia potrzebnym. No tak, też miała nadzieję, że nie będzie musiał swoich narzędzi używać. Choć czasem... czasem tylko czekał na to, aż ktoś go do tego popchnie. Madness is like gravity - all it needs is a little push.

- Przepraszam. Mam wrażenie, że cię sfrustrowałem swoim... mało romantycznym spojrzeniem na funkcjonowanie tego świata. - Czy to było dobre słowo? Frustracja? Nie był pewien, co kręciło się po głowie Kaydena, ale nie chciał go urazić a tym bardziej nie chciał, żeby ten wyszedł stąd zdenerwowany!



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#19
15.08.2023, 13:51  ✶  

Oddanie to poświęcenie się czemuś z pasją i zapałem. Z zaangażowaniem. Można się przejść po galerii, żeby pooglądać obrazy i popodziwiać je, a można przy każdym z osobna się zatrzymać, zinterpretować, spojrzeć na technikę, barwy, farby i teksturę... Tak, poświęcenie czasu, to oddanie. Kayden nie czuł się wcale oddany zwierzętom, bo ani nie potrafił ich rozpoznać i nazwać, ani też nieszczególnie wiedział, jak się nimi zająć, ani też jakoś nie pałał zbytnią ochotą do zmienienia tego. To nie była jego filiżanka herbaty.

To, co dzieje się w ludzkim umyśle jest o wiele bardziej skomplikowane, niż u stworzeń, czy to magicznych, czy też nie. Mantikora jest agresywna z natury, a człowiek? A człowiek sam sobie jest wrogiem. Sam komplikuje pewne sprawy i potem sam musi się z nich wyplątywać. Frustracja lubi wtedy wypływać z ust jak woda. Czy milczenie było więc w tym wypadku mądrością czy głupotą? Niepewność do tego gruntu, po którym stąpał, sprawiała, że wolał się jednak wycofać, bo nie wiedział w zasadzie czego się spodziewać. Wiedział tylko tyle, że Laurent wyznaczał pewną granicę. Nie nie doceniaj mnie. Tak brzmiała. Dawała mu pewien obraz... Obraz osoby, która nie zamierzała podkulać ogona, kiedy widziała potencjalne zagrożenie. Nie, nie zamierzał jej ignorować. Niech będzie.

Kayden skinął głową. Jeśli Kayden dla Laurenta był pełen sprzeczności, to Laurent dla Kaydena to była chodząca zagadka. Nie wiedział już właściwie które słowa były prawdziwe, które przyozdobione fałszywym uśmiechem, a które czystą złośliwością. To pytanie o grzeczność i oddanie zabrzmiało dla niego jak kpina. Tak więc suchość wymierzona w siebie samego miała na celu ukazanie jego opinii w dość surowym, lecz szczerym wydaniu, a jednocześnie nie chciał być odebrany źle, więc chciał się upewnić, czy jego milczenie nie będzie w tym wypadku lepszym wyjściem. Dla Kaydena rozmowa przypominała grę strategiczną. Brak w niej było swobody... Może dlatego tak się szybko męczył, rozmawiając z ludźmi i wolał samotność... - W takim razie wiedz, że mówię to szczerze. - Powiedział spokojnie. Trochę mu te nastroszone kolce opadły. Pp prostu przyjmij komplement do jasnej cholery.

Wycofał się z tamtego tematu, nie komentując. Nie chciał o tym rozmawiać. Nie chciał myśleć o tym, co mu siedziało w głowie. O ciekawości i próbach usprawiedliwienia siebie przed samym sobą. Tak, był ciekawy, co by się stało, gdyby przyjął tę słodycz. Cholernie... Gdzieś tam z tyłu głowy miał jednak nadzieję, że ten stwór na jego grobie się znudzi i zostawi go w spokoju. Z drugiej strony czaiła się ta nuda, przechadzając powoli i z cierpliwością czekała, aż otworzy wieko, żeby zajrzeć. Chociaż na chwilę... na momencik. Czekała na chwilę słabości.

- Nie... nie przepraszaj... Masz rację, zgadzam się z tobą. Masz bardzo... realistyczne podejście do życia. - Powiedział, bo frustracja wcale nie dotyczyła jego słów. Nie zamierzał się jednak zdradzać, więc ciągnął tę szaradę, jednoczenie starając się załagodzić swoją zazdrość. Spoglądanie na morskie fale w pewnym stopniu mu pomagało, ale wciąż nie zgadzał się z tym, że może stracić o wiele więcej, niż hodowca abraksanów. Może gdyby znał plotki, wiedziałby, o czym Laurent mówił. - To nie jest nic złego... racjonalizm. Pomaga przeżyć znacznie dłużej niż podążanie za ślepą ideologią... - Powiedział z trochę gorzką nutą, ale tak. Tak właśnie uważał i tak właściwie żył... w zgodzie z rozumem. W pewnym sensie, bo jednak te niektóre noce były zbyt czarno białe, żeby wytrzymać sam na sam ze swoimi myślami. - Pytasz, jakie to ma znaczenie czy ci się to podoba, czy nie? - Kayden westchnął cicho. - Myślisz, że gdyby każdy tak myślał, to cokolwiek kiedykolwiek by się na świecie zmieniło? - Uśmiechnął się krzywo, ale po chwili wzruszył ramionami, powracając do neutralnego wyrazu twarzy. - Co nie zmienia faktu, że rozmawiamy czysto hipotetycznie...



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#20
15.08.2023, 14:31  ✶  

Ach, to przesłanie pan Delacour odebrał bardzo dobrze. To nie była groźba, nawet chyba nie nazwałby tego "ostrzeżeniem". Nie przeszkadzało mu, kiedy korzystał na tym, gdy ludzie go niedoceniali. Kiedy jednak miał stracić na tym, że widzieli go tylko jako słodką laleczkę - sprawa się zmieniała. Jego uroda niosła ze sobą plusy i minusy przez całe jego życie. Nie był przystojny. Zawsze szalenie zazdrościł wszystkim tym przystojniakom, którzy zasuwali na miotłach podczas meczów quiditcha, a potem nadchodził moment, że z nich schodzili. Tłumy wiwatowały, dziewczęta piszczały. Też tak chciał. Chciał być na ich miejscu, chciał, żeby klaskali jemu i żeby wszyscy tak na niego patrzyli. Chciał być kimś, nie nikim. Może dlatego nie był szczęśliwy mimo stworzenia tego miejsca. Zbudował je, stworzył, ale czy to naprawdę ta "pasja"? Czasem kiedy Laurent na to spoglądał to jedyne co widział to... ucieczka. Zbudował sobie małą utopię, myśląc, że tutaj ucieknie przed światem i tutaj będzie czuł się bajecznie. Lecz nie. Zbudował je i okazało się, że to żadna utopia nie była. Że to obowiązki spędzające czasem sen z powiek, że to ciągłe zobowiązanie. Takim sposobem był zmęczony. I nikt mu nie klaskał, ludzie wcale nie patrzyli na niego tak, jak na tamte bożyszcza szkolne. "Dobra robota z tym miejscem". Chyba niedługo będzie chory, jeśli będzie miał to usłyszeć kolejny raz. W ustach Kaydena to brzmiało tak... tak personalnie. Tak ludzko. I może dlatego zapytał, czy to grzeczność, bo chyba naprawdę nie do końca był w stanie temu dowierzyć. Laurent delikatnie się uśmiechnął, opuszczając na moment wzrok. I to był akurat jeden z tych szczerych uśmiechów, tylko jak je rozróżnić między sobą?

- Dziękuję. - Jedno słowo zabrzmiało o wiele bardziej miękko, niemal jedwabnie na jego języku, kiedy je wypowiedział. Prawie jak rzucany czar. Bo niektóre słowa potrafiły być czarami. Potrafiły rozkochać, zranić, kierować tłumami albo pozwalać, żeby to tobą kierowano. Tak... czasem wystarczyło tylko parę słów. Komplement więc został przyjęty, choć... w zasadzie został przyjęty już wcześniej. Jednak rozmowa była jak wojna - każdy gdzieś miał swoją rację i o tą rację ginęły miliony. Ta wojna była o tyle dziwna, że nikt nie chciał zaatakować. Były małe podjazdy, żeby odsłonić małą kartę, a zaraz po tym następowało wycofanie. Laurent starał się dlatego zrobić chociaż jeden ruch w przód, żeby całość nie stanowiła cofanie się. Ale koniec końców nie można było mówić o szczerym otworzeniu się. Bo jak? Przed kimś, kto... kto był... obcy?

- Czy wyczułem zawahanie przed stwierdzeniem o realizmie? - Powiedział to żartobliwie. - Brzmisz jak romantyk, który poddał się światu, żeby w ogóle być. - To był odważnie wysunięty wniosek, ale taki obraz Kaydena zaczynał się malować w jego głowie. Właśnie - obraz. Kayden brzmiał jak... jak artystyczna dusza, która przestała szukać natchnienia w doczesności. Może dlatego tak mu się to miejsce spodobało? Może naprawdę zobaczył w nim to samo, co widziałeś ty? Ostoję, ucieczkę od głośnego Londynu, ukojenie dla oczu od barwnych salonów? - Czysto hipotetycznie... - Powtórzył w zamyśleniu. - Hmm... powiedziałeś mi, że nie chcesz się wypowiadać na tematy, które nie są ci do końca poznane, że to nie stopowanie. Jeśli otwierasz hipotetyczną dysputę to mniemam, że masz w takim razie na ten temat spore przemyślenia. - Albo Laurent jednak miał wtedy rację. Tak czy siak spoglądał kątem oka na Kaydena ciekaw odpowiedzi. - Zadałem to samo pytanie kiedyś bardzo mądrej, moim zdaniem, osobie. Pytanie "czy jeśli wszyscy myśleliby tak samo to czy ten świat dałoby się zmienić". Odpowiedź jest zadziwiająco prosta. Nie da się zmusić ludzi, by myśleli tak samo. Natomiast to my sami wybieramy, co chcemy zmienić. - Fantazjowanie na temat zmiany świata... tak, Laurent kiedyś o tym myślał. Mimo tego, że był zawsze za bardzo strachliwy, żeby podjąć się zmian. Ale raz nabrał odwagi. I powstał New Forest. Jakoś od tamtej pory było trochę łatwiej. - Koniec końców nie ma znaczenia, co myślą o tobie ludzie ani czy zgadzają się z twoimi przekonaniami. Istotne jest to, czy pod twoim wpływem twoją zmianę tworzą. - Laurent otworzył ręce i rozchylił przedramiona na boki, jakby chciał pokazać morze, przed którym siedzieli. Albo całe to miejsce, które było żywym dowodem jego słów.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Kayden Delacour (8540), Laurent Prewett (8698)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa