• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[3.06.1972] Got a secret

[3.06.1972] Got a secret
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
22.08.2023, 09:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 10:24 przez Laurent Prewett.)  

Sięgnął po chusteczkę, żeby otrzeć swoją twarz. Doprowadzić się do porządku w stopniu chociaż minimalnym, zanim to wszystko znowu weźmie szlak. Zanim znowu straci kontrolę i będzie wyglądał jak dziecko, które nie potrafi nad sobą panować. Było mu wstyd różnych rzeczy ze swojego życia, ale teraz było mu wstyd głównie o to, że nie potrafił sobie poradzić ze swoimi problemami. Że płakał tutaj, przed nią, choć nie było się już nad czym użalać - a przynajmniej to mówił samemu sobie w huraganie swej głowy. Zasłużył sobie na to wpadając w niemoralne sidła, bo był za słaby, bo nie potrafił docenić tego, co miał, tylko szukał uniesień tam, gdzie nie powinien. Zamiast pogodzić się z rzeczywistością wzięło go na samodzielność, a świat to zweryfikował, najbardziej paskudną prawdą, jakiej nie mógł znieść - że sobie z tym nie poradził. To, jak człowiek był uparty, było czasem wstrząsające, czasem żałosne, a niekiedy po prostu smutne. Laurent nie potrafił tego powiedzieć wtedy i gdyby nie to wydarzenie w szpitalu i Florence... nadal by tego nie powiedział. Nadal nie chciał, żeby wiedział o tym ktokolwiek. Sam chciał to zamknąć na tej piwnicy i nie patrzeć na to, co tam pochował, jakie obrzydlistwa tam leżały pokryte białym prześcieradłem, żeby wyglądały lepiej niż w rzeczywistości.

Miał teraz tak niewiele odwagi, żeby spoglądać na Florence. I nie robił tego. Tak bardzo nie chciał nigdy o tym mówić, tak bardzo chciał zabrać ten sekret ze sobą do gorobu - ale o to był. W końcu ujrzał światło dzienne i został napompowany morskim powietrzem. Napinające się ciało podpowiadało, że nawet jeśli wydawało się, że nie było już sił ani na dalszy płacz, ani na opieranie się i wypieranie faktu, że zatajanie prawdy niczego nie zmieni to jeszcze te łzy i syndrom wyparcia uderzą. Mogą się pojawić w każdej możliwej chwili, jeśli tylko pociągnąć jeszcze kilka zdań do przodu. Teraz jednak już się wysłowił - i nie chciał przerywać tylko po to, żeby wisiała nad nim wizja konieczności wrócenia do tego. Co będzie jednak dalej? Jak będzie miał spoglądać na Florence po tym, jak jej powiedział? Ta rozmowa chyba ściągnie mu sen z powiek i zdrowe funkcjonowanie, kiedy słońce już wstanie i będzie nakazywało żyć dalej.

- Nie wiem... nie jestem pewien. - Nawet wtedy do końca nie był pewien. - Byli kolosem. Piramidą z siecią połączeń. Myślałem, że... - zatrzymał się na moment, żeby wziąć głęboki oddech w swoje płuca. Uniósł oczy do nieba, kiedy znowu słone krople ześlizgnęły się po jego policzkach i musiał je zetrzeć chustką. - ... że problem już nie istnieje. Naprawdę... sporej części nie pamiętam. - Opuścił głowę i zamknął oczy, zaciskając palce na nasadzie nosa. - Dante. Tak kazał na siebie mówić. - Mężczyzna, który nawet nie był przystojny, ale nie musiał być. Jego urok drzemał w jego charyzmie. I wtedy nie podejrzewał, że ulegnięcie temu urokowi może go doprowadzić do takiej tragedii. - Wpadłem w oko pewnej kobiecie, która miała z nim własny rachunek do wyrównania. Równie straszna osoba, ale to było bez znaczenia. Chcieliśmy tego samego. Myślałem, że Dante nie żyje. - To była historia w pigułce, ale właściwie - cała. Streszczona, bo Laurent naprawdę nic chciał przywoływać tych wspomnień, które już i tak zalały go falą odbierającą dech w piersi. Jakby się topił, a przecież doskonale pływał. - Zabrałem część złota i uciekłem. To tyle. Cała piękna historia. - Daleko od Londynu. Choć... akurat jego tworzenie New Forest było już wtedy w drodze. To nie tak, że pieniądze były tutaj główną motywacją. Nie. To była jedynie resztka z pańskiego stołu. Tylko Pan tego zamku był jakiś dziwny. Jak trup. Bo i jedzenie, które ze stołu spadło, było zgniłe.

Teraz, z perspektywy czasu, może rzeczywiście były jakieś znaki. Nawet jeśli wtedy Laurent był właśnie tym, kim był - po prostu Laurentem. Chudł wtedy, ale zwalał to na pracę nad New Forest. Był bardziej zajęty. Ale przecież rezerwat. Wszystkie takie małe rzeczy, które nie były wtedy niczym wielkim, niczym wyróżniającym się. Rzeczy, które Laurent zbywał śmiechem i uśmiechem i dawał o siebie zadbać, wpadając na obiad od czasu do czasu do tłumnego domu Bulstrode. Teraz dopełniały obrazu.

- Nie chcieli mnie... nie chcieli mnie zabić. Tego jestem pewien. Próbowałem się bronić. Jedno złe zaklęcie z ich strony zawaliło stary dach nad moją głową.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#12
22.08.2023, 11:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 11:19 przez Florence Bulstrode.)  
Laurent nie chciał, aby to kiedykolwiek wyszło na jaw, a Florence czuła, że zrobili coś bardzo, bardzo źle, skoro nikogo z nich nie poprosił o pomoc wcześniej. Zanim się w tym wszystkim zapadł. Nieważne, czy powodował nim wstyd, przekonanie o tym, że prośba o pomoc równoznaczna jest ze słabością czy poczucie, że o tę pomoc prosić nie może. Niezależnie od tego, jakie były przyczyny, gdzieś w historii kryło się więcej błędów niż tylko ten, który popełnił Prewett.
Może w tej niemalże zamierzchłej, gdy Edward zbyt późno pojawił się na progu mieszkania kochanki.
Przetwarzała wypowiadane przez niego zdania. Kolos, piramida, niebezpieczni ludzie. Na nieszczęście Florence nie była aurorką, jak jej bracia: była tylko uzdrowicielką. I chociaż bardzo by chciała, w jej głowie nie pojawiało się od razu tysiąc i jeden planów na to, jak się z tymi ludźmi rozprawić. Gdzieś we wnętrzu uzdrowicielki zagościł teraz chłód, a czarne myśli opanowały jej głowę – i jedyne, za co była wdzięczna, to że Laurent uciekł. Chociaż była pewna jednego: jakaś jego część wciąż tam tkwiła.
– Być może Dante i ta kobieta się porozumieli – powiedziała. To byłaby najgorsza możliwa wersja, ale musieli brać ją pod uwagę. I to należało sprawdzić, a chociaż ktoś taki jak Florence nie miał pojęcia, gdzie szukać i kogo pytać, to już sprawa przedstawiała się inaczej z jej matką czy wujem. Oni by wiedzieli. I nie musieli znać całej historii ani kopać zbyt głęboko, aby odpowiedzieć na jedno proste pytanie, czy te dwie osoby są w komitywie, czy wręcz przeciwnie. – Jeżeli podasz mi jej nazwisko, może uda się tego dowiedzieć. Czy wciąż trwa między nimi wojna. I nie, nie martw się, nie zamierzam sama się do nich zbliżać ani o nic wypytywać – zapewniła. Florence nie miała tendencji do pchania się do miejsc, do których nie pasowała i podejmowania działań, w których niemal na pewno poniosłaby porażkę.
Oderwała spojrzenie od morza i skupiła wzrok na Laurencie. Przez chwilę miała ochotę spojrzeć w jego przyszłość. Sprawdzić, co zamierzał zrobić dalej, jakie kroki podjąć. Może gdyby kiedyś częściej to robiła, przewidziałaby, w jaką kabałę chłopak się wpakuje. Powstrzymała się jednak: jeszcze tym razem.
– W takim razie chcieli albo cię nastraszyć w ramach zemsty, albo to był wstęp i pojawią się znowu – stwierdziła cicho. Wypadek. Z jednej strony jej ulżyło, bo to oznaczało, że szanse na to, że ktoś potraktuje Prewetta avadą za rogu spadały. Z drugiej… przecież nie pojawili się po to, aby potem zniknąć. Rozpłynąć się we mgle. – Laurent, jeżeli będą chcieli pieniędzy, po prostu im je daj. Ale jeżeli będą chcieli, żebyś coś dla nich zrobił, jakoś im pomógł, wmieszał się w cokolwiek, proszę, przyjdź do mnie albo do siostry. To nigdy nie będzie jeden raz.
A patrząc na Laurenta, miała dziwne wrażenie, że mógłby się zgodzić. Byleby sprawa nie wyszła na jaw, byle mieć to już za sobą. Zrobiłby coś dla nich, gdyby o to poprosiło, ale w ten sposób próbując wyjść z bagna, tylko jeszcze mocniej by się w nie zapadł. Mroziła ją ta myśl. A serce uzdrowicielki łamało się: łamało się na myśl o tym, jakie decyzje podjął, dokąd go doprowadziły i jak w tej chwili się przez to czuł.
Może kogoś innego umiałaby ocenić surowiej, po prostu odwrócić się i odejść. Pójść wprost do biura Brygady, aby złożyć doniesienie. Ale Florence wobec swojej rodziny zawsze miała wiele wyrozumiałości. Może nawet zbyt wiele. Dlatego wstała teraz i pochyliła się, ujmując twarz Prewetta w dłonie.
– Nie zawsze będę szczęśliwa z tego, jakie decyzje podejmujesz. Postąpiłeś głupio. Tym głupiej, że nie przyszedłeś z tym do nas. Ale zawsze będziesz moim chłopcem – powiedziała i ucałowała go w czoło. Tak, był dorosły, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ale wciąż byli rodziną. Wciąż był jedynym z tych dzieci, którymi kiedyś się opiekowała, a Florence nie zapominała o takich rzeczach.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
22.08.2023, 13:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 13:01 przez Laurent Prewett.)  

Z perspektywy czasu była to kolejna rzecz, której się wstydził i o którą pluł sobie w brodę. Po czasie jednak każdy mądry, nie ma głupich. Żałował, że nie przyszedł z tym do Florence albo Atreusa. Bo przecież by mu pomogli. Wyciągnęliby do niego dłoń, był tego całkowicie pewien. Wtedy było wtedy, a teraz już... mądry po szkodzie, jak zostało już powiedziane. Co z tego, że "teraz wiem", skoro wtedy wszystko mówiło, że nie. Żeby ich w to nie mieszać. Tak prawdę mówiąc to gdyby cofnąć czas to nadal nie sądził, że postąpiłby inaczej. Chciał ich chronić przed swoją własną głupotą i w samotności zebrać te zgniłe ziarno, które wysypało się z jego dłoni. Nie chciał być ciężarem, a ciągle i tak, chyba jak na złość, sięgał po pomoc rodziny. Czuł się bezpiecznie przy osobach takich jak Florence czy jego siostra, a jednocześnie chciał być w stanie zadbać o siebie samego i ze swojej strony - zapewnić bezpieczeństwo im. Jakże beznadziejne marzenie - jak bardzo wiele z tych, które Laurent śnił. To życie wydawało się po prostu niedopasowanego do niego. Do jego miękkiego, wielkiego serca, które za dużo chłonęło. Bo i on za dużo widział. Był odbiciem urody swojej matki - czasami miał wrażenie, że widzi to wręcz w oczach Edwarda, a tym bardziej w oczach macochy. Aydayia nie była złą kobietą, wręcz przeciwnie. Przecież większość kobiet nawet by się nie zgodziła wychowywać syna zrobionego gdzieś na uboczu, przypadkiem, bo męża poniosła chwila natchnienia, bo na jeden moment zakochał się, by w momencie drugim już o zakochaniu zapomnieć. Nie chciał być dla nich również ciężarem i chciał im pokazać, że jest wart tego, co mu dali. I w końcu Florence - ach, Florence... Naprawdę traktował ją jak matkę. Przekładał na nią swoje uczucia, swoje potrzeby, swoje nadzieje. Chciał, żeby była z niego dumna i żeby nie musiała się o niego martwić. Zbierać od niej pochwały, robiąc coś dobrego i zyskiwać przychylne spojrzenie, kiedy pójdzie we właściwą stronę. Uszczęśliwić ją - bo nabierało go ponure przeczucie, że Florence nigdy nie będzie miała swojego dziecka. I bardzo go to martwiło. Gdyby tylko mógł pokazać światu, jaką wspaniałą kobietą była... lecz nie. Florence chciała być dla świata kimś innym niż była już dla swojej rodziny.

- [b]Madame Fontaine. Tak na nią mówią. - Nazwiska, ha... nawet nie wiedział, czy Dante było prawdziwym imieniem. Wydawało mu się, że nie. Wizja tego, że ta dwójka się dogadała byłaby przerażająca, gdyby nie to, że Laurentowi wydawało się, że to nie było możliwe. Przynajmniej nie wtedy. Albo..? Może..? W końcu co on o nich wiedział oprócz tego, że byli oboje chorymi skurwielami? Ludźmi, którzy krzywdzili innych dla swojego zysku. Powiedział to, ale wcale nie był pewien, czy chciał wiedzieć cokolwiek. Powinien. Tak samo, jak powinien zachować się "odważnie" i po prostu pójść z tym do władz. Ha... tylko czy to by właśnie zrobić człowiek odważny? Wiedział, że musi sie dowiedzieć, czego chcą. I wiedział, że Florence ma rację - teraz to było "tylko pobicie", a co, jeśli przyjdą tutaj, do tego miejsca, zagrożą zwierzętom, które starał się tutaj chronić? Miała też rację w tym, że gdyby przyszli chcąc czegoś innego niż pieniędzy - uległby im znowu. Ach, pieniądze by im dał, byleby tylko zamknęli usta, byle tylko nie szkodzili temu miejscu, jego bliskim, w końcu - jemu samemu. Nie chciał powtórki z rozrywki, myśl o tym nim wstrząsała. Nie chciał czuć bólu. Nie chciał się bać a tym bardziej bać o to, że umrze. - Nie mów o tym Pandorze. W ogóle... błagam. Florence. Nie mów o tym nikomu. Nie potrafiłbym wyjść z domu z myślą, że ktokolwiek mógłby o tym wiedzieć. - Zacisnął dłonie na swoich ramionach, obejmując się nimi. I chciał pochylić głowę w dół, ale Florence złapała jego twarz i sprawiła, że spojrzał w jej oczy. Ze strachem. Strachem przed tym, co tam zobaczy. Że ją zawiódł. Że była rozczarowana i że... nie. Z jakiegoś powodu ta kobieta mu wybaczała raz za razem. Czemu? Przecież był tylko kłopotem, problemem. Czemu to robisz, Florence?

Pocałunek na czole był jak dobre zaklęcie, od którego przeszedł go dreszcz na całym ciele.

Skinął więc tylko posłusznie głową.

Słowa to było za mało, żeby wyrazić wszystkie uczucia, jakie miał wobec tej kobiety.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#14
22.08.2023, 14:29  ✶  
Madame Fontaine. Dante.
Okaże się, czy zdołają zdobyć nieco informacji. Po cichu, na tyle, by nie grzebać zbyt głęboko – nie zwracać nadmiernej uwagi na Laurenta. Chciałaby, bardzo chciała pójść z tym do właściwych władz, ale w tej chwili nie była pewna, czy to najlepsze wyjście. Nie tylko z uwagi na reputację rodziny. Miała ponure przeczucie, że Laurent mógłby wtedy zniknąć w tajemniczych okolicznościach.
- Nie powiem – stwierdziła, ale po tej wypowiedzi niemal natychmiast nastąpił ciąg dalszy. – Na razie – podkreśliła. – Bo jeżeli to się powtórzy albo spróbują cię w coś wciągnąć, sam powinieneś jej powiedzieć.
Nie było sensu póki co kogoś martwić albo rozpętywać wojny grupy przestępczej i rodu, który niekiedy nie grał zgodnie z zasadami. Najpierw należało wybadać sytuację. A Pandora bywała w gorącej wodzie kąpana, jeżeli szło o jej małego braciszka.
Jeśli chcieli tylko zwrotu skradzionych pieniędzy, to mogli je zwrócić. New Forest zarabiało dobrze, ojciec Laurenta może i niechętnie, ale prawdopodobnie udzieliłby pożyczki synowi, ona sama mogła wziąć kilka prywatnych zleceń na klątwołamanie – byle zapewnić sobie spokój. Ale na jakichkolwiek „przysługach” czy „zleceniach” Florence stawiała kreskę. I tym razem obiecała sobie, że będzie na to zwracać uwagę. Choćby miała regularnie obserwować Laurenta tylko po to, by szukać w jego przyszłości tego typu spraw.
Nie mógł wplątać się w to po raz drugi. To mogło skończyć się tylko jego śmiercią lub zniszczeniem, a gdyby podjął znowu te same decyzje, to chyba nawet Florence już nie zdołałaby mu wybaczyć. Ale tak, teraz to robiła. Powód był prosty, wręcz banalny. Bulstrode nie wybaczała błędów swoim stażystom. Nie dawała do nich prawa innym pracownikom szpitala i brak zgłoszeń zużytych eliksirów albo spóźnienie na dyżur sprawiały, że patrzyła na nich z dezaprobatą. Niejeden pacjent nazwał ją jędzą, kiedy radośnie oznajmiała mu, że właśnie pozbył się kości w swojej ręce i właściwie to jego wina, bo pchał je nie tam, gdzie potrzeba. Bywała chłodna albo objawiała nagle czarny humor, oznajmiając na przykład, że Voldemort chociaż był na tyle miły, by od razu oświadczyć światu, że jest potworem, zamiast udawać jak Grindewald. A wobec całej masy obcych trzymała pewien dystans.
Ale Orionowi, Atreusowi, Patrickowi, Pandorze czy Laurentowi, mogła wybaczyć wiele. Może nawet zbyt wiele.
Bo po prostu ich kochała.
Tak, powiedziała mu jasno, co o tym myśli. Że postąpił głupio. Nie podobało się jej to ani trochę. Gdyby nie dostrzegała, że sam zauważył głupotę tego postępowania, byłaby na pewno ostrzejsza i zmyła mu głowę. Tym razem jednak Laurent widział, gdzie popełnił błędy… albo naprawdę doskonale udawał: na tyle, że zdołał oszukać nawet ją.
I miała przeczucie, graniczące z pewnością, że gdyby go potępiła, na pewno nie poprosiłby o pomoc, gdyby te cienie z przeszłości znów wyciągnęły ku niemu dłonie. A z pewnymi rzeczami człowiek nie mógł poradzić sobie sam.
– Chcesz, żebym dziś została? – zapytała jeszcze po prostu, cofając się nieco.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
22.08.2023, 15:50  ✶  

Tak, Pandora była o wiele zbyt protekcyjna. Zbyt? Hm... Tak jak niektórzy ludzie mieli do niego słabość, koloryzowali jego osobę z jakiegoś powodu akceptując wizerunek, który zazwyczaj chciał sprzedawać - wizerunek niewinności - tak Pandora osiągała w tym mistrzostwo świata. I nie to, że starał się ją okłamywać, ale ona czasami po prostu nie przyjmowała do siebie niektórych wiadomości. Gotowa była wierzyć, że kiedy Laurent się pakował w czyjeś objęcia i jej o tym powiedział, to że tak naprawdę ktoś go do tego zmusił, bo na pewno nie mogło być inaczej! Kochał Pandorę, jak zresztą powiedział. Tym nie mniej, z różnych względów, jeśli coś się naprawdę działo złego to nie szedł do niej, nie szedł do ojca ani do Aydayi, tylko właśnie do Florence. Florence zaś potrafiła go "obsługiwać". Każdy człowiek wymagał innego podejścia i tego podejścia dało się nauczyć, jeśli tylko się chciało i miało jeszcze odpowiednie warunki do tego. Niektórym brak było cierpliwości, innym empatii, a jeszcze innym stanowczości. Nie każdy człowiek radził sobie dobrze z każdym. Laurent nie był głupi, żeby nazwać to, co robiła Florence "cackaniem się". Potrafił wykorzystać szansę, która była mu dana i na pewno nie chciał jej marnować. Florence, w jego oczach, rozumiała jego marzycielstwo, akceptowała je i jednocześnie była głosem rozsądku i potrafiła kilkoma zdaniami rozwiać jego zwątpienie i napełnić go energią, żeby działać zgodnie z rozumem.

Duma szczeknął, a jak na wielkiego psa przystało - jego głęboki głos był donośny. Biedne zwierzę nie było w stanie zrozumieć, co się dzieje. Nie rozumiał słów, które płynęły. Tylko instynkt mu podpowiadał, że dzieje się coś złego. I chciał coś na to poradzić, zwrócić na siebie uwagę swojego pana. Nawet jeśli został nauczony, by nie szczekać. Ale miał nie szczekać bez potrzeby, prawda? A teraz była taka potrzeba. Teraz z całą pewnością był odpowiedni czas. Laurent złapał bardzo głęboki oddech w płuca, gdy Florence się odsunęła i
spojrzał na mokrą chustkę, żeby wyciągnąć różdżkę i doprowadzić materiał do porządku. Mimo to nie zamierzał jej oddać. Należało ją najpierw wyprać, dopiero wtedy zwróci ją ciotce. Duma szczeknął znów i zaburczał, podnosząc zad z ziemi, żeby zacząć machać ogonem.

- No już, już... spokojnie. Wszystko dobrze. - Skierował słowa do psa, głaszcząc go uspakajająco po łbie. Chciał powiedzieć Florence, że nie, że nie będzie jej zajmować czasu. Że sobie poradzi, przecież i tak jedyne, na co ma ochotę to sen. I tak przespałby ten dzień, zamknięty w swojej sypialni, pewnie mając co chwila napady płaczu, gdy tylko się przebudzi. Może eliksiry nasenne byłyby tutaj odpowiedzią. Wykasować ten dzień, przewinąć kliszę do dnia następnego. W końcu był dorosły i potrafił poradzić sobie sam oraz zadbać o siebie samego. Tak to brzmiało w jego głowie. Jednak potrzebował jej. I chciał, żeby została - to była druga strona. Za często miewał te problemy rozbieżności między tym, ile chciał zajmować czasu Florence, a ile czuł, że powinien. - Mogłabyś? - Zapytał w końcu, podnosząc na nią wzrok. Oczywiście, że by mogła. W innym wypadku by nie pytała.

To był spokojny dzień. Kiedy już przeminęła jego najbardziej gwałtowna to okazał się całkiem spokojny. Laurent rzeczywiście musiał się położyć, chwilę odespać zmęczenie, żeby potem razem z Florence móc wypić kawę, zejść dobry obiad i przejść się po słonecznej plaży. Żeby mógł ją zabrać do stajni i pokazać młode konie, jeszcze w zasadzie źrebaki, które hasały wesoło po łące, a za nimi ich matki, próbujące zagonić małe niecnoty, żeby nie oddalały się zanadto od stada. I oczywiście Michael - duma Laurenta - abraksan o sierści białej jak śnieg, rumak godny tego, by został uwieczniony na płótnie, pilnujący całej reszty. Ale to nic, to tylko przystankiem. Zabrał ją głębiej do New Forest. To był czas, gdy młode memrotki uczyły się latać. Gdzie maleńkie piszczyskoczki przewracały się do góry grzbietem i skakały jeden przez drugiego, a młody hipogryf testował właśnie swoje skrzydła, patrząc z urazą na swoją matkę, która startowała bez problemu, jakby to ona była winna, że on tak latać nie potrafił. Gdy życie naprawdę rozkwitało i wszystkie młode zaczynały już odważniej biegać, choć matki protekcyjnie chowały je przed światem.

Naprawdę chciał jej to wszystko pokazać. A dzisiaj potrzebował tego jak nigdy wcześniej.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Florence Bulstrode (3510), Laurent Prewett (5183)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa