- Tak, chcę...
Spomiędzy warg nie wydobyło się nic poza takim zduszonym jęknięciem. Wtedy zrozumiał, że wcale sobie z tym wszystkim nie poradził, żadne ciasto nie mogło uwolnić go od ciężaru tych emocji, żadne dobre słowo nie potrafiłoby odsunąć od niego wizji wyładowania całej tej frustracji na czymkolwiek, co mogło ją przyjąć. Nawet się nie dziwił, że dla kogoś stojącego obok to wyglądało tak, jakby chciał uderzyć Elaine, ale on chciał uderzyć w cokolwiek. Był jak burzowa chmura, w której zbierało się napięcie i było to tak wyraźnie widać na jego twarzy - chwilowe zatrzęsienie warg i powiek, kiedy zadrżał i wydarł się, ale już nie żadnym słowem, tylko takim po prostu rykiem gniewu, zwieńczonym kopnięciem z całej siły w koło stojącego obok wozu.
Jednak nie chciał tego ciasta. Tym, czego teraz chciał, była samotność. Jakieś miejsce, gdzie mógłby uspokoić się we własnym towarzystwie i być może jakoś by się wreszcie ogarnął, ale znajdowali się w centrum pierdolonego Londynu. Gdzie on niby miałby iść, żeby się wyciszyć? Jakby się teraz poszedł przyćpać opium, to te zdziry by go od razu zaciągnęły za nogi w głębsze części Ścieżek. Solidarność jajników czy coś tam.
Pewnie by się odwrócił i poszedł gdzieś poryczeć, bo to w takich momentach zawsze pomagało najlepiej, ale... No właśnie, zawsze musiało być jakieś ale. Gdyby się je wszystkie podsumowało, być może zamiast mianem chuja określano by go mianem pechowca.
- Ż-żartujesz sobie kuurwa, że tutaj przyszedłeś.
I to nerwowo wypowiedziane zdanie było jedynym czasem na reakcję, jaki mu dał przed pierwszą próbą przyjebania mu prosto w nos.
Slaby sukces...
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.