- Czyli rządzisz się, żebym ja się nie rządził? To jest niesamowite, ile masz wspólnego z - Fontaine. Ugryzł się w język, ale co powiedział to już powiedział - nie zamierzał wyjaśniać, czyje imię zostało urwane i odfrunęło w niebyt, tylko bazując na ich przeszłości, naprawdę niewiele nazwisk stanowiło spoiwo ich wspólnej historii.
Tarł się tymi rękoma, próbował ogrzać się tym i drobnym zaklęciem, żeby przynajmniej przestać dygotać. I nie spoglądał w kierunku Laurenta ubranego w ten sposób naprawdę długo, aż sam sobie chciał pogratulować, ale najwyraźniej oni oboje działali na siebie jak płachta na byka, bo po usłyszeniu dwóch ostatnich wypowiedzi Flynn odwrócił się w jego kierunku, zmierzył go spojrzeniem, po czym zignorował to jak gwałtownie zabiło mu serce, bo mimo szczerych chęci naprawdę nie potrafił puścić mimo uszu tego, jaki on był... tępy.
- Tak. - Tak, zamierzał spać dzisiaj w aucie, ale nie o to chodziło. - Mówię ci to pewnie któryś z kolei raz, ale jak na ciebie patrzę, to zawsze uderza to we mnie ze zdwojoną siłą. Módl się codziennie do swoich bogów i dziękuj im za to, że masz taką śliczną twarz, bo inteligencji w tobie nie ma za grosz. - Nie było to do końca sprawiedliwa ocena, ale też on nie był do końca miłym człowiekiem... - Wszyscy podniecają się jakimś astronomicznym gównem, a mnie zadziwia to, że dożyłaś... eś... dołyłoś? Tych dwudziestuparu lat. Wpisz to sobie do pamiętniczka. - Zadrżał raz jeszcze. Lęk. Kurwa. Wysokości. Jakieś dziesięć dni temu spotkali się po latach, kiedy wykonywał zajebiście skomplikowane akrobacje w powietrzu, podrzucając swoją partnerką, jakby ważyła tyle, co piórko, chodząc po linie dobrych dwanaście metrów nad ziemią i to bez użycia magii. Ale nie, to nie było sprawiedliwe, bo Prewett się nim przejmował, panikował tu i nie miał prawa pamiętać wszystkiego absolutnie cały czas, to było prawo kogoś innego, do kogo obecności Bell najwyraźniej za mocno przywykł.
Na jego twarzy pojawiło się zwątpienie. To był ten wyraz, który zwiastował to, że Flynn powiedział coś, czego żałuje - oparł nawet rękę o kolano i zakrył twarz dłonią, trwał tak kilka długich sekund, po czym potarł obolałą skroń. Był jak taki źle wychowany pies, co po naruszeniu jego przestrzeni zaczął szczekać i ugryzł pana, a później spodziewał się konsekwencji i przygnieciony poczuciem winy kładł się płasko na podłodze. Nie zamierzał go za nic przepraszać. Odetchnął ciężko, zazgrzytał zębami i rzucił tylko:
- To jest całkowicie w porządku, jeżeli mnie tutaj zostawisz.
Jego słowa nie zabrzmiały ani trochę przekonująco. Albo przez to jak niewyraźnie mówił, albo przez to, że kręciło mu się w głowie i nadal siedział na piasku, albo przez to, że on nienawidził być zostawiany i to słowo pozostawiało w jego ustach posmak goryczy.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.