Zastanawiał się nad tym i pytał tyle razy - kim byłby Flynn Bell, gdyby to wszystko, co go spotkało, potoczyło się inaczej. Miał w miarę normalny dom - nawet jeśli niezbyt bogaty. Matkę, która zapewniłaby mu opiekę z ojcem będącym dla niego przykładem. Pytał też siebie - kim byłby on sam, gdyby Zofii nic się nie stało. Gdyby żył z tej ulicy i nigdy nie dotknął szczytu tego świata, nie mogąc spojrzeć realnie na to, jak żyje większość ludzi i z jakimi problemami się boryka. Zamiast wiosennej niespodzianki był zapowiedzią jesieni. I nie potrafił powiedzieć, żeby mu się to podobało, bo przecież angielska jesień wcale nie była śliczna. Była brudna, deszczowa i szara. Wszystko gniło. Zasypiało na zimę. Taki miał być? A może właśnie taki był. Przynoszący tylko pozór kolorów, żeby zamiast tego pozostawić po sobie szarugę i zgniliznę.
- Inny... nie, to złe słowo. Spokojniejszy. - Ta chmurka. Ta myśl, że może coś się stało i zaraz nastąpi zdziwienie. Zostanie mu przekazane coś złego, ale żeby coś złego przekazać to trzeba najpierw stworzyć do tego odpowiednią podkładkę. Tak, jak najbardziej podejrzewał Flynna o takie manipulacje. Przynajmniej na razie - bo jak dotąd Flynn nie przyszedł do niego przynosząc jakieś wybitnie złe wieści. Z drugiej strony - czy nie oskarżyłby go prędzej o to, że powiedziałby wprost? Musząc wyznać jakże okrutną prawdę - Flynn nie wybrałby na początku żadnej z tych opcji. Wybór byłby oczywisty - milczenie. Kalkulacje, jak najlepiej przekazać coś istotnego. Stres związany z reakcjami. Aż w końcu wybuch emocji, które poprowadziłyby do czegoś zupełnie nieprzewidywalnego... ale nadal kontrolowane na tyle, by pokazać się w tym wszystkim jako ta osoba, która przecież chciała dobrze. Tymczasem Laurent nadal nie potrafił powiedzieć, który zakładów z samym sobą by postawił.
Naprawdę na to zasługiwał? W końcu był głupi i do niewielu rzeczy się nadawał, ale... to przecież nie miał być ten dzień. Sio, chmuro! Nie powiększaj się. Oddaj mi to słońce - gorące, parne, niech dostaje się do każdego zakamarka ciała. Właśnie tak - słońce. Najpiękniejsza ze wszystkich gwiazd.
- Chcę. - Właściwie to... to... tooo... czy to właśnie nie było... zaraz. Randka. Czy robią tutaj randki, a oni sobie teraz siedzą tak przy stoliku, te nogi pod nim były lekko niepoprawne - Laurent ciągle siedział wyprostowany, a Flynn chyba zamierzał sprawdzić, czy na krześle dało się leżeć. I te słodkie słówka, te kwiaty rano... Laurent nagle się zarumienił. Jakby bez powodu, jakby zapowiedź najsłodszego komplementy i zasługiwania na nie było ku temu reakcją. A to jego serce mocniej zabiło i sam nabrał ochoty na to, żeby powtórzyć ruch Flynna, bo nagle zrobiło mu się cieplej. I podskoczył prawie, kiedy nagle poczuł dotyk na łydce, napiął się nieco, zdziwiony, automatycznie spoglądając na swoje nogi, a potem znowu na Flynna... jakże z siebie zadowolonego. - Na Merlina, Flynn.. nie rób mi... tak... w miejscach publicznych. - Ku swojemu własnemu niezadowoleniu niewiele mu było potrzeba, żeby mrowienie podniecenia zaczynało odprowadzać krew tam, gdzie nie potrzeba. Trochę się dziwnie wygiął i nagle okazało się, że nawet Laurent był zdolny do szybszych ruchów, kiedy położył rękę na swoim udzie, jakby chciał zatrzymać ten widmowy dotyk. Próżno było jednak szukać złości w jego wypowiedzi, tak i sam się uśmiechał mówiąc to. Chociaż tak - rzeczywiście. Wystarczyła chwila, by zrobiło się niezręcznie.