06.05.2025, 09:02 ✶
– Jeśli znacie jakieś miejsce nad jeziorem, to będzie świetny pomysł – zasugerowała Brenna. Była pewna, że Mung jest w tej chwili przepełniony ciężko rannym i ta dwójka na pomoc z drobniejszymi obrażeniami czekałaby wiele godzin – o ile w ogóle by je dostała. Ludzie kłębili się tam teraz, czekając na pomoc. I pewnie umykali, teleportując się na obszarze całej Anglii, setki londyńczyków, uciekających z płonącego miasta.
Czy w innych miejscach wpadali w objęcia ognia i dymu? Czy gdzieś było bezpieczne?
– Wiesz, co z innymi w Dolinie? – spytała, zwracając na Dorę spojrzenie ciemnych, zaczerwienionych oczu. Nie od płaczu: od dymu i gorąca. Brenna nie płakała, i głos jej nie zadrżał, kiedy zadawała pytanie, chociaż serce ściskało się jej boleśnie, że może kiedy tutaj wywlekała tę kobietę z zadymionego budynku, gdzieś tam, w Dolinie, pomocy potrzebowała rodzina.
Bała się pytać. Bała się nie spytać. Bała się odpowiedzi, jaką mogła dostać. Ale nic z tego nie uwidoczniło się na jej umazanej twarzą sadzy.
– Klubokawiarnia, antykwariat i apteka Lupinów stoją. – A przynajmniej stały, gdy miała o nich ostatnie informacje i wolała nie zastanawiać się, czy coś się nie zmieniło. Kręciła się zresztą stale w pobliżu klubokawiarni, do której uciekali ci, którzy nie mogli się teleportować, a ich domy spłonęły. – Mam kontakt z Heather i Cedrickiem. – Fale bywały cholernie przydatne. I teraz gdy o tym myślała zawahała się nawet na chwilę nad zawołaniem do któregoś z Bulstrodów, ale biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie obaj działali z aurorami… mogłaby tylko im przeszkodzić. – Jonathan i Morpheus byli cali jakąś godzinę temu, działają przy gaszeniu kamienicy. Główny punkt zbiórki do klubokawiarnia, drugim będzie antykwariat. Tam szukamy partnerów, lepiej nie chodzić teraz w pojedynkę. Możesz się tam teleportować, ja jeszcze upewnię się, że na pewno nikt nie został w środku i dom nie spłonie – powiedziała, machając w stronę budynku, jakby wcale nie powiedziała, że mają nie chodzić w pojedynkę. Ewentualnie Brenna nawet w swojej hipokryzji nie zauważała, że sugerowała trzymanie się najmniej w parach wszystkim innym, ale sama biegała tam, gdzie akurat wydawało się jej, że będzie najbardziej potrzebna.
Budynek prawdopodobnie ocalał. Ktoś z Brygady pomachał jej i pobiegł dalej – pewnie zwabiony ogniem nadbiegł, ale gdy sytuację zastał opanowaną, umknął. Brenna podejrzewała, że mieszkańcy poza tą dwójką wcześniej się ewakuowali, wolała jednak poświęcić dwie minuty na upewnienie się… a potem… potem pozostawało ruszyć dalej. Do walki z płomieniami i pomocy przy ewakuacji.
Czy w innych miejscach wpadali w objęcia ognia i dymu? Czy gdzieś było bezpieczne?
– Wiesz, co z innymi w Dolinie? – spytała, zwracając na Dorę spojrzenie ciemnych, zaczerwienionych oczu. Nie od płaczu: od dymu i gorąca. Brenna nie płakała, i głos jej nie zadrżał, kiedy zadawała pytanie, chociaż serce ściskało się jej boleśnie, że może kiedy tutaj wywlekała tę kobietę z zadymionego budynku, gdzieś tam, w Dolinie, pomocy potrzebowała rodzina.
Bała się pytać. Bała się nie spytać. Bała się odpowiedzi, jaką mogła dostać. Ale nic z tego nie uwidoczniło się na jej umazanej twarzą sadzy.
– Klubokawiarnia, antykwariat i apteka Lupinów stoją. – A przynajmniej stały, gdy miała o nich ostatnie informacje i wolała nie zastanawiać się, czy coś się nie zmieniło. Kręciła się zresztą stale w pobliżu klubokawiarni, do której uciekali ci, którzy nie mogli się teleportować, a ich domy spłonęły. – Mam kontakt z Heather i Cedrickiem. – Fale bywały cholernie przydatne. I teraz gdy o tym myślała zawahała się nawet na chwilę nad zawołaniem do któregoś z Bulstrodów, ale biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie obaj działali z aurorami… mogłaby tylko im przeszkodzić. – Jonathan i Morpheus byli cali jakąś godzinę temu, działają przy gaszeniu kamienicy. Główny punkt zbiórki do klubokawiarnia, drugim będzie antykwariat. Tam szukamy partnerów, lepiej nie chodzić teraz w pojedynkę. Możesz się tam teleportować, ja jeszcze upewnię się, że na pewno nikt nie został w środku i dom nie spłonie – powiedziała, machając w stronę budynku, jakby wcale nie powiedziała, że mają nie chodzić w pojedynkę. Ewentualnie Brenna nawet w swojej hipokryzji nie zauważała, że sugerowała trzymanie się najmniej w parach wszystkim innym, ale sama biegała tam, gdzie akurat wydawało się jej, że będzie najbardziej potrzebna.
Budynek prawdopodobnie ocalał. Ktoś z Brygady pomachał jej i pobiegł dalej – pewnie zwabiony ogniem nadbiegł, ale gdy sytuację zastał opanowaną, umknął. Brenna podejrzewała, że mieszkańcy poza tą dwójką wcześniej się ewakuowali, wolała jednak poświęcić dwie minuty na upewnienie się… a potem… potem pozostawało ruszyć dalej. Do walki z płomieniami i pomocy przy ewakuacji.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.