07.01.2026, 15:36 ✶
Z zawadiackim uśmiechem odchylił głowę, tuląc wampirzycę wciąż do siebie.
Byli na szczycie wieży, znów w opactwie, znów górując nad wzgórzem, nadkrajobrazem otulonym tym razem bielą odbijającą światło gwiazd. Mroźny dymek nie leciał jednak z ich ust, jakby psychice zdało się zapomnieć o tym, że temperatura ujemna i wampirom potrafi dać w kość.
Razem jednak, w stosownych na porę roku kożuchach, mogli czuć przecież wzajemne ciepło, rozlewającą się pewność chwili w niepewności nadchodzących dni. Nadchodzących nocy. I gdy jedno ramię przyciskało ciało do ciała, zapobiegawczo, nie chcąc zgubić, uronić ani kropli tego momentu więcej, tak wolną dłonią pogładził alabastrowy policzek, kciukiem potarł słodkie usta, które w końcu udało mu się posmakować i które chciał smakować jeszcze wiele, wiele razy.
– Co za noc...– szepnął cicho, w rozkojarzeniu sięgając po starofrancuski, szukając blasku gwiazd odbitych niebieską tęczówką. Nie był to letni bal. Nie była jesienna nostalgia. Zimą wampiry królowały swym nocnym płaszczem nad innymi, a oni zdawali się panować nad tym miejscem w sposób absolutny i niepodzielny. Zachłanny znów, jak przystało na istoty pamiętające minione stulecia. – Mógłbym zaczynać tak każdy zmierzch, mógłbym wieńczyć tak każdy świt. Z Tobą. Tutaj, lub gdziekolwiek będziesz chciała nas widzieć. Moja pani. Mój aniele. – Nie musiał grzać jej zziębniętych dłoni, nie musiał kutać bardziej poły płaszcza, gest troskliwości zakradł się jednak do niego, w swym przejaskrawionym, nadopiekuńczym geście poprawiania sprzączki, równania srebrzystych szynszyli. Mając wkoło wszystko. Mając cały świat, wciąż jednak upatrując wszystko w jej drobnym istnieniu. W geście. W słowie na które czekał, a którego jednocześnie się obawiał.
Byli na szczycie wieży, znów w opactwie, znów górując nad wzgórzem, nadkrajobrazem otulonym tym razem bielą odbijającą światło gwiazd. Mroźny dymek nie leciał jednak z ich ust, jakby psychice zdało się zapomnieć o tym, że temperatura ujemna i wampirom potrafi dać w kość.
Razem jednak, w stosownych na porę roku kożuchach, mogli czuć przecież wzajemne ciepło, rozlewającą się pewność chwili w niepewności nadchodzących dni. Nadchodzących nocy. I gdy jedno ramię przyciskało ciało do ciała, zapobiegawczo, nie chcąc zgubić, uronić ani kropli tego momentu więcej, tak wolną dłonią pogładził alabastrowy policzek, kciukiem potarł słodkie usta, które w końcu udało mu się posmakować i które chciał smakować jeszcze wiele, wiele razy.
– Co za noc...– szepnął cicho, w rozkojarzeniu sięgając po starofrancuski, szukając blasku gwiazd odbitych niebieską tęczówką. Nie był to letni bal. Nie była jesienna nostalgia. Zimą wampiry królowały swym nocnym płaszczem nad innymi, a oni zdawali się panować nad tym miejscem w sposób absolutny i niepodzielny. Zachłanny znów, jak przystało na istoty pamiętające minione stulecia. – Mógłbym zaczynać tak każdy zmierzch, mógłbym wieńczyć tak każdy świt. Z Tobą. Tutaj, lub gdziekolwiek będziesz chciała nas widzieć. Moja pani. Mój aniele. – Nie musiał grzać jej zziębniętych dłoni, nie musiał kutać bardziej poły płaszcza, gest troskliwości zakradł się jednak do niego, w swym przejaskrawionym, nadopiekuńczym geście poprawiania sprzączki, równania srebrzystych szynszyli. Mając wkoło wszystko. Mając cały świat, wciąż jednak upatrując wszystko w jej drobnym istnieniu. W geście. W słowie na które czekał, a którego jednocześnie się obawiał.