01.11.2026, 12:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2026, 12:52 przez Othello Fawley.)
To grzech.
Wyjaśniło się. Wcześniej to podejrzewał, teraz miał pewność. Opuścił wzrok, poczuł łzy gromadzące się w kącikach oczu. Był zepsuty. Urodził się taki, nie potrafił nic na to poradzić, a teraz wiedział, że przez Matkę został skazany na wieczne cierpienia. Przez tę Matkę, która pod płaszczykiem miłości kryła poczucie zawodu. Tę Matkę, która najpierw określała to, co jest naturalne, a co nie, a potem tworzyła człowieka, który w te kategorie nigdy nie miał się wpasować. Tę Matkę, której trzeba było się poświęcić, przed którą trzeba było się kryć. Która kochała i nienawidziła tak jakby te dwa uczucia nie stały ze sobą w sprzeczności.
Bardzo przypominała Othellowi własną rodzicielkę.
Wieczna wdzięczność, wieczne poczucie obowiązku, wieczne upokorzenie. Krąg, z którego nie potrafił się wyrwać, bo mimo wszystko mu zależało. Choć teoretycznie nie powinno. Ojca łatwo było nienawidzić. Cuchnął brudem i alkoholem, odnosił się do swych dzieci z niekrytą pogardą. Matka była inna. Była czysta, zatroskana, czuła, ale jednocześnie zimna, bezlitosna i wymagająca.
Bardzo przypominała Othellowi boginię.
Nie potrafił żyć zgodnie z owymi przykazaniami. Nie potrafił zadowolić żadnej ze swych matek, a grzech był częścią niego. Tak jak mówiła Lydia. Jeśli dane mu było żyć w paradoksie, w hipokryzji, być może tak miało być. To zaplanowali dla niego bogowie. Taka była jego natura.
– Dziękuję, Lydio – powiedział cichym, zduszonym głosem. Wstał od stołu. Pojedyncza łza spłynęła w dół po jego policzku. – Przepraszam cię na chwilę.
Poszedł do toalety, zamknął za sobą drzwi i oparł się o umywalkę. Spojrzał w oczy grzesznika. Człowieka, u którego pożądanie mieszało się z egzystencjalnym lękiem. Wcześniej myślał, że to minie, ale nie mijało. Nie dawał sobie z tym rady i podejrzewał, że ani Lydia, ani nawet Odys mu nie pomogą. Miał dwie możliwości: nadal się męczyć i żyć w cnocie lub pogodzić się i splamić w oczach Matki, która nigdy i tak nie uzna go za czystego.
Nie wiedział, co robić.
Wyjaśniło się. Wcześniej to podejrzewał, teraz miał pewność. Opuścił wzrok, poczuł łzy gromadzące się w kącikach oczu. Był zepsuty. Urodził się taki, nie potrafił nic na to poradzić, a teraz wiedział, że przez Matkę został skazany na wieczne cierpienia. Przez tę Matkę, która pod płaszczykiem miłości kryła poczucie zawodu. Tę Matkę, która najpierw określała to, co jest naturalne, a co nie, a potem tworzyła człowieka, który w te kategorie nigdy nie miał się wpasować. Tę Matkę, której trzeba było się poświęcić, przed którą trzeba było się kryć. Która kochała i nienawidziła tak jakby te dwa uczucia nie stały ze sobą w sprzeczności.
Bardzo przypominała Othellowi własną rodzicielkę.
Wieczna wdzięczność, wieczne poczucie obowiązku, wieczne upokorzenie. Krąg, z którego nie potrafił się wyrwać, bo mimo wszystko mu zależało. Choć teoretycznie nie powinno. Ojca łatwo było nienawidzić. Cuchnął brudem i alkoholem, odnosił się do swych dzieci z niekrytą pogardą. Matka była inna. Była czysta, zatroskana, czuła, ale jednocześnie zimna, bezlitosna i wymagająca.
Bardzo przypominała Othellowi boginię.
Nie potrafił żyć zgodnie z owymi przykazaniami. Nie potrafił zadowolić żadnej ze swych matek, a grzech był częścią niego. Tak jak mówiła Lydia. Jeśli dane mu było żyć w paradoksie, w hipokryzji, być może tak miało być. To zaplanowali dla niego bogowie. Taka była jego natura.
– Dziękuję, Lydio – powiedział cichym, zduszonym głosem. Wstał od stołu. Pojedyncza łza spłynęła w dół po jego policzku. – Przepraszam cię na chwilę.
Poszedł do toalety, zamknął za sobą drzwi i oparł się o umywalkę. Spojrzał w oczy grzesznika. Człowieka, u którego pożądanie mieszało się z egzystencjalnym lękiem. Wcześniej myślał, że to minie, ale nie mijało. Nie dawał sobie z tym rady i podejrzewał, że ani Lydia, ani nawet Odys mu nie pomogą. Miał dwie możliwości: nadal się męczyć i żyć w cnocie lub pogodzić się i splamić w oczach Matki, która nigdy i tak nie uzna go za czystego.
Nie wiedział, co robić.
Koniec sesji
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.