06.01.2023, 12:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2023, 12:14 przez Mackenzie Greengrass.)
- Z celnością jeszcze musi poćwiczyć, za to ma dużo mocniejsze uderzenie niż wasz pałkarz - odparła Mackenzie, trochę automatycznie, bo jeżeli szło o nią, to gdy rozmowa schodziła na wszelkie elementy gry, jej ocenianie i dyskutowanie, co należy poprawić, nie broniła nikogo, włącznie z sobą, punktując, co jest nie tak, a co działa odpowiednio. Pałkarz Puchonów uderzał trochę celniej, za to słabo, pałkarz Gryfonów gdy już trafiał, to siał spustoszenie. Gdyby nie jej charakter, mocno wycofany - teraz mówiła do Lovegooda aż tyle wyłącznie dlatego, że chodziło o quidditch - i czasem mało sympatyczny, o czym zresztą chłopak się przekonał, mogłaby być niezłym kapitanem.
Na szczęście dla całej drużyny i samej Mackenzie, nikomu nie przyszło do głowy takim ją mianować.
Słowa o skarpetkach puściła mimo uszu. Wątpiła, by takie zdanie padło, a jeżeli tak? Nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, jak długo ścigająca dalej zdobywała punkty dla Gryfonów, nie Ślizgonów.
Mackenzie cisnęła drugiego buta na ziemię i znów ułożyła się na łóżku. Nie próbowała tym razem wędrować, bo trochę pogodziła się z nosem, a poza tym ból głowy narastał, nie wspominając już o tym, że i ręka nie działała tak, jak powinna. Grengrass zwinęła się w kłębek na prawym boku i zacisnęła powieki, jakby w nadziei, że zmniejszy to pulsowanie we wnętrzu czaszki.
- Bzdura... potrzebujesz jakoś doby, żeby odbudowali ci kości, które znikły. Po kolejnej funkcjonują już normalnie. Naprawienie jednej, nieznikniętej, zajmuje mniej, jeżeli nie jest otwarte. Kość nosa, jeśli dobrze ją nastawić, poskładasz w parę minut - mruknęła, nie otwierając nawet oczu. Czy mówiła z własnego doświadczenia? Trochę. Swego czasu, trochę na skutek własnej głupoty, zaliczyła zanik kości w jednej dłoni, a ledwo rok temu tłuczek złamał jej nos. Inaczej nie miałaby pojęcia, jak to działa. Sama na magii leczniczej się nie znała, ku wielkiemu ubolewaniu matki, która liczyła, że córka zostanie albo zielarką, albo magomedyczką. - Czekaj, jak pielęgniarka wróci, poproszę, żeby cię puściła. Bo oberwałeś w głowę chyba tak mocno, że jest szansa, że zapomnisz, w której drużynie grasz - powiedziała zgryźliwie. Po prawdzie nawet nie próbowała być celowo złośliwa (choć pewnie tak to brzmiało), a raczej w swoim niezręcznym języku sugerowała, że już prędzej ona zdołałaby się zebrać z tą jedną ręką, bo przynajmniej pamiętała, jak się nazywa. Ją głowa bolała od uderzenia, ale jeżeli ktoś tutaj miał wstrząs mózgu, to na pewno on. Jeżeli ona też, to dużo lżejszy.
Ledwo chwilę później pielęgniarka znów stanęła na progu, z tacą, którą ustawiła na stoliku nocnym pomiędzy ich łóżkami.
- Tutaj eliksir dla was. Panno Greengrass, jedna łyżka. Panie Lovegood, jedna łyżka z tej butelki i druga z tej... Za kwadrans łyk tej trzeciej, to ziółka na sen. Da pan radę na momencik usiąść? Niech pan spróbuje zbytnio nie ruszać głową - ostrzegła, podając mu łyżkę najpierw jednej, a potem drugiej mikstury. Później zabrała się do ostrożnego dotykania jego głowy, zapewne w poszukiwaniu guza, by wreszcie rzucić zaklęcie, które miało spowodować, że ten zacznie znikać.
Potem obróciła się do Mackenzie.
- Wypite? Świetnie, proszę się nie ruszać... Jeżeli którekolwiek z was poczuje się gorzej, macie mówić, urazy głowy to nie zabawa! - ostrzegła jeszcze, spoglądając najpierw na Kenzie, a potem na Theodore'a surowo, jakby spodziewała się, że postarają się zatajać przed nią nagłe pogorszenie stanu zdrowia.
- Zostaniecie na obserwacji do pojutrze, i nie, proszę nie protestować! - oświadczyła, po czym przesunęła różdżką, rozcinając rękaw szaty Mackenzie i ujawniając rękę. Łokieć był spuchnięty, sino - czerwony. Pielęgniarka zacmokała z niezadowoleniem, nałożyła na miejsce maść znieczulającą i zaczęła mruczeć jakieś zaklęcia. - Naprawdę, musicie grać w tę głupią grę?
- No oczywiście, że tak! - oświadczyła Mackenzie ze szczerym oburzeniem.
@Theodore Lovegood
Na szczęście dla całej drużyny i samej Mackenzie, nikomu nie przyszło do głowy takim ją mianować.
Słowa o skarpetkach puściła mimo uszu. Wątpiła, by takie zdanie padło, a jeżeli tak? Nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, jak długo ścigająca dalej zdobywała punkty dla Gryfonów, nie Ślizgonów.
Mackenzie cisnęła drugiego buta na ziemię i znów ułożyła się na łóżku. Nie próbowała tym razem wędrować, bo trochę pogodziła się z nosem, a poza tym ból głowy narastał, nie wspominając już o tym, że i ręka nie działała tak, jak powinna. Grengrass zwinęła się w kłębek na prawym boku i zacisnęła powieki, jakby w nadziei, że zmniejszy to pulsowanie we wnętrzu czaszki.
- Bzdura... potrzebujesz jakoś doby, żeby odbudowali ci kości, które znikły. Po kolejnej funkcjonują już normalnie. Naprawienie jednej, nieznikniętej, zajmuje mniej, jeżeli nie jest otwarte. Kość nosa, jeśli dobrze ją nastawić, poskładasz w parę minut - mruknęła, nie otwierając nawet oczu. Czy mówiła z własnego doświadczenia? Trochę. Swego czasu, trochę na skutek własnej głupoty, zaliczyła zanik kości w jednej dłoni, a ledwo rok temu tłuczek złamał jej nos. Inaczej nie miałaby pojęcia, jak to działa. Sama na magii leczniczej się nie znała, ku wielkiemu ubolewaniu matki, która liczyła, że córka zostanie albo zielarką, albo magomedyczką. - Czekaj, jak pielęgniarka wróci, poproszę, żeby cię puściła. Bo oberwałeś w głowę chyba tak mocno, że jest szansa, że zapomnisz, w której drużynie grasz - powiedziała zgryźliwie. Po prawdzie nawet nie próbowała być celowo złośliwa (choć pewnie tak to brzmiało), a raczej w swoim niezręcznym języku sugerowała, że już prędzej ona zdołałaby się zebrać z tą jedną ręką, bo przynajmniej pamiętała, jak się nazywa. Ją głowa bolała od uderzenia, ale jeżeli ktoś tutaj miał wstrząs mózgu, to na pewno on. Jeżeli ona też, to dużo lżejszy.
Ledwo chwilę później pielęgniarka znów stanęła na progu, z tacą, którą ustawiła na stoliku nocnym pomiędzy ich łóżkami.
- Tutaj eliksir dla was. Panno Greengrass, jedna łyżka. Panie Lovegood, jedna łyżka z tej butelki i druga z tej... Za kwadrans łyk tej trzeciej, to ziółka na sen. Da pan radę na momencik usiąść? Niech pan spróbuje zbytnio nie ruszać głową - ostrzegła, podając mu łyżkę najpierw jednej, a potem drugiej mikstury. Później zabrała się do ostrożnego dotykania jego głowy, zapewne w poszukiwaniu guza, by wreszcie rzucić zaklęcie, które miało spowodować, że ten zacznie znikać.
Potem obróciła się do Mackenzie.
- Wypite? Świetnie, proszę się nie ruszać... Jeżeli którekolwiek z was poczuje się gorzej, macie mówić, urazy głowy to nie zabawa! - ostrzegła jeszcze, spoglądając najpierw na Kenzie, a potem na Theodore'a surowo, jakby spodziewała się, że postarają się zatajać przed nią nagłe pogorszenie stanu zdrowia.
- Zostaniecie na obserwacji do pojutrze, i nie, proszę nie protestować! - oświadczyła, po czym przesunęła różdżką, rozcinając rękaw szaty Mackenzie i ujawniając rękę. Łokieć był spuchnięty, sino - czerwony. Pielęgniarka zacmokała z niezadowoleniem, nałożyła na miejsce maść znieczulającą i zaczęła mruczeć jakieś zaklęcia. - Naprawdę, musicie grać w tę głupią grę?
- No oczywiście, że tak! - oświadczyła Mackenzie ze szczerym oburzeniem.
@Theodore Lovegood