Co tu dużo mówić, rezydencja Longbottomów zdecydowanie zaczynała urastać do rangi miejsca, w którym każdy mógł znaleźć schronienie i po prostu odsapnąć, odizolować się od kłębiących się na każdym kroku problemów. Szkoda tylko, że w ostatnich latach tymi komplikacjami nie były tak trywialne kwestie, jak zmęczenie atmosferą miasta, tęsknota za bliskimi czy kłótnia w rodzinie. Sprawy przybierały coraz gorszy obrót, co dało się dostrzec także po tym, jacy goście odwiedzali rodzinę w Dolinie Godryka.
Mimo to podwoje posiadłości dalej pozostawały otwarte, chociaż teraz zdecydowanie częściej spoglądano przez wizjer, zamiast od razu otwierać drzwi na oścież. Ilość mieszkańców, jak i ich stopień obycia z różnymi dziedzinami magii sprawiały, że nie byli łatwym celem, ale jak długo by wytrwali pod zmasowanym atakiem? Lub gorzej, przy podstępie i ciosowi w plecy zadanego z wewnątrz? Erik pokręcił głową, odcinając się od tych myśli. Na omówienie kwestii zabezpieczeń przyjdzie czas, ale teraz musiał przede wszystkim skupić się na Thomasie.
— Nie. I to mnie martwi — rzucił jeszcze do Brenny, odpowiadając na jej pytanie względem tożsamości ujętych przestępców, zanim zniknął w kuchni.
Zobaczenie za maską znajomej twarzy byłoby okropnym przeżyciem, jednak to, że nie potrafili przypasować twarzy do konkretnej rodziny, również sporo im mówiło. Ideologia głoszona przez Czarnego Pana mogła zacząć docierać do osób spoza głównego kręgu rodzin czystej krwi. Jasne, arystokracja miewała boczne gałęzie i praktycznie zapomniane odnogi, które nie liczyły się zbytnio w wielkiej grze wpływów w magicznych dzielnicach Londynu, wyparte przez główne linie rodu, ale... Co, jeśli te wszystkie chore tezy zaczynały trafiać także do przedstawicieli rodzin półkrwi? Lub mugolaków?
Nie chciał wierzyć, że ci ostatni byliby w stanie masowo popierać Lorda Voldemorta, biorąc pod uwagę, że ten zapewne najchętniej by ich usunął z magicznej społeczności za jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki, ale nie można było tego wykluczyć. W każdej grupie społecznej można było znaleźć czarne owce. Potrzeba przynależności, podatność na perswazje i „wielkie idee”, a przy tym wiara w to, że dołączenie do sprawy zapewni nietykalność... I zwolennik gotowy.
Oby nagle się nie okazało, że to zorganizowany atak, błagał w myślach Erik, przerywając zaklęcie patronusa, gdy wystosował już odpowiednie instrukcje do brygadzistów i medyków z lokalnego szpitala. Skierował swe kroki do salonu, mijając po drodze wejście do lokum. Nie zaskoczyło go zbytnio to, że nikt z lokatorów sąsiednich mieszkań nie ruszył z odsieczą lub po to, aby przejrzeć pobojowisko. Odgłosy wyważanych drzwi czy zaklęć obijających się o ściany raczej nie zachęcały do bezpośredniej ingerencji w nieswoje sprawy. Wielu czarodziejów nie było przeszkolonych w udzielaniu pierwszej pomocy, nie mówiąc już o wpychanie się w sam środek walki z potencjalnymi czarnoksiężnikami. Większość pewnie zablokowała zamki, wzmocniła zaklęcia obronne i zaszyła się w kącie, czekając, aż niebezpieczeństwo minie. Chociaż nie dało się wykluczyć, że w budynku był ktoś odważny, kto być może posłał wiadomość do Ministerstwa. Nie, żeby im to jakoś wybitnie miało pomóc, skoro już się tym sami zajęli.
— Powinni tu być za kilka minut — poinformował przyciszonym głosem, zerkając na Brennę, akurat, gdy ta umożliwiła jednemu z napastników wypowiedzenie się.
Erik skrzywił się, wiedząc, że bez względu na to, jaką odpowiedź otrzyma Thomas, nie będzie ona należała do pozytywnych czy sensownych. Pojmali ich, udaremnili plany, wezwali służby, które ich aresztują... Nie mieli nic do stracenia, a jeśli mogli sprawić swej niedoszłej ofierze bólu, to zapewne to zrobią. W jego oczach zapłonęły agresywne ogniki, gdy usłyszał oszczerstwo wycelowane w swojego partnera. Zacisnął palce wokół różdżki tak mocno, że aż mu pobielały kłykcie. Podskoczył mimowolnie, gdy Hardwick uderzył w ścianę.
Zmroziło go. Przykład. A więc tak po prostu go sobie wybrali, żeby coś udowodnić. Zmusił się, aby zbliżyć się o te kilka kroków do Thomasa. Chciał ścisnąć jego ramię, poklepać po plecach, rzucić jakimkolwiek słowem, które mogło zmniejszyć stres, strach, niepewność czy jakąkolwiek inną negatywną emocję, która budowała się w ciele i umyślne mężczyzny. Nie mógł jednak dać satysfakcji tej dwójce.
— Nie musisz tego słuchać — powiedział z nutą troski, starając się złapać kontakt wzrokowy z przyjacielem. — Znalezienie powodu, dla którego to zrobili, byłoby łatwiejsze, ale to po prostu... pusta nienawiść. Nie są tego warci.
Zwrócił się w stronę napastników, pokonując dzielący go od nich dystans, aby przyklęknąć w bezpiecznej odległości.
— Każde wasze słowo zostanie bardzo dokładnie spisane w każdym możliwym raporcie. I zrobię wszystko, żeby wasz potencjalny obrońca nawet nie wpadł na pomysł spróbowania zwolnienia was za kaucją. Czeka was proces. Bo do takowego dojdzie, mogę wam o tym zapewnić i będzie on raczej jednomyślny — powiedział rzeczowo, jednak jakże nietypowy dla Erika lodowaty ten głosu przebijał się przez każde jego słowo, skrywając w swym zimnie pohamowany gniew i frustrację. — Możecie sobie myśleć, że jest jakaś mała, drobna szansa, że ktoś was wyciągnie z tego bagna. Tak nie będzie. Zawiedliście na całej linii i jeszcze zostaliście aresztowani. Kto wie, co zaczniecie gadać, jeśli odpowiednio się wam przyciśnie?
Wykrzywił usta w niewesołym uśmiechu, jakby w ten sposób chciał podkreślić, w jak niefortunnej sytuacji znalazła się ta dwójka. Może i potrafili działać z zaskoczenia, ale to jeszcze nie znaczyło, że w hierarchii zwolenników Czarnego Pana znajdowali się wyjątkowo wysoko. Przerzucił różdżkę do drugiej ręki w niemalże nonszalanckim geście.
— Staliście się bezużyteczni. Na zostanie męczennikami za swoje wierzenia nie macie co liczyć, a to, że ktoś wam zaufa... Cóż. Wątpię, żeby lojalność wobec siebie nawzajem była w waszych kręgach priorytetem — Podniósł się, wycofując się na swoją poprzednią pozycję.
Nawet jeśli jakimś cudem umkną sprawiedliwości, co prawdopodobnie wzbudziłoby znaczny sprzeciw w pewnych strukturach Ministerstwa, to nikt powiązany z Voldemortem im już nie zaufa. Byli spaleni przez brak umiejętności i bardzo duży łut szczęścia, jakim dysponował Thomas. Ich rodziny zapewne też zostaną uważnie prześwietlone przez BUM i Aurorów, gdy tylko zostaną zidentyfikowani w areszcie. Gdzie oni są?, pomyślał, zerkając kątem oka w stronę drzwi.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞