- Wiesz, Rookwood na co dzień nie jest zły. To nie tak, że wchodzi do biura aurorów i rozstawia nas wszystkich po kątach. Zazwyczaj, po prostu zajmuje się sprawami, które ma do rozwiązania – w sumie każdy z nich zajmował się przydzielonymi w danej chwili sprawami. I może właśnie dlatego Patrick nie widział problemu, gdy dowiedział się, że z uwagi na staż to Rookwood ma być liderem grupy aurorów. Sam Steward zresztą, nawet gdyby mu zaoferowano pozycję lidera, próbowałby ją renegocjować z kimś innym, może nawet z samym Chesterem, ale znowu – głównie dlatego, że wolał działać z tyłu, zamiast pchać się pierwszy plan. Kto został wystawiony raz, ten już był wystawiony zawsze i takie tam. – Gdyby rzeczywiście przyszło do takiej rozmowy między nami, raczej powiedziałbym mu, dlaczego jego sposób dowodzenia nieszczególnie działa, niż kwestionował chęci.
Wzruszył nonszalancko ramionami, ale na swój sposób ucieszyło go, że udało mu się rozweselić Erika. Patrick sądził, że rozładowanie atmosfery potrafiło wiele naprawić w grupie.
Przy kapłance nie tracił swojego pogodnego wyrazu twarzy, nawet jeśli odrobinę zaskoczyły go jej słowa. Nie do końca rozumiał jak obecność jakiegokolwiek aurora lub brygadzisty mogła wzmóc strach wśród ludzi. Każdego roku Ministerstwo Magii przydzielało pewną liczbę pracowników do chronienia świąt.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział jej zgodnie z prawdą. – Dlatego właśnie was, jako organizujących Beltaine od lat, o to pytam. To wy jesteście jego pierwszymi oczami i uszami, ale jeśli nic nie przykuło waszej uwagi, tym lepiej dla wszystkich. – A jeśli celowo coś ukrywacie, będziecie mieć na sumieniu życia niewinnych czarodziei, jeśli dojdzie do tragedii, pomyślał, ale nie dodał tego na głos. Wątpił by kobieta świadomie próbowała coś ukrywać.
Zerknął na Erika, gdy ten rozmawiał z Isobel MacMillan. Zastanawiał się, czy nieświadomie nie próbował właśnie powielić jej narracji. Kobieta myliła skutek z przyczyną. To nie aurorzy i brygadziści byli problemem podczas Beltaine, ale Lord Voldemort, który objawił się w czarodziejskim świecie i jego poplecznicy.
- Dziękujemy za poświęcony nam czas – dodał do słów Longbottoma. – Wiemy, że nie macie go teraz dużo.
Odchodząc Patrick pocierał palcami nasadę nosa. Mimo wszystko nie był do końca ukontentowany uzyskanymi informacjami. Dobrze, że w teorii wszystko było tak, jak należało, ale jako członkowie Zakonu Feniksa, wiedzieli że Voldemort może chcieć pojawić się podczas Beltaine by pozyskać moc ognisk. Na swój sposób kobieta tylko potwierdziła to, czego mogli się – dzięki zdobytym informacjom – domyślać sami.
- Może właśnie tego dotyczą zsyłane jasnowidzom wizje? – zastanowił się, gdy znaleźli się już na tyle daleko by kobieta nie mogła ich podsłuchać. – Wszystkie informacje, które zdobywamy mówią w zasadzie o tym samym.
Ogień. Ogień. Niebezpieczna moc ognia, której tak pożądał Voldemort, może przynieść mu w czasie świąt wielką potęgę lub wielki upadek. Najprościej byłoby go w ogóle nie dopuścić do ognisk Beltaine. Tylko jak mogliby to zrobić?
- Brenno, pamiętasz liścik, który mi ostatnio przesłałaś w biurze aurorów? O naszym wspólnym znajomym i takie tam? – zapytał, spoglądając na siostrę Erika. – Myślę, że dzisiaj jest dobry moment, żeby sprawdzić jego umiejętności. Pewnie na nic się nie przydadzą, ale… - pokazał im puste ręce.
Nic więcej nie mieli.
- Eriku, ktoś mi wspominał, że Hardwick przyjaźni się z Geraldine Yaxley. Jeśli to prawda, poproś go, by przekonał ją do zdobywania cennych, zwierzęcych składników na rzecz Zakonu. Oczywiście, niech nie mówi jej o tym, że to dla nas. Tylko wymyśli coś przekonującego. Skoro się przyjaźnią, powienien wiedzieć jak ją podejść. Potem składniki może osobiście oddawać Norze lub tobie. – Longbottom z pewnością będzie wiedział, co z nimi zrobić.
Mavelle posłał tylko przyjazny uśmiech. Wiedział, że dobrze poradziła sobie z przydzielonym jej zadaniem. Myślał jeszcze o świstoklikach i o tym, że powinni ich mieć więcej. Tylko nie wiedział w tym momencie, jak ubrać swoje myśli w słowa.