Łatwo nie szukać swej winy w tym, że piaski są ruchome, kiedy znasz podstawy funkcjonowania tego świata. Zabawne, bo przecież Lauret znał je bardzo dobrze. Wiedział, dokąd lecą zimą bociany i dlaczego orki potrafiły skończyć na plaży pomimo tego, jak sprawnymi były pływakami. Tam umrzeć z niedoboru wody. Dusząc się. Powolna i brutalna śmierć. Rozumiał, na czym polega krąg natury, czemu śmierć musiała nastąpić, by nowe życie się narodziło. Pojmował wędrówkę gwiazd na niebie, bo to nie one wędrowały - to my. Wiedział, czemu powstawały chmury i zasłaniały słońce oraz dlaczego potem spadał deszcz. Wiedział to wszystko. Potem pojmował ludzką naturę - pragnienia, dążenia, egoizm i brutalność, nawet jeśli nie do końca chciał niektóre rzeczy zaakceptować i się z nimi pogodzić. Wiedział, że człowiek potrzebuje wiary, a nadzieja napędza go do osiągania rzeczy niemożliwych. Że miłość fizyczna i ta psychiczna to stany odrębne, a jednak gładko się ze sobą łączące. Jak nienawiść stała blisko tej miłości i że pustka była jej przeciwieństwem. To dlatego małżeństwa rozpadały się nie wtedy, kiedy się kłócili. Rozpadały się, kiedy nastawała między nimi zupełna cisza i mijali się na korytarzach bez słowa. Cóż więc z tego? Ruchome piaski pozostawały nadal jego winą. Czy raczej - to, że nie potafił zapobiec faktowi wpadnięcia w te piaski. Oczekiwał od siebie więcej. Najwięcej. Żeby nie skończyć jak król, paź i królewna ulepieni z piernika i pożarci przez przechodzących gości i zwierzęta. Starał się jednak przysposobić do myśli, że nie musi zawsze temu zapobiegać, bo nie od niego zależały wszystkie błędy ludzkie i potknięcia.
Dojrzałość. Ach, dojrzałość... Jego terapeuta patrzył na niego i uważał, że był zbyt młody na stan, w który pchnął go świat. Analizował siebie, analizował ludzi. Choć analiza siebie samego wychodziła mu przy tym najmizerniej. Ciężko być wobec siebie obiektywnym. Zbyt wiele piasków (pewnie z tych ruchomych) wpadało do oczu i zakłócało wizję. Philip zaś widział bardzo mało. Nie wiedział paru rzeczy o sobie samym - ale to nic, bo jak zostało powiedziane: przecież to trudne. Lustro nie pozwala ci zagłębić zakamarków duszy. Widział też niewiele o ludziach, na których spoglądał. Bo zaglądanie im do wnętrza chyba nigdy nie było tak trudne jak próba rozszyfrowania szeptu fal w oczach Laurenta. Też sobie dobrał godne wyzwanie... myśli selkie przecież wydawały się tylko taflą spokojnego brzegu - one były sztormem. Dziś ten sztorm rozrywał morskie brzegi na kawałki.
Chciał prawdę - dostał prawdę.
Było tego więcej, to wszystko piętrzyło się i narastało, a Laurent pierwszy raz w swoim życiu na przestrzeni ostatniego miesiąca zaczął odczuwać, że to po prostu niesprawiedliwe. Że przecież starał się żyć jak dobry człowiek, pomagać, więc dlaczego spotykało go tyle złych rzeczy? Niesprawiedliwe, a przecież za większość z nich winy mógł szukać tylko u siebie, nieprawdaż? Za duża naiwność, nieostrożność, głupia wiara w to, że ludzie są dobrzy, że mają w sobie miłość. Laurent był na tyle głupi, że nie potrafił się tego pozbyć. Było jak było. Kręcił się w jakimś gnojowisku własnej naiwności i to było tonięcie jeszcze bardziej obrzydliwe, niż stracenie gruntu w piaskach.
Pokiwał głową parę razy na znak zgody, czując ulgę z łagodności tych słów. Z dotyku. Dotyk zawsze pomagał - przynajmniej jemu. Był miły. Pozwalał na utrzymaniu się na powierzchni, kiedy toniesz. Choć pojęcie tonięcia było dla niego prawdziwie obcym uczuciem. Sięgnął po chusteczkę mu proponowaną, nie mając odwagi podnieść głowy w tym momencie i spojrzeć na Phihlipa, ale kiedy otarł swoje oczy i przetarł nos, w końcu to spojrzenie uniósł. Magia, prawdziwa magia - słone były morza i słone były łzy. Ach, ten uśmiech. Ten złoty, błogosławiony uśmiech, który rozganiał burzowe chmury i poskramiał sztormy. Jak syreni głos, który kołysanką układa marynarzy do snu, zamiast wabić ich w bezdenne tonie. To była bardzo odpowiedzialna rola, która przypadła w udziale Philipowi. Odpowiedzialna, bo oczy Laurenta szukały teraz w tym człowieku nadziei.
- Wiem, Philipie. - Ale kiedy nie byłeś karmiony miłością łyżeczką w dzieciństwie uczyłeś się ją zlizywać z ostrza noża.
Laurent zacisnął palce na tej chusteczce i przechylił się, żeby ułożyć głowę na udzie mężczyzny. Jego zapach. Jego dotyk. Był tak samo ciepły jak zawsze. Uspakajał się. Łzy, jak zawsze, pozostawiały po sobie pustkę - swoiste katharsis, pustkę nie z negatywnego znaczenia.
- Dziękuję... - Miał bardzo cichy i słaby głos w tym momencie, jakby już w tej chwili, w tej pozycji, miał usnąć na jego kolanach. - Proszę, nie puszczaj mnie.