- Chcę - odpowiedział od razu, nieszczególnie skrupulatnie mieląc w głowie jakieś wizyty u mecenasa, jakby bez tego nie mogli iść do restauracji w stolicy. Wolał to odgonić, zanim zacznie się czymś przejmować. I już rozchylił usta, żeby powiedzieć „to idę się ubrać w moje rzeczy”, ale Laurent powiedział coś, co wywołało ich momentalne zamknięcie.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób na to zareagować.
W całym tym absurdzie, po tym wszystkim, co się stało, po zachłannym przyciąganiu go do siebie, po tych manipulacjach, po emocjonalnym szantażu, żeby być potraktowanym dokładnie w taki sposób, jakby byli razem od dziesięcioleci, Laurent zachował się od linijki jak ktoś, kto rozumiał czego Crow dla siebie nie robił i trzeba było mu w tym pomagać, a on pomyślał: to nie jest za szybko? Nawet mimo bycia bardzo oswojonym z faktem przymierzania ubrań i pozowania tak długo, aż ktoś (czytaj: jego dziewczyna, bo w cyrku ubrania szyła Aria) nie stwierdzi czy mu je kupi lub nie - dla jednych upokarzające, dla niego przynajmniej coroczny rytuał. Po prostu... Nigdy nie był u krawca. Po co w ogóle miałby iść do krawca? Ubrania w jego świecie kupowało się w innych miejscach. Ale to nie była wisienka na torcie jego przerażenia - były nimi meble. I nie, nie o szafę i półkę chodziło, bo tutaj reakcja była oczywista: całus w policzek i krótkie...
- Jesteś słodki - ale zawsze po czymś takim musiało pojawić się „ale” - ale przecież ja nie mam czego tam trzymać. - Wzruszenie ramion.
Przerażało go biurko - jego fantazja od dokładnie trzech miesięcy, kiedy Bletchley po ataku paniki bredził o mieszkaniu razem, a oni oboje znali odpowiedź - że jeden musiał mieszkać w cyrkowym wozie, a drugi prędzej przyznałby się przed światem do impotencji niż posuwania chłopaka z nizin społecznych. I to biurko było wtedy tak nierealne, aby je lubić i o nim marzyć bez zarysowanego celu. Kiedy stawało się rzeczywistym obiektem, o którym ktoś mówi całkiem otwarcie jak o czymś przydatnym dla niego, nagle pojawiało się w głowie to nie nie nie, przecież to bez sensu, on nawet nie wiedział, do czego mógłby go używać częściej niż raz na nigdy. Istniał konkretny powód, dlaczego w opowieści o perfumach otrzymanych od Fontaine, flakon wylądował na półce w jej sypialni. Wydrążył w swoim życiu dziesiątki korytarzy, setki pomieszczeń, ale nigdy nie stworzył żadnego dla siebie. Dlatego pochylił się nad nim, chwycił go za rękę, odsuwając ją od zapisywanego tekstem dziennika, a jego strona magicznie przewróciła się sama na następną z nich, zanim tusz zdążył dobrze wyschnąć.
- Jest dobrze tak jak jest. I znowu przeprosiłeś mnie za nic.
Ostatni, delikatny pocałunek w skroń i puścił jego dłoń.
- Idę się ubrać w koszulkę i buty. Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny.
Strategicznie, nie czekając na odpowiedź, zniknął za drzwiami sypialni.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.