Och tak, zasypiać w czułych objęciach i budzić się w nich na drugi dzień. Życie nie było bajką i zawsze zgotowywało trudne chwile. Takie, w których niekoniecznie zasypialiście w zgodzie, czasem po dwóch różnych stronach łóżka, czasami to było tak mocne zmęczenie, że nużyło was od razu i nie było potrzeby bliskości. W końcu każda miłość przygasała w intensywności i stawała się przyjaźnią, która związana była czerwoną wstążką między palcami u tych, którzy naprawdę szczęśliwie trafili. Bo przecież ilu było takich szczęśliwców tak na dobrą sprawę? Niewielu. Znalezienie drugiej połówki, twojego anam cara, trafiało się raczej pojedynczym osobom, nie każdej parze, która postanowiła założyć obrączki. W tych czasach to... to wszystko było naprawdę trudne.
- Niestety nie mam luksusu sezonowych wyjazdów do pracy. Moja praca trwa przez wszystkie sezony. - Nawet jeśli, tak jak mówił, starał się od tego jak najbardziej odsunąć, żeby zyskać więcej przestrzeni i przede wszystkim czasu na zajmowanie się wszystkimi innymi rzeczami. Nie chciał jednak, żeby Philip zaczął marudzić, że może by został, a może by z nim i psami na spacer poszedł, a może obiad..? Albo jeszcze by przyszedł jednak dzisiaj na kolację? To wszystko zawróciłoby na bardzo, bardzo dziwny tor. Szczególnie, że nadal nie wiedział, jak miał się czuć z tym, że Philip tak hardo mówił, żeby Laurent czasem nie liczył na seks i nie próbował go uwodzić, a potem... potem... Cóż, oto są. Nawet nie wiedział, czy powinien w ogóle się jakkolwiek z tym czuć. Czy nie łatwiej byłoby po prostu przejść nad tym jednym dużym krokiem do porządku dziennego. Coś, przed czym nawet Edward go przestrzegał. Tak przecież nie można było żyć, bo to, co tak omijałeś w końcu cię dopadało i łapało za gardło.
Skierował się do kuchni, skinąwszy głową Philipowi na znak zgody. Niech spokojnie zajmie się swoimi porannymi czynnościami, nie zamierzał mu wchodzić z tym pod nogi. Jego poranne rutyny i tak były od dawna wywrócone do góry nogami i gdyby miał teraz powiedzieć, od czego zaczynał dzień, to tylko jedno mógłby powiedzieć z całą stanowczością - kawy. Nawet niekoniecznie śniadania. Od kawy.
- Dzień dobry. - Przywitał się z Błyskiem, spoglądając przez moment na Philipa witającego się z psiakami, które odprowadziły swojego pana kawałek, zanim zawróciły do niego, machając z radości ogonami. Przecież nie mógłby nie przysiąść i nie pomiziać ich za uszami, nie wytarmosić na powitanie. Nie poprosił jednak Błyska o kawę, czując przyjemny zapach kiełbasek roznoszący się w powietrzu. Kawę wypije... później. Ze swoim gościem, który miał się pojawić w New Forest dzisiejszego dnia. - Dziękuję za odświeżenie ubrań. - Zgadza się, skrzaty były niesamowitymi istotami i potrafiły wiedzieć dużo. Przerażająco dużo. Laurent strasznie ufał Migotkowi, chciał mu podarować nawet ubrania, ale... skończyło się to naprawdę tragicznie. Migotek, biedny, twierdził, że to dlatego, że jest już niechciany i... ach, nawet nie chciał do tego wracać myślami, bo niepotrzebnie to kochane stworzenie się krzywdziło. I to był jego błąd - powinien to przewidzieć, zastanowić się nad tym. Jeden z wielu błędów, które przyniósł na istoty dookoła siebie. Przypomniało mu się to, gdy się podniósł i zobaczył ten fartuszek.
Poprawił nieco koszulę na sobie i spojrzał w kierunku szkatułki w salonie. Podszedł do niej, żeby ją zabrać na stół jadalniany i tam odczynić zaklęcie i ubrać na siebie z powrotem biżuterię. Wolał teraz, bo jeszcze by się okazało, że zaklęcie się zakończyło przedwcześnie i psidwakom naprawdę coś złego by się stało.