Zabawne. Ciągle tracił na wadze, za mocno pokazywały się kości na jego skórze, za słabo się już czuł przy byle ekscesach, a teraz był jeszcze słabszy. I jednocześnie teraz ważył tak wiele, że jakim cudem te zimne ręce go unosiły? Ciepła między nimi była tylko krew, która uciekała z jego żył i brudziła wszystko czerwienią. Ten ręcznik, który zsunął się finalnie z jego ramion, alabaster skóry, perłowy szlafrok zsunięty z ramienia, żeby nic nie przeszkadzało zębom w odnalezieniu drogi do celu. Powinien być całkowicie lekki, a był jak kamień rzucony w taflę wody. Potrafił doskonale pływać, a tonął. Niknęło tam poszukiwane światło. Wszystko zatapiało się w ciemności, w której objęcia teraz nie chciał się oddawać. To nie była ta ciemność, której poszukiwał. Nieprzystępność tego show sprawiała, że chciałeś wybrać się na inne przyjęcie, albo może poza nie. Gdzieś do miejsca, gdzie noc otulona puchem zimy pozwalała skulić się w objęciach kogoś, komu zależało na tobie chociaż w tej jednej chwili... kto nie zdradzi cię w chwili następnej dlatego, że pragnienie umaże jego palce.
Westchnął, patrząc na tę czarną sylwetkę w granicach pogrążonego w półmrokach domu. Jedynym światłem był tutaj blask księżyca wlewający się do środka, który grał refleksami na tafli morza i ciepłe łuny dochodzące z łazienki, które rozlewały się na podłodze i suficie korytarza prowadzącego do tego pokoju. Pasował tutaj - do tego mroku mieszkania. Kiedy ściany nie były takie jasne, a wzrok nie uciekał do nowego bukietu na jadalnianym stole, w nowym wazonie, bo ktoś stłukł poprzedni. Pasował do zakątka, w którym było cicho, po którym nie kręcili się ludzie. Pasował do tej pozycji, do tego noża, tylko nie pasował do niego ten wyraz twarzy. To spojrzenie. Jakby go coś bolało. Jakby coś się w nim gnieździło i teraz nie sposób było odpowiedzieć sobie na pytanie, co to dokładnie takiego. Ach, o zgrozo... przecież to powinien być jakiś erotyczny, dziki sen. Jego własny sen. Astaroth i Fleamont w jednym pomieszczeniu. Tylko coś w tym śnie było nie tak, skoro ledwo mógł ruszyć ręką.
Przeszył go dreszcz, bo podłoga była równie zimna co ręce, które się na nim zaciskały. Ledwo ręką ruszał - ale ruszał. Położył ją na swojej szyi, na ranie, żeby zatrzymać płynącą krew, a zamiast tego ona utorowała sobie drogę między jego palcami. Migotek? Migotka nie było. Właśnie próbował znaleźć Vincenta. Za to w ogrodzie rozbrzmiało głośnie, dudniące ujadanie. Próbował odepchnąć od siebie dłoń Astarotha i jednocześnie siebie od niego, a te wielkie i karkołomne próby zakończyły się ledwo tym, że Astaroth mógł poczuć muśnięcie na swoim przedramieniu.