Martin był przyzwyczajony do humorków małych i dużych. Skaczące sobie do gardeł kobiety były normalnym widokiem dla kogoś w rodzinie Sue. (Nic dziwnego, że jego ojciec osiedlił się w spokojnym gniazdku Crouchów.) Niezwykłością aktualnego zdarzenia była nieznajomość łącząca obie kobiety. W znanych Martinowi sferach, wszelkie nieuprzejmości między obcymi obtaczano w mięciutkie frazesy, skropione tylko pasywno-agresywnym aromatem. Tak, ten chłopak nigdy nie widział kłócących się na ulicy kobiet. Tak się kończy niewychodzenie z domu.
Sytuacja pełna niezręczności. I zagadek. Crouch nie wiedział jak radzić sobie ze wspomnianą wielokrotnie boginią. Czarodzieje mieli od groma bogów. Założył, że chodzi o kogoś związanego z Beltane, czyli zapewne bogini miłości lub płodności, czy czegoś takiego.
— Jak wygląda ten rytuał?
Mógł nie wyjść, skoro magia nie działała, ale lepsze było to niż bezczynność.