Bibliotekarka siedziała przy biurku. Pisała kolejne przypomnienie dla tych, którzy jeszcze nie zdali wypożyczonych w ciągu roku szkolnego książek. Dźwięki skrobiącego pióra, zazwyczaj tak ciche, na które nikt normalny nie zwracał uwagi, teraz wydawały się głośne, skrzypiące i jakieś takie ostre. Podobnie było z szelestem przewracanych kartek przez tych, którzy mimo ciepłej pogody zdecydowali się na spędzenie tego popołudnia w przyjemnie chłodnym, ale jednocześnie nieco zatęchłym, przesiąkniętym wonią świec, starości i krążącej w murach hogwardzkiego zamku magii, wnętrzu biblioteki.
To był jeden z tych leniwych, majowych dni, kiedy całkiem spora część uczniów Hogwartu nie za bardzo wiedziała już co powinna ze sobą zrobić. Koniec roku zbliżał się nieubłaganie, większość egzaminów była już dawno za nimi, wylęgli więc na dwór, by spędzić czas na hogwardzkich błoniach i obok jeziora, w którym mieszkała Wielka Kałamarnica.
Na dworze było teraz bardzo ciepło, choć jeszcze odrobinę wietrznie. Świecące jasno słońce przyjemnie ogrzewało twarze, przypominając, że już niedługo przestanie być tak łagodne a temperatury staną się nieznośnie gorące. Dla wszystkich, którzy lubili takie atrakcje, to był dobry moment na dokarmianie chlebem żyjącej w jeziorze Wielkiej Kałamarnicy, na czytanie książek w cieniu rozłożystego drzewa, na ćwiczenie latania na miotle, na piknikowanie na szkolnych błoniach lub wędrówkę do chaty gajowego.
Ale nie wszyscy korzystali z tego wolnego czasu, spędzając go razem z grupą bliższych lub dalszych przyjaciół na świeżym powietrzu. Ulysses Rookwood wszedł do biblioteki. Torbę miał po brzegi wypchaną książkami, które zamierzał najwyraźniej zwrócić. Wyglądał trochę jak nieudany ludzki posąg: poruszał się sztywno, prawie tak, jakby chodzenie sprawiało mu jakiś realny ból a jednak, jakby bardzo się pilnował, by nie przystanąć lub rzucić się do biegu. Twarz miał nieruchomą a usta ściśnięte w jedną linię. Mimo pory roku i tego, że to właściwie były już ostatnie tygodnie przed wakacjami, nie dało się po nim zauważyć szkolnego rozluźnienia. Miał tak samo starannie jak zazwyczaj zawiązany krawat i zapiętą na wszystkie guziki koszulę, nawet szkolna szata pozostawała starannie ułożona.
A jednak, gdy Lycoris na niego spojrzała, dostrzegła że coś było z nim nie do końca tak, jak zazwyczaj, jakby mimo całego opanowania pozostawał wyraźnie wzburzony. Przystanął przy biurku bibliotekarki i powolnymi, mechanicznymi ruchami wyciągnął z torby dobre dziewięć książek i wręczył je patrzącej na niego krzywo kobiecie.
- Przecież nie ty je wszystkie wypożyczyłeś – zauważyła przyciszonym głosem.
- Ale ja je zdaje.
- Ale… - zaczęła znowu i urwała. Podniosła jedną z nich, by ją sprawdzić i wpisać z powrotem do rejestru.
Ulysses stał nieruchomo.
- No już. Skoro nie są twoje, moje pretensje też nie będą do ciebie. Chociaż wydaje się, że wszystko z nimi w porządku – zamarudziła, już tylko gestem odsyłając go od siebie precz.
Rookwood odwrócił się od niej, ale zamiast skierować się bezpośrednio do wyjścia z biblioteki, rozejrzał się po wnętrzu, może szukając miejsca, gdzie mógł usiąść albo szukając w środku jakiejś znajomej twarzy. Wreszcie dojrzał Lycoris, ruszył powoli w jej stronę.
- Wolne? - zapytał, spoglądając na miejsce obok niej.