Mellvyn Ollivander & Geraldine Yaxley
Nie czekali trzech dni, czekali cztery - na wszelki wypadek. Więcej już nie wytrzymał. Każdy wieczór i każda noc to był koszmar, ale najgorszej radził sobie o porankach. Dobrnięcie do czwartej-piątej nad ranem to była homeryczna podróż, coś jak przepłynięcie wpław jebanego Adriatyku. Ledwo zdążył zapaść w sen a już się budził, zawsze z tym dziwnym bólem i prawie zawsze lepki od potu, aż ostatecznie odmawiał spania z Geraldine dla jej własnego komfortu. Ile z tego było wywołane odstawieniem a ile Nocną Marą, nie wiedział.
Ale dzisiaj już był blisko, już był tak blisko, widział na horyzoncie jasne piaski plaż Gargano... Nie dobił jednak do brzegu. Kreska usypana na talerzyku przed nim nie jawiła mu się jako coś, czego faktycznie mógłby dotknąć. Podniósł wzrok, spojrzał na twarz Jego Pani, która siedziała na krześle obok od dobrych trzydziestu minut, bo modlił się nad tym pazurem strasznie. Jakby nie był w stanie zacząć. Jakby potrzebował od niej jasnego pozwolenia.
Mógł sobie czekać i mógł mieć nadzieje, ale doskonale wiedział, że to nie do niej należało, żeby mu tego pozwolenia udzielać. To było jego uzależnienie a ona nie mogła zachęcać go do podtrzymywania go. Gdyby robił zgodnie z jej wolą, gdyby faktycznie ją szanował tak, jak by chciał, to by zupełnie przestał. Nie usypałby tej kreski, nie siedziałby teraz przy tym stole i nie czekałby na to, aż wszystkie gwiazdy ułożą się posłusznie w astralne "T-A-K", żeby nareszcie przylgnąć z tym banknotem do blatu.
Odchrząknął, lewą dłoń wsunął pod stół. Ułożył ją na udzie Geraldine, ostrożnie gładził je palcami.
- Kiedy, uhh, kiedy jedziesz w teren? - zapytał zmęczonym monotonem, mimo emocji.
To było tylko preludium i ona o tym wiedziała, ale nie mogła się spodziewać tego, jak absurdalnym pomysłem zaraz ją zachwyci.