05.04.2023, 12:01 ✶
- Greengrass!? Greengrass!? Jesteś? Potrzebuje Cię!
Ktoś, przy w towarzystwie nerwowych wołań, zaczął dobijać się do drzwi gwiazdy Quidditcha z taką werwą, jakby na korytarzu na najmniej się paliło, a od szybkiej reakcji blondynki zależało czyjeś życie.
Dla Theodore’a, twórcy tego zamieszania, sytuacja mniej więcej tak właśnie się prezentowała. Jego życie mogło legnąć w gruzach i potrzebował pilnej pomocy, a przede wszystkim pragnął, by jak najszybciej go wpuściła. Nikt postronny nie mógł go zobaczyć w takim stanie! To byłby koniec świata! Każda sekunda, w której Green nie otwierała, podnosiło szansę, że jakiś przypadkowy sąsiad się napatoczy i ujrzy odmienionego, szkaradnego Lovegooda.
Sam nie był pewien, jak znalazł się w tej sytuacji. Poprzedni dzień nie zapowiadał żadnych kłopotów. Kilka godzin wcześniej, po umyciu się, położył się spać o normalnej godzinie (to, co dla niego jest normalną godziną, dla całej reszty świata jest środkiem nocy), a gdy obudził się, po jedenastej, nic już nie było takie, jak dawniej. Gdy próbował wstać z łóżka, zorientował się, że coś jest bardzo nie tak. Jego głowa była wyjątkowo ciężka, jakby przez całą noc się uczył, a gdy ją podniósł to poduszka, niczym namagnesowana, powędrowała za nią w powietrze. Zdziwiony tym wszystkim chciał przeczesać włosy, ale coś, jakiś dziwny kształt, którego nie powinno tam być, ukłuło go w rękę. Przestraszony niecodziennym odkryciem pobiegł szybko do lustra, a to, co w nim zobaczył, przeraziło go do głębi. Zasłonił buzię i wydał z siebie pisk tak głośny, że mógł być słyszalny nie tylko w najbliższych, sąsiednich lokalach, ale nawet i w całym budynku.
Kilka minut zajęło mu dojście do siebie. W tym czasie wpatrywał się w swoje odbicie, zniekształcone z powodu sterczącego, zielonego kształtu wystającego z jego głowy. Kaktus wyglądał całkiem normalnie, gdyby nie to, że powinien wyrastać z ziemi, a nie z czyjegoś mózgu. Theodore z początku próbował go pochwycić, by upewnić się, czy jest prawdziwy, ale tylko został ukłuty. Próbował też ściągnąć wiszącą przy jego głowie poduszkę, ale ta wmieszała się między igły i gdy chciał ją szarpnąć, zaczynały boleć tak, jak gdyby próbował wyrwać sobie włosy.
Poproszenie Greengrass o pomoc wydawało mu się dobrym pomysłem. Była miejscową hodowczynią, miłośniczką roślinek. Uznał, że mogła kiedyś słyszeć o czymś takim. Wciąż ubrany w piżamę, z poduszką doczepioną do kaktusa, wyskoczył ze swojego mieszkania, doskoczył do jej drzwi i zaczął się dobijać do środka niczym szaleniec, mając nadzieję, że nikt go nie ujrzy, nim nie otrzyma od sąsiadki pomocy. Miał szczerą nadzieję, że nie miała tego dnia żadnych treningów.
Ktoś, przy w towarzystwie nerwowych wołań, zaczął dobijać się do drzwi gwiazdy Quidditcha z taką werwą, jakby na korytarzu na najmniej się paliło, a od szybkiej reakcji blondynki zależało czyjeś życie.
Dla Theodore’a, twórcy tego zamieszania, sytuacja mniej więcej tak właśnie się prezentowała. Jego życie mogło legnąć w gruzach i potrzebował pilnej pomocy, a przede wszystkim pragnął, by jak najszybciej go wpuściła. Nikt postronny nie mógł go zobaczyć w takim stanie! To byłby koniec świata! Każda sekunda, w której Green nie otwierała, podnosiło szansę, że jakiś przypadkowy sąsiad się napatoczy i ujrzy odmienionego, szkaradnego Lovegooda.
Sam nie był pewien, jak znalazł się w tej sytuacji. Poprzedni dzień nie zapowiadał żadnych kłopotów. Kilka godzin wcześniej, po umyciu się, położył się spać o normalnej godzinie (to, co dla niego jest normalną godziną, dla całej reszty świata jest środkiem nocy), a gdy obudził się, po jedenastej, nic już nie było takie, jak dawniej. Gdy próbował wstać z łóżka, zorientował się, że coś jest bardzo nie tak. Jego głowa była wyjątkowo ciężka, jakby przez całą noc się uczył, a gdy ją podniósł to poduszka, niczym namagnesowana, powędrowała za nią w powietrze. Zdziwiony tym wszystkim chciał przeczesać włosy, ale coś, jakiś dziwny kształt, którego nie powinno tam być, ukłuło go w rękę. Przestraszony niecodziennym odkryciem pobiegł szybko do lustra, a to, co w nim zobaczył, przeraziło go do głębi. Zasłonił buzię i wydał z siebie pisk tak głośny, że mógł być słyszalny nie tylko w najbliższych, sąsiednich lokalach, ale nawet i w całym budynku.
Kilka minut zajęło mu dojście do siebie. W tym czasie wpatrywał się w swoje odbicie, zniekształcone z powodu sterczącego, zielonego kształtu wystającego z jego głowy. Kaktus wyglądał całkiem normalnie, gdyby nie to, że powinien wyrastać z ziemi, a nie z czyjegoś mózgu. Theodore z początku próbował go pochwycić, by upewnić się, czy jest prawdziwy, ale tylko został ukłuty. Próbował też ściągnąć wiszącą przy jego głowie poduszkę, ale ta wmieszała się między igły i gdy chciał ją szarpnąć, zaczynały boleć tak, jak gdyby próbował wyrwać sobie włosy.
Poproszenie Greengrass o pomoc wydawało mu się dobrym pomysłem. Była miejscową hodowczynią, miłośniczką roślinek. Uznał, że mogła kiedyś słyszeć o czymś takim. Wciąż ubrany w piżamę, z poduszką doczepioną do kaktusa, wyskoczył ze swojego mieszkania, doskoczył do jej drzwi i zaczął się dobijać do środka niczym szaleniec, mając nadzieję, że nikt go nie ujrzy, nim nie otrzyma od sąsiadki pomocy. Miał szczerą nadzieję, że nie miała tego dnia żadnych treningów.