Kiedy wspomniał o ryzyku ciąży, dostrzegł w Geraldine uderzająco dużą zmianę. Zaskoczyło go to, jak ostry był jej strach; przecież miała kasy jak lodu, tak naprawdę mogła kupić sobie jakąś nianię na własność i zapomnieć o tym dziecku już na zawsze. Ale, z drugiej strony, zrobienie czegoś takiego wymagało posiadania pewnych cech charakteru. Ona ich nie miała. Nie była ani zimna, ani wyrachowana.
Gdy znowu siadła na blacie, pogłaskał ją po udzie i ułożył dłoń tuż nad jej kolanem. W pewien sposób rozczuliła go swoją stanowczością.
- Znaczy, hmm, tak. Bez problemu, dwadzieścia minut i będzie. Ale efekty nie są przyjemne. - Wrotycz i ruta, osłabienie, senność, bóle głowy, omamy, nudności, omdlenia, krew w moczu, krwawe wymioty, krwotok z dróg rodnych. Nie, przecież nie będzie tak źle, no kurwa. Na tym etapie i tak nie musiałaby spożyć więcej, niż absolutne minimum. - Łatwiej jest zapobiegać, niż spędzać.
Przesadził z zaciąganiem się, zakaszlał. Wybitnie rozbawiła go perspektywa tego, że Geraldine będzie musiała przewidzieć kiedy i ile razy zamierza uprawiać seks. Mniej bawiła go perspektywa skutków ubocznych, które będzie musiała znosić.
- Najprościej chyba użyć metod mugolskich. Wiesz, gumek - mówił, gasząc szluga w popielniczce. - Albo ruchać się na inne sposoby. Ja z tym nie mam problemu, widziałaś sama.
Westchnął; cokolwiek by się nie działo, nie mogło go to na dłużej wyładować. Gdzieś wewnątrz czuł jakąś jakby energię, tętniącą energię, taką, której nie sposób było wyczerpać. Powoli wracał do poprzedniego stanu - był entuzjastyczny i niedoruchany. Dziwnie niespokojny. Właściwie już teraz mógłby wstać i zapierdalać, chociaż nie wymyślił sobie jeszcze żadnego konkretnego zajęcia.
- A poza tym. Co robimy coś dzisiaj, jutro? Jakie masz plany?