• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
[04/1972] Powroty | Geraldine & Mellvyn

[04/1972] Powroty | Geraldine & Mellvyn
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
15.05.2023, 11:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 19:05 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Mieszkanie Geraldine Yaxley


Geraldine Yaxley & Mellvyn Ollivander

Było w tym dla niej coś zupełnie nowego, nieznanego. Nie przywykła do tego, że ktoś na nią czekał. Powroty do pustego mieszkania nie były niczym przyjemnym. Nie niosły ze sobą żadnych emocji. Ot, po prostu otwierała drzwi, rzucała rzeczy w przedpokoju i siadała w kuchni ze szklanką whisky ciesząc się, że jest już na miejscu. Nic specjalnego.

Trochę się jednak zmieniło, nie mieszkała już sama, właściwie to chyba nie była też już samotna jak wcześniej. Czuła dziwną ekscytację, gdy znajdowała się przed drzwiami. Chyba jeszcze nigdy nie cieszyła się tak z powrotu do domu. Sama świadomość, że będzie ktoś tutaj na nią czekał była intrygująca. Zastanawiała się, jak spędził ten czas, kiedy jej nie było. Co robił, gdzie chodził, czy sobie radził sam, bez niej. Czuła się w pewien sposób za niego odpowiedzialna, szczególnie po tym, kiedy powiedziała mu, że pomoże; że wyciągnie go z tego gówna w jakim tkwił.

Kiedy znalazła się przed tymi drzwiami zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, że wróciła dzisiaj. Nie chciała jednak czekać dłużej, może trochę tęskniła? Było dosyć późno, mogła przeczekać, pojawić się rano, w końcu nie chciała go obudzić, czy coś. Wahała się chwilę nim nacisnęła klamkę od swojego własnego mieszkania.

Weszła do środka po cichu, udało jej się to zrobić bardzo delikatnie jak na nią zazwyczaj bowiem zupełnie nie zwracała uwagi na drzwi, które trzaskały za głośno. Nie miała pojęcia, co zastanie na miejscu. Rzuciła niewielką torbę w kąt i ruszyła w stronę kuchni, jak to miała w zwyczaju.

Miała mu wiele do opowiedzenia. O tym, jak było w górach, gdzie polowanie na widłogony okazało się być dużo trudniejsze niż sie mogło z początku wydawać, nie bez powodu udało się jednemu ujebać ją w rękę. Zostały ślady na przedramieniu, ale tamten skończył gorzej - dostarczyła zdobycz do zleceniodawcy. O tym, że przed wyjazdem spotkała się z Erikiem, który wydawał się być dziwny, rozmawiał z nią o zleceniach, które wydawały jej się dotyczyć czegoś więcej niż tylko zaopatrzenia jego rodziny; dlatego chciała zobaczyć, co Mellvyn o tym myśli i czy może ona nie jest przewrażliwiona. I najważniejsze, o tym, że Giovanni wyraził zainteresowanie; chciał im pomóc, może jakoś znajdą lekarstwo na nocną marę.

Zmierzała do kuchni po cichu, zwracała uwagę na każdy krok, który stawiała. Najwyżej wypije szklankę whisky, spali peta i wsunie się pod kołdrę. Taka opcja też wydawała się być przyjemna, a wszystko opowie mu jutro.

Kura Domowa
have a drink and watch the universe bend
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Włosy i oczy brązowe, wzrost to 184 cm. Zawsze pokazuje się w tym samym komplecie skórzanej kurtki, wytartych jeansów, górskich traperów i płowej szaty. Wygląda jakby nie spał od tygodnia; pachnie aptekarskimi ziołami i fajkami.

Mellvyn Ollivander
#2
16.05.2023, 22:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2023, 22:21 przez Mellvyn Ollivander.)  
Szczęk zamka jak zew banshee; czuł, jakby serce stanęło mu na ułamek sekundy. Nie poderwał się z krzesła - czekał. To nie mógł być nikt inny, to była ona. Czy powinien podbiec do drzwi i przywitać ją jak pies? Nie powinien, ale chciał to zrobić i to zaskakująco mocno. Bo cieszył się przecież z jej powrotu, właściwie tylko na niego czekał. Siedział jednak w ciszy napięty, jak struna. Pocił się. I czekał.

Nim dotarła do kuchni, jej mieszkanie wydawało się niemalże tak samo puste, jak przed tym, nim się tu do niej wprowadził. Jedyną różnicę stanowiła para znoszonych butów stojąca pod ścianą przedpokoju i garść świeżego popiołu w popielniczce na stoliku w salonie. Albo w ogóle tutaj nie bywał, albo na bieżąco sprzątał po sobie każdy drobiazg.

Zastanawiał się, co jej powie. Spojrzał po stole zastawionym kilkudziesięcioma flakonami, na które nalepiał etykiety. Jego pismo -  wąskie, pochyłe i chaotyczne - przypominało cyrylicę nawet bardziej, niż trochę. Część naklejek zrywał po kilka razy, bo nie potrafił skupić się na tyle, żeby nie popełnić ani jednego błędu. Szkoda, że w życiu tak się nie dało; westchnął ciężko. Już słyszał szelest jej kroków tuż-tuż pod drzwiami. Nie miał czasu. W ostatnim geście desperacji spojrzał na wejście, tam, gdzie zaraz pojawi się jej twarz. A spojrzał prosząco, niemal błagalnie.

W półmroku pojedynczej świecy jego oczy wydawały się zupełnie czarne. Był na haju.

Szybował wysoko, jak jebany latawiec. Widziała to też po jego lekko nieskładnych ruchach, gdy wskazał na kuchenkę, i po mimice, gdy uśmiechnął się do niej szeroko i promiennie. Nie wyglądało to na pazur; był zbyt rozluźniony. Jakby był w swoim własnym świecie.
- Jest... zupa. Zrobiłem zupę. - Istotnie, powietrze w pomieszczeniu było aż ciężkie od trudnego do zaklasyfikowania smrodu. - Chcesz zupę?
Głos mu drżał, nie był w stanie tego zamaskować. Ewidentnie się jej, kurwa, bał i ewidentnie nie chciał też jej o tym powiedzieć. A im dłużej na nią patrzył, tym dziwniej się z tym czuł. Nie obchodziło go to, że Jego Pani jest tuż po podróży - sam lata spędził brudny i spocony.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
16.05.2023, 22:48  ✶  

Faktycznie myślała, że śpi. W mieszkaniu panowała cisza. Niepokojąca, chociaż kiedyś wydawała się być normalna. Pogodziła się już z tym, że będzie musiała poczekać do jutra, aby podzielić się z nim tym wszystkim, o czym chciała mu opowiedzieć.

Kiedy jednak dotarła do kuchni dostrzegła blask świecy. Musiał więc tam być, uśmiech pojawił się na jej twarzy, bo faktycznie ucieszyła się, że go zobaczy jeszcze dzisiaj. Pojawiła się w drzwiach i przystanęła na moment. Omiotła wzrokiem pomieszczenie. Zastała go w trakcie pracy, to dobrze, chyba dobrze, znalazł sobie zajęcie. Nie siedział bezczynnie. Służyło mu to, tak się jej przynajmniej wydawało na pierwszy rzut oka.

Dopiero po dłuższej chwili przeniosła wzrok na jego twarz, przyglądała się oczom, które nie wyglądały naturalnie. Przegrała. Odetchnęła głęboko. Nie odezwała się ani słowem. Była rozczarowana; przynajmniej trochę, jednak nic nie mówiła. Nie chciała. Zaczęło ją wypełniać poczucie winy. Nie powinna była go zostawiać samego. Nie w tym czasie, to było głupie. Zupełnie bezsensowne. Mogła się tego spodziewać.

Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła z niej paczkę fajek, jednego szluga wsadziła sobie do ust, ręka jej przy tym drżała, trochę ją to rozdrażniło. Nie wiedziała jednak na kogo jest bardziej zła, na siebie, czy na niego. Odpaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko dymem. Potrzebowała nikotyny. Ruszyła w stronę jednej z szafek i wyciągnęła z niej butelkę z niedopitą zawartością. Nie szukała szklanki, upiła duży łyk whisky z gwinta. To powinno jej pomóc, przynajmniej chwilowo pogodzić się z porażką.

Dopiero wtedy się do niego zbliżyła i usiadła na krześle. Zmierzyła go wzrokiem. Nadal w milczeniu, bo co miała właściwie powiedzieć? Jeszcze chwilę wcześniej miała mu tyle do opowiedzenia, teraz wszystko zniknęło. Pojawiły się kolejne sprawy, ważniejsze niż jej durne historyjki.

- Nie jestem głodna. - Powiedziała cicho, zamiast tego pociągnęła kolejny łyk alkoholu z butelki. Nadal paliła tego nieszczęsnego szluga, który miał jej przynieść ukojenie. - Widzę, że jesteś zapracowany. - Skomentowała jeszcze, chociaż to nie o tym chciała rozmawiać. Miała ochotę zapytać dlaczego, ale póki co się powstrzymywała. Czuła rozczarowanie, bała się, że wyjaśnienia mogą je tylko pogłębić.

Kura Domowa
have a drink and watch the universe bend
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Włosy i oczy brązowe, wzrost to 184 cm. Zawsze pokazuje się w tym samym komplecie skórzanej kurtki, wytartych jeansów, górskich traperów i płowej szaty. Wygląda jakby nie spał od tygodnia; pachnie aptekarskimi ziołami i fajkami.

Mellvyn Ollivander
#4
16.05.2023, 23:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2023, 23:37 przez Mellvyn Ollivander.)  
Jego uśmiech stopniowo przekształcał się w grymas bólu, gdy uważnie śledził kolejne jej ruchy. Widział błysk szkła wyciąganego z szafki; wiedział, czym ono było, ale chwilę jeszcze próbował udawać, że wcale nie. Skulił się nieświadomie, kiedy zaczęła pić duszkiem z butelki. Paliło go pod sercem poczucie winy i to dosłownie czuł fizyczny ból, chociaż nawet nie wiedział, jakim cudem to było możliwe. Może to już ognie piekielne muskały jego duszę.

Patrzył na nią ze łzami w oczach wciąż w pewien sposób sielskich. Szukał pokuty, czekał na pokutę. Myśli tak mu się rozbiegały, że przez dobrą minutę nie potrafił zareagować w żaden inny sposób. Próbował jakoś przetrawić to, że ją rozczarował i że popchnął ją do robienia tego, co właśnie robiła. Pościła, męczyła się - zupełnie jakby to ona ponosiła karę za jego czyny.
Gdyby wróciła rano, zdążyłby się już pozbierać. Byłby po prostu niedospany, a zawsze był niedospany. Mógłby jej później opowiedzieć o wszystkim w spokoju, w dogodnej, wybranej przez niego sytuacji. Ale może nie powinien. Może właśnie o to chodziło.

Chodziło o cierpienie.

Ostrożnie odstawił trzymany bezwiednie flakon na blat i ze zgrzytem odwrócił krzesło w kierunku Jego Pani. Wszystko, co widział, było takie rozmyte, ledwo orientował się w pulsujących bezustannie krawędziach i perpetualnie przeinaczających się kolorach; jej twarz i jej oczy wydawały mu się wyjątkowo piękne tej nocy, tylko on mógł wiedzieć dlaczego.
- Przyjeb mi, no dalej - mówił niemrawo, błogo, a ogniki błyskały mu w szeroko otwartych oczach. - Wiem, że zasłużyłem.
Aż nie mógł uwierzyć, jak dobrze było poczuć dym jej tanich fajek. Wcześniej tego nie zauważał, ale dzisiaj? Kurwa, przypominały mu najbardziej beztroskie z leśnych nocy. W ledwie kilka uderzeń serca znalazł się daleko stąd, uwolniony ze ścian kuchni, uwolniony z labiryntów ulic ponurego miasta. Ah, wtedy jeszcze był taki młody, taki pełny nadziei, gdy godzinami leżeli z chłopakami w cykającej pasikonikami trawie. Tanie wino i gwiazdy.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
16.05.2023, 23:50  ✶  

Nie wiedziała jak zareagować. Nie spodziewała się, że zastanie go w takim stanie. Pewnie rozważała, że może się tak wydarzyć, jednak miała nadzieję, która bardzo szybko została rozwiana. Gorzka rzeczywistość odebrała jej te złudne mrzonki. Zawsze tak było. Powinna być przygotowana na najgorsze ewentualności, a nie wierzyć w to, że będzie lepiej. Przez tyle lat bytowania na tym świecie wypadałoby się tego nauczyć. Miała do siebie żal, że była taka głupia i naiwna. Tylko i wyłącznie do siebie, gdyby założyła, że będzie inaczej - nie czułaby teraz tego ogromnego rozczarowania, które nie ustępowało. Wręcz przeciwnie z minuty na minutę stawało się coraz silniejsze.

Nie miała ochoty na niego patrzeć, nie mogła się jednak powstrzymać. W końcu tak się cieszyła, że go zobaczy, stęskniła się za widokiem jego oczu, z których powoli uczyła się czytać. Były teraz nieobecne, no bo jak mogłoby być inaczej, skoro się naćpał.

- Nie ma szans. - Może i miała ochotę nim wstrząsnać, pokazać mu, jak bardzo jest wkurwiona. Wyładować te wszystkie emocje, które zaczynały wypełniać jej ciało, jednak nie było to rozwiązaniem. - Nie będę Ci sprawiać przyjemności po tym wszystkim. - Dodała jeszcze.

Mimo tego, że najchętniej wyszłaby stąd i wróciła rano to nadal siedziała w miejscu. Dopaliła papierosa i przygasiła go w popielniczce. Nie miała czym zająć rąk, zaczęła więc zdrapywać etykietę z butelki. Nie patrzyła teraz na niego, chociaż przez chwilę mogła się skupić na czymś innym.

- Nie zasłużyłeś. - Mruknęła jeszcze pod nosem. Nie zamierzała udawać, że nie jest wkurzona. Zresztą Geraldine trudno było trzymać emocje na wodzy, głupi by się domyślił, co siedzi w jej głowie. - Trochę mnie rozczarowałeś. - Nie chciała powiedzieć, że bardzo. Nie chciała mu sprawić przykrości. Mimo tego, że ona się zawiodła.

Nie sądziła, że tak się zakończy ten wieczór, tak kurewsko się cieszyła z tego powrotu do domu, a teraz, teraz wolałaby być gdzieś indziej.

Kura Domowa
have a drink and watch the universe bend
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Włosy i oczy brązowe, wzrost to 184 cm. Zawsze pokazuje się w tym samym komplecie skórzanej kurtki, wytartych jeansów, górskich traperów i płowej szaty. Wygląda jakby nie spał od tygodnia; pachnie aptekarskimi ziołami i fajkami.

Mellvyn Ollivander
#6
17.05.2023, 00:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 00:32 przez Mellvyn Ollivander.)  
Nurzał się w tej woni kwitnących traw, soczystych bylic i późnych kwiatów. Czuł wilgoć minionej rosy na swojej skórze, nasiąkały mu nią ubrania. Oschły głos Jego Pani z trudem przedzierał się przez ckliwe halucynacje, wydawał się być dziwnie dudniący. Jak zza tafli wody, jak zza wodospadu. Spojrzał na kotłującą się pod nim pianę i zadarł głowę - patrzył pod słońce, musiał zmrużyć oczy, żeby prześledzić postrzępioną krawędź ciemnych sylwetek strzegących szczytu kamieni. Woda załamywała się między nimi, później spadała w dół a on spadał razem z nią... aż uderzył z hukiem o dno.

Odruchowo podskoczył. Wzdrygnął się w szoku, wciąż siedząc na krześle, z jedną dłonią zaciśniętą na brzegu blatu. Kurwa, ona i bez tego cyrku wiedziała, że był wyjebany z rzeczywistości. Westchnął ciężko, patrząc na zdrapywaną przez nią etykietę whiksy. Potrzebował chwili, żeby przywołać to, co przed chwilą do niego powiedziała. Z początku zjeżył się oburzony, ale dalej milczał; nie chciał jej dodatkowo podburzać, wolał się zastanowić.

Oburzenie dalej go nie opuszczało, ale teraz bardziej skupił się na tym, że Geraldine hamowała swój gniew. Dlaczego to robiła? Nie rozumiał. Sam by na jej miejscu nie hamował, nic na tym nie zyskiwała ani ona, ani on. Ale może to, co mówiła, wcale nie było sarkastyczne; może naprawdę obawiała się, że mu się jej gniew spodoba. Wypuścił ze świstem nieświadomie wstrzymywany oddech.
- Ale to nie będzie przyjemne, jeśli jesteś na mnie zła. To będzie straszne - wyjaśnił niewyraźnie i nerwowo. - Naprawdę nie staje mi, kiedy ktoś przyjebie mi przed pubem.

W milczeniu namyślił się nad tym, co przed chwilą powiedział. Pokręcił głową sam do siebie - nie, to nie było wszystko. To zdecydowanie nie było wystarczające.
- Ja... - zaczął niepewnie i jakby zgubił trop. - Ja tak naprawdę wiedziałem, że tak to się skończy. Miałem nadzieję, że będzie inaczej, ale wiedziałem. Zawsze tak się to kończy.

Urwał nagle i znowu skupił uwagę na jej oczach. Uśmiechał się, mrużył swoje. Przez chwilę wyglądał, jakby miał się rozpłakać, później - roześmiać. Spoważniał jednak. Żałosne to było, tak samo żałosne, jak wtedy, kiedy na piątym roku ojciec odbierał go z Hogwartu. Przepraszał go wtedy tak rzewnie, oh, jaki on był skruszony. Jaki szczery. Wylewny. Czuł smak tamtych łez. Sól i lęk. Smak ostatnich godzin przed szpitalem.
- Aaa, wiem - szepnął triumfalnie, wyrywając się z miękkich objęć majaków. - Powinienem powiedzieć ci wcześniej. Nie wiem, czemu wydawało mi się, że wiedziałaś o tym.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
17.05.2023, 00:50  ✶  

To nie miało sensu. Zdawała sobie z tego sprawę. Widziała, w jakim jest stanie, nie było go tu z nią, odpłynął, chuj wie gdzie. Przymknęła oczy na moment, próbowała się uspokoić. Nie chciała dać się ponieść emocjom. Jednak to, co się działo nie było czymś z czym miała do tej pory doczynienia. Powinna się spodziewać, że będą upadki, że nie da się wszystkiego osiągnąć bez potknięć. Tylko, że uderzyło to w nią w złym momencie.

Te kilka dni nieobecności wzbudziło w niej ekscytację, naprawdę chciała znaleźć się tutaj, tuż obok. Szczególnie, że miała wrażenie nim wyjechała, że nie jest tak źle. Jak widać myliła się i teraz to do niej dotarło. Bolało. Nie spodziewała się, że będzie to aż tak ją kłuło gdzieś w środku.

Otworzyła oczy, gdy podskoczył. Nie miała szansy przygotować się na ten nagły ruch, wzdrygnęła się z powodu tego nagłego poruszenia.

- To nie jest pub, a ja nie jestem pierwszym, lepszym, wkurwionym, typem, który chce Ci przyjebać. - Dodała jeszcze, jakby o tym zapomniał. Wiele problemów rozwiązywała siłą, to jednak nie był odpowiedni moment na to, aby to powtórzyć. Nie chciała go uderzyć, właściwie trochę ją ubodło to, że w ogóle sugerował, żeby tak postąpiła.

Jego wytłumaczenie do niej nie docierało. Wiedziała, że może się to tak skończyć, jednak samo to, że uważał, że jest to odpowiedni argument ją drażniło. Zawsze tak się kończy. Nie obchodzi ją to, jak było zawsze. Tym razem świadczyło to o jej przegranej i to ją najbardziej wkurwiało. Zawidoła go. Nie było jej obok, kiedy tego najbardziej potrzebował. Spierdoliła sprawę, a miała mu pomóc. To na siebie była zła, nie na niego.

Nie mogła się oprzeć upiciu kolejnego łyku alkoholu. Chciała choć trochę się znieczulić, uciec od tego wszystkiego, a to było najprostszą drogą w tym momencie. - Może lepiej nic już nie mów po prostu. - Bo bała się, że te słowa mogą niepotrzebnie wyprowadzić ją z równowagi, a tego nie chciała, naprawdę starała się jakoś opanować, co wcale nie było takie łatwe.

Nie zastanawiając się specjalnie długo ruszyła w stronę salonu, z tą swoją butelką whisky w ręku. Kiedy wstawała odepchnęła krzesło trochę zbyt mocno, nie chciała tego, ale nie do końca panowała nad swoją siłą. Uderzyło w stół. Miała ochotę się najebać, jak najszybciej, chociaż wiedziała, że musi wypić sporo, żeby coś poczuć. Nie przeszkadzało jej to wcale, była w stanie znieść wiele, aby osiągnąć swój wymarzony w tej chwili cel. Nim usiadła na kanapie otworzyła jeszcze na oścież okno balkonowe, bo czuła, że zaczyna brakować jej powietrza i jeszcze trochę, a się udusi. Nie znosiła porażek, nie potrafiła sobie z nimi radzić, przygniatały ją zbyt mocno.

Kura Domowa
have a drink and watch the universe bend
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Włosy i oczy brązowe, wzrost to 184 cm. Zawsze pokazuje się w tym samym komplecie skórzanej kurtki, wytartych jeansów, górskich traperów i płowej szaty. Wygląda jakby nie spał od tygodnia; pachnie aptekarskimi ziołami i fajkami.

Mellvyn Ollivander
#8
17.05.2023, 01:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 01:36 przez Mellvyn Ollivander.)  
Westchnął znów i niemrawym machnięciem ręki zbył jej nakaz. Głęboko wątpił, że faktycznie chciała, żeby siedzieli tu w milczeniu. Po prostu była wściekła, wtedy się tak gada, byle tylko komuś utrzeć nosa.
- Nie jesteś. I dlatego bolałoby bardziej. Jeszcze nie czułem takiego bólu nigdy. - Teraz faktycznie się zaśmiał, później raptownie odwrócił głowę za siebie, do okna, i patrzył na świecący zzań księżyc. - A co roku wydaje mi się, że to już wszystko. Że już poczułem wszystko. Że głębiej będzie tylko dno.

Dno, dno rzeki. Piaszczyste, porażająco czyste, jedynie poznaczone ciemnym proszkiem z pancerzyków chruścików. Widział, jak przewracał je nurt. Woda była taka śliczna, przejrzysta jak górski kryształ. Jak kieliszek w dłoni jego mamy.
Siedziała na plecionym z wikliny fotelu z dzieckiem na kolanach, z Dellianem. Ah, to znowu było lato, ale tym razem ranek. Słońce było rześkie, jego promienie - niemal zimne w barwie. Byli w ogrodzie, tylko czyim? Gdy się rozejrzał, zauważył parę dzieciaków ze szkoły. Bawiły się razem, daleko od niego. On siedział z dorosłymi, jednak nie przy stole. Siedział na schodkach, pod ścianą. W cieniu. Sam. Ale już nie płakał. Przecież i tak nie mogło mu to pomóc.

Po jakichś dwóch minutach ciszy zaniósł się szlochem. Pojedynczym. Zdusił go w połowie i odwrócił resztę swojego ciała ku niebu za oknem, wciąż nie ponosząc się z siedzenia. Ta pozycja nie wyglądała na komfortową, ale on nie wygląda na kogoś, kto byłby się teraz w stanie czymś takim przejmować. Położył łokieć na oparciu krzesła i podparł brodę na ręce.
- Ale wcale nie ma żadnego dna, co? Nigdy go nie było. Chciał-... Nie, k-kiedyś chciałem... Dawno - mamrotał mokrym głosem i pociągał nosem, raz po raz urywając. - Po prostu. To wraca przez całe życie. Bo to po prostu prawda. Że ziemia pod naszymi stopami to śmierć. Przetrawione zwłoki miliona stworzeń. Wszystkie cierpiały, jak umierały. A my czerpiemy soki z tej ziemi, z niej żyjemy. Z czyjegoś cierpienia. Żywimy się tym, co wyrosło z cierpienia. Nie mamy w sobie niczego, co nie jest cierpieniem.

Dalej czuł ten ból sprzed lat. Ściskał mu serce i wykręcał flaki tak samo jak ten, który męczył go dzisiaj. Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj. Jaki właściwie był dziś dzień? Ile czasu Geraldine nie było? Kurwa, jak szybko się złamał? Pewnie za szybko, pewnie bezwstydnie szybko.
- Czas... nie ma za dużego znaczenia, mam wrażenie - wygłosił dziwnie doniośle. - Przegrana to przegrana.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
17.05.2023, 08:22  ✶  

Tak, gada się tak, bo słowa mogą bardziej drażnić, niż gesty. Geraldine nie do końca potrafiła stłumić w sobie emocje, gdyby potrafiła to po prostu by zamilkła. Szło jej to jednak średnio. Frustracja była ogromna.

- Wydaje mi się, że do dna jeszcze trochę brakuje. - Bo zawsze mogło być gorzej. Czy nie byłoby zbyt prosto, gdyby dno pojawiło się tak szybko? Sama wychodziła z założenia, że nie ma co się nastawiać, po prostu czekała na kolejne dokładanie od życia, które lubiło się komplikować w najmniej odpowiednim momencie, pokazując, że zawsze może się coś bardziej zjebać.

Oddychała głęboko tym zimnym powietrzem, które wpadało z zewnątrz. Koiło ją to skutecznie. Jej irytacja powoli malała. Był to całkiem niegłupi pomysł, aby znaleźć się w salonie i odetchnąć. Jeszcze chwila, moment, a będzie mogła do niego wrócić, chociaż nie chciała. Nie mogłaby sobie wybaczyć jednak, gdybygo teraz zostawiła samego. Przecież obiecywała, musiała stanąć na wysokości zadania, chociaż wcale nie było to takie proste.

Ciszę, która jeszcze chwilę wcześniej była niepokojąca przerywały jego słowa. Yaxley wróciła do kuchni, nadal trzymała w ręku butelkę z alkoholem, jednak ciągle nie mogła się najebać. Nie wchodziła do środka. Obserwowała go uważnie zastanawiając się, co powinna zrobić, jak mu pomóc, tylko było już trochę za późno. Jutro zaczną od nowa, bo co innego? Nie zamierzała się poddac po pierwszym niepowodzeniu. To nie było w jej stylu. Walczyła do momentu, w którym udało jej się osiągnąć cel - tak miało być i tym razem.

Ciężko się tego słuchało, co mówił. Nie było w tym nic przyjemnego. Nie do końca tego się spodziewała, jednak nie chciała go opuścić. - Czy ja wiem, czy cierpienie to wszystko? To tylko składowa. Przecież o wiele więcej nas tworzy. Zależy na co zwracasz większą uwagę. - Odezwała się, chociaż czuła, że to może nie mieć sensu.

Trochę jej tu odpłynął, znajdował się w jakimś dziwnym miejscu, które przywoływało ból. Przynajmniej tak się jej wydawało, kiedy docierały do niej jego słowa. Nie wiedziała jak go stamtąd wyciągnąć - to było w tym wszystkim najgorsze.

Zbliżyła się ponownie do stołu, nie usiadła tym razem na krześle. Przykucnęła tuż przed mężczyzną. Przyglądała mu się dłuższą chwilę. Nie wyglądał dobrze. - Pozwól mi to z Tobą wygrać. - Bo przegrana nie była czymś, co mogła zaakceptować.

Kura Domowa
have a drink and watch the universe bend
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Włosy i oczy brązowe, wzrost to 184 cm. Zawsze pokazuje się w tym samym komplecie skórzanej kurtki, wytartych jeansów, górskich traperów i płowej szaty. Wygląda jakby nie spał od tygodnia; pachnie aptekarskimi ziołami i fajkami.

Mellvyn Ollivander
#10
17.05.2023, 09:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 09:42 przez Mellvyn Ollivander.)  
Słuchał jej, wstrzymując płacz razem z oddechem. Wciąż patrzył za okno; pilnie śledził ścieżkę sunącej przez noc chmury. Poruszała się powoli, ale nieubłaganie, cal po calu zbliżała się do księżyca, aby wreszcie go przyćmić. Na jego oczach tracił on swój blask, swój kształt, nocne niebo pochłaniało go mila po mili, aż zlał się z cieniem. Została po nim tylko blada poświata i, kurwa, im dłużej się w nią wpatrywał, tym mniej rozumiał, co ona miała znaczyć, co to wszystko miało oznaczyć. Dlaczego, dlaczego akurat teraz świat mu to pokazywał? Dlaczego akurat chmura i dlaczego akurat księżyc? To mogło być cokolwiek innego.
Zmrużył oczy, wszystko to wybiło go z poprzedniego biegu myśli. Nie mógł się skupić, ale wiedział, że powinien.
- Księżyc... - mruknął, bardziej do siebie, niż do Geraldine.
Próbował się nie zgubić, musiał się nie zgubić. Nie zgubić się we własnych myślach.

Już-li myślał, że odgadnął prawdziwy sens obrazu i jego symboli, ale usłyszał kroki. Stukanie obcasów. Co najgorsze - ono zbliżało się. Ale nie mogło? Przecież siedziała tu z nim, zaraz obok niego. Przestrzeń zakrzywiała się wokół niego, topiła jak rozgrzana cyna.
Dziwnie nagle, lękliwie, poderwał głowę, żeby na nią spojrzeć. Szła przez kuchnię, musiała z niej wcześniej wyjść. Nie pamiętał tego, nie mógł sobie przypomnieć. Przygryzł wargi w wyraźnym niepokoju, ale milczał, sam to wszystko powoli próbował złożyć do kupy. Jej ruchy trochę go rozpraszały, jednak nie odrywał od niej wzroku.

Gdy kucnęła przed nim, nawet nie był zaskoczony. Wyciągnął rękę w jej kierunku, ostrożnie, chwiejnie pogłaskał ją po głowie. Uśmiechał się, wymrugując z oczu łzy, które i tak co chwilę spływały mu po brodzie. Może powinien po prostu przestać się powstrzymywać? Przynajmniej nie będzie wtedy tak smarkał.
- Ale ja już dałem ci wygrać. O co ci w ogóle chodzi? - odparł zaskakująco defensywnie. - Co mogę, to zrobię. Jeśli tylko chcesz. Ale co mogę. Tylko co mogę.

Wpierw wytarł w rękaw całą twarz, później nos. Wyciągnął się nad oparciem, żeby palcami sięgnąć jej policzka. Dotyk jej skóry był zupełnie inny, niż wcześniej, podejrzanie miękki i oleisty, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Potrzebował ciągłego kontaktu, żeby po prostu nie zapominać, gdzie jest i że z nią rozmawia. Dalej myślał o tym jebanym księżycu, nie mógł przestać. Przy każdym mrugnięciu widział go pod powiekami.
- I mówiłem coś, i nie powiedziałem. Chodzi o to. Że chciałem. - Zamilknął, zaciął się, zadławił słowem. - Się zabić. I wcale nie dawno. Tylko wczoraj. Chciałem się zabić wczoraj. Chyba to było wczoraj, nie pamiętam.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Geraldine Greengrass-Yaxley (4228), Mellvyn Ollivander (3450)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa