późna jesień, rok 1968
Londyn
Londyn
Dance in the darkness
We've been waiting for you
Choć wtedy jeszcze nie mógł tego wiedzieć, ten grudniowy wieczór przechodzący w noc miał wiele zmienić w jego życiu.
Nad Londyn nadciągnęła późna jesień, której prawdziwe oblicze mogli poznać wyłącznie wyspiarze; drzewa dawno już zgubiły liście mieniące się we wszystkich odcieniach żółci i czerwieni, głównie po to, żeby teraz mogły stworzyć pod stopami przechodniów śliską, burą breję mieszającą się na bruku z błotem powstałym pod ciągłym naporem nieustępliwe zacinającego deszczu. Gęste, oleiste chmury wisiały nisko nad miastem, na długie dni i tygodnie pozbawiając jego mieszkańców widoku słońca oraz resztek nadziei na powrót romantycznych krajobrazów skąpanych w ciepłych barwach. Chłód tego wieczora był tak przenikliwy, że bez problemu przedzierał się przez gruby, wełniany płaszcz Logana i ostrymi szpilami wbijał się aż do szpiku kości.
A jednak to właśnie ta aura, ten spowijający świat i zdający nie nie mieć końca półmrok oraz odległe wrażenie nostalgii wydawały się być naturalnym dla niego stanem; otoczeniem zlewającym się w jedno ze smukłą, czarną sylwetką mężczyzny przecinającego opustoszałe uliczki magicznego Londynu.
Postawił wyżej kołnierz, żeby wiatr nie mógł tak łatwo wdzierać się w zagłębienie szyi i z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie pokonał ostatnie ciasne przecznice dzielące go od wysokiej, wąskiej kamienicy stojącej przy bocznej ulicy od alei Horyzontalnej. Kiedy znalazł się przed domem Crouchów, złapał kołatkę i zapukał mocno trzy razy w dębowe, solidne skrzydło drzwi. Czekał cierpliwie na przenikliwym chłodzie, aż wreszcie otworzył mu skrzat domowy Williama.
— Pan już czeka — oznajmił oficjalnie od progu i skłonił się nisko. — Proszę za mną, panie Borgin.
Bez słowa wszedł do hallu i podążył za stworzeniem, a drzwi wejściowe zamknęły się cicho za jego plecami na krótkie skinienie skrzata. Logan niedbałym gestem strzepnął z ramion osiadające się na wełnie krople siąpiącego deszczu, włosy opadające na czoło zaczesał na tył palcami równie nonszalanckim ruchem. Do gabinetu Williama wszedł chwilę później w milczeniu, z grobową miną, która jak zwykle nie zdradzała zbyt wielu emocji. Z panem domu powitał się niezbyt wylewnie. W końcu żadnemu z nich nie zależało na uprzejmościach; mieli sprawy do załatwienia.
just wanna bury them