• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
[1969] Marsz Charłaków, Mavelle

[1969] Marsz Charłaków, Mavelle
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
15.06.2023, 22:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.07.2023, 17:11 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - Bajarz

Odkryj wiadomość pozafabularną
Sesję prowadzi Brenna Longbottom

Pokątną wypełniali ludzie.
Prawa Charłaków nigdy nie budziły chyba szczególnie dużej uwagi w społeczeństwie. A jednak, takie jednostki istniały, miały krewnych i znajomych, i oni wszyscy tego dnia wyszli na ulice magicznego Londynu. Byli tu także po prostu gapie, mieszkańcy, którzy próbowali dostać się do domów czy turyści oraz przypadkowi przechodnie, którzy po zrobieniu zakupów odkryli, że w okolicy nagle zaroiło się od ludzi. Byli przedstawicieli prasy, Brygadziści, mający pilnować porządku.
I wreszcie.
Byli ci, którzy uważali, że dla charłaków nie ma miejsca w czarodziejskim społeczeństwie.
To wszystko wystarczyło, aby na Pokątnej powstał niebezpieczny tłok i aby wkrótce po rozpoczęciu marsz zamienił się w chaos. Pojedyncza osoba w tłumie nie potrafiłaby powiedzieć, co dokładnie się stało. Przypadek? Ktoś kogoś popchnął, ktoś krzyknął, ktoś wypalił jakieś zaklęcie? Bójka? Celowe działanie, mające wywołać panikę? Może ktoś zaplanował całą akcję? W każdym razie, Mavelle Bones, stojąca w ramach obstawy marszu przy wylocie jednej z alejek, prowadzących na Horyzontalną, w jednej chwili obserwowała po prostu przechodzących obok ludzi. W drugiej słyszała krzyki, gdzieś w oddali głos kogoś, kto zaczął wydawać polecenia za pomocą sonorus, widziała błyski, świadczące o tym, że rzucano jakieś zaklęcia. Ludzie zaczęli się przepychać, nawoływać nawzajem. Część, dość przytomnie, zdała sobie sprawę z tego, że trzeba umykać z tłumu: ten i ów się teleportował, inni zaczęli skręcać i przebiegać obok niej, z nadzieją, że przez alejkę zdołają przedostać się do bezpiecznego miejsca. Wciąż jednak było tutaj wręcz zbyt wielu ludzi, i w tej chwili nawet nie czary były dla nich największym zagrożeniem, a panika, mogąca doprowadzić do stratowania albo uduszenia drobniejszych i słabszych fizycznie ludzi...
O tym, że niektórzy przyszli tutaj chyba tylko po to, by generować chaos, Mavelle przekonała się zresztą bardzo szybko. Oto jakiś mężczyzna, z szalikiem, który zakrywał mu dolną część twarzy, rzucił w tłumie zaklęcie. Coś wybuchło, kogoś odrzuciło, spanikowani ludzie w tej okolicy zaczęli wrzeszczeć i napierać na siebie jeszcze bardziej. Jej partner, z którym miała pracować tego dnia, rzucił się pomiędzy ludzi, wydając polecenia - jego głos nie przedzierał się jednak przez ogólny hałas - prawdopodobnie chcąc spróbować wyciągnąć człowieka, który ucierpiał w wyniku czaru.
Zamaskowany chłopak natomiast rzucił się do ucieczki. W alejkę. Co gorsza nie zrobił tego pokojowo - wciąż machał różdżką, leciały z niej iskry, uderzając w ściany sąsiednich budynków. Tym samym stanowił zagrożenie dla ludzi, którzy próbowali tędy się wydostać z Pokątnej. Co gorsza jego działania sprawiały, że kolejne osoby, chcące początkowo uciekać tędy, zaczęły cofać się z powrotem w tłum, generując jeszcze większe zamieszanie...
Mężczyzna krzyczał coś, ale Bones nie słyszała słów ze względu na to, że jej uszy bombardowały wręcz dźwięki. Widziała za to, jak biegł, jak jedną ręką odepchnął sobie z drogi jakąś starszą panią, próbującą uciekać(na szczęście, choć dość boleśnie wpadła na ścianę, zdołała utrzymać się na nogach), jak drugą ręką ciska czar, który uszkodził rynnę na budynku. Może chciał zasiać jeszcze większy chaos? Może był po prostu szaleńcem? Albo spanikował absolutnie? W każdym razie, sądząc po kierunku, jaki obrał, planował uciekać na Nokturna.
Obalenie go jednym zaklęciem nie było możliwe... a raczej było, jeśli Bones chciała zaryzykować, że trafi kogoś, kto też próbował tędy umykać.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#2
18.06.2023, 23:11  ✶  
Od początku nie spodziewała się niczego dobrego po tym marszu. Raz, że w wielu osobach prawa charłaków wzbudzały całą feerię emocji, i to niekoniecznie tych pozytywnych, dwa, że tłum nigdy nie był bezpiecznym miejscem. Ani dla uczestników, ani dla wszystkich postronnych. Tym bardziej że w przypadku czarodziejów, ci mieli jeszcze do dyspozycji magię. A tłum z patykami stawał się jeszcze bardziej niebezpieczny – nigdy nie wiadomo, co komu tak naprawdę strzeli do głowy.
  Strzelić zaś mogło całkiem sporo i nie, patyk nie był warunkiem koniecznym do wybuchu ogólnej paniki i przemiany tłumu w bezmyślną tłuszczę, gnającą przed siebie bez najmniejszego choćby opamiętania i zwracania uwagi na to, czy przypadkiem kogoś nie depczą. Zwłaszcza że nie każdy czarodziej przespacerował się na kurs teleportacji i zyskał odpowiednią licencję – choć w takiej sytuacji licencja sama w sobie miała najmniejsze znaczenie; liczyło się głównie ocalenie własnej skóry, nieprawdaż?
  Tak, tłum potrafił się zmienić w najprawdziwszą bestię. I było to jednocześnie coś, czego wolałaby uniknąć – bo opanowanie jej graniczyło z niemożliwością. Niestety.
  I jeszcze bardziej niestety okazało się, że przewidywania się sprawdziły. Nic dobrego się nie działo, wręcz przeciwnie – kontrowersyjność marszu przyciągnęła przeciwników może nie tyle samej demonstracji, co właśnie idei, o jaką charłacy próbowali walczyć. Idei skądinąd szczytnej – bowiem na dobrą sprawę żaden członek magicznego społeczeństwa nie powinien być traktowany jak coś, co nie istnieje. Bo jak nazwać choćby fakt, że nie byli ewidencjonowani…?
  Nawet nie trzeba było długo czekać na chaos. Naprawdę. Ledwo się zaczął, ledwo całą ta ludzka masa ruszyła, a już – raptem parę chwil później – pojawili się wichrzyciele siejący zamęt. Zero przypadku, za to w pełni zamierzone działanie. Zaplanowane. Skurwysyny jedne…
  … co gorsza, zareagowanie na to nie było takie proste. Zaklęcie? Tak, samo w sobie nie stanowiło problemu, problemem było, iż mogła trafić uciekających przed marnym losem bycia stratowanym. I tym samym skazać ich na takowy właśnie los – a przecież nie po to nosiła mundur, by doprowadzać do takich sytuacji. Pomyłki się zdarzają? Może i tak, lecz przecież od czego miała nogi…? Sama magia to nie wszystko, choć z całą pewnością wiele ułatwiała.
  Toteż rzuciła się do biegu – z różdżką w dłoni – gnając za delikwentem. I szukając przy okazji w pamięci mapy okolicy – ewidentnie biegł w stronę Nokturnu, ale może kojarzyła ścieżkę, którą mogłaby sobie skrócić drogę i tym samym ułatwić sobie zdybanie uciekiniera…?
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
19.06.2023, 12:12  ✶  
Sprawa z teleportacją nie było znowu aż taka prosta. W tłumie mogli być przecież nieletni i przede wszystkim charłacy, nie mogący się teleportować. Z kolei osoby, które nawet opanowały tę sztuczkę, jeżeli nie były w niej najlepsze, ryzykowałyby w takich warunkach niepowodzenie albo rozszczepienie. Zresztą, wymagało to wyciągnięcia różdżki, a kiedy wokół napierał tłum…
Skręcenie gdzieś w obecnych warunkach, by skrócić sobie drogę, byłoby trudne. Mavelle niezbyt mogła wrócić na Pokątną, zapakowaną tłumem, a choć mogłaby spróbować skręcić w boczną alejkę i przeskoczyć po kubłach na śmieci ścianę na jej końcu, nie była pewna, czy uciekający szaleniec pobiegnie w lewo czy w prawo.
Czar świsnął tuż nad jej głową. Następny wybił jedno z okien w którymś z mieszkań. Kolejny – trafił jedną z osób, usiłujących uciekać z marszu, na całe szczęście, był to tylko oszałamiacz, a mężczyzna padł już w bocznej uliczce, w pobliżu wejścia do kamienicy, nie groziło mu więc raczej zatratowanie.
Mavelle zaś biegnąc za nim przecięła najpierw jedną, potem drugą uliczkę. Odgłosy marszu stawały się coraz dalsze. Wokół siebie widziała już niewielu ludzi – głównie osoby, które tu umknęły i teraz z zagubieniem uświadamiały sobie, że dotarły na obrzeża Nokturna oraz kilku pojedynczych bywalców i mieszkańców. Trójka dzieci – sądząc po ubraniach raczej „tutejszych” niż zagubionych – siedziała w jednej z bram, obserwując ich z ciekawością. Jakaś czarownica okutana w ciemne chusty czym prędzej się wycofała na ich widok. Młody mężczyzna, bez wątpienia jeden z członków niedawnego Marszu, rozglądał się, jakby niepewny, co zrobić.
Biegała jednak szybciej niż uciekinier. Zmniejszyła dystans między nimi, a on wyraźnie się męczył. Przestał rzucać zaklęcia, choć wciąż miał w ręku różdżkę. Zwolnił… zatrzymał się zadyszany, obejrzał…
…i dostrzegł za sobą kobietę w mundurze Brygadzistki.
Był zziajany, zmęczony i może ostatecznie – odważny tylko w tłumie. Teraz bowiem ani myślał podjąć uczciwą walkę. Doskoczył do dzieciaków w bramie i chwycił jednego z nich, ciągnąc ku sobie, nie zważając na piski i protesty.
- Wynoś się albo ukręcę mu łeb!!! – wrzasnął, celując różdżką w głowę chłopca.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#4
19.06.2023, 23:00  ✶  
Skracanie sobie drogi ostatecznie odpadło – bo mogła trafić źle, a wtedy… szukaj wiatru w polu. Tak, nie łudziła się, że odnalezienie delikwenta byłoby możliwe – bo wystarczyłoby, żeby znalazł dostęp do sieci Fiuu i proszę bardzo, szukaj sobie z tym swoim czułym węchem, gdzie się gad przeniósł. Po prostu powodzenia.
  Tak że w ostatecznym rozrachunku pozostawał dosłownie pościg, bez żadnego skracania sobie drogi, tylko krok w krok… i była to też swoista walka na wytrzymałość. Które miało lepszą formę, które w końcu wywiesi jęzor i nie będzie w stanie uczynić kolejnego kroku…? Zagadka rozwiązała się relatywnie szybko, choć mogło być zgoła inaczej. Bo czar świsnął zbyt blisko, a gdyby jednak poleciał odrobinę niżej… no właśnie.
  Coraz mniej ludzi, coraz dalej od marszu. Gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichy głosik sugerujący, że może trzeba było zostawić tę gadzinę, pozostać na posterunku, próbować zapanować nad chaosem. I co z tego, że tłum to bestia nie do okiełznania? Ale było za późno.
  Za późno, żeby się wracać.
  Za późno, żeby tak po prostu odpuścić.
  Z każdą chwilą coraz bardziej oczywistym się stawało, kto wygra tę walkę. Walkę, ale czy wojnę? Bo jedna bitwa przerodziła się w kolejną, pościg przekształcił się w… cóż. Nadal nie mogła po prostu strzelić zaklęciem.
  Zatrzymała się, unosząc nieznacznie różdżkę, ani myśląc ją opuścić czy też całkiem odrzucić. Jeszcze czego. Oddychała szybciej, jeszcze szybciej starała się myśleć, analizować. Zyskał kartę przetargową, ale może mogła sprawić, by uwierzył, że była ona gówno warta…?
  - A proszę cię bardzo, ukręcaj – stwierdziła, nie spuszczając z zamaskowanego spojrzenia – Tylko bądź pewny, że jak to zrobisz, to jeszcze przed świtem zaznasz czułych objęć dementora – zapewniła, starając się brzmieć jak najchłodniej się dało. Okrutne, zwłaszcza dla dzieciaka, któremu zapewne właśnie całe życie przelatywało przed oczami? Owszem.
  Ale stawka była wysoka, zbyt wysoka, żeby się trząść nad dosłownie każdym aspektem.
  - Więc, mój drogi, masz dwie opcje. Wypuszczasz go i idziesz ze mną, a Azkaban pozostanie jedynie koszmarem z bajki na dobranoc, albo – krok. Kolejny. Następny. Poruszała się powoli, gotowa do gwałtowniejszej reakcji, gdyby zaszła potrzeba – ukręcasz mu łeb, ja ciebie natychmiast dopadam i zostaniesz umówiony na ostatnią randkę w swoim życiu. Więc jak będzie? – słowa. Słowa. Słowa. Miała nadzieję, że brzmi wystarczająco przekonująco, chłodno, żeby gagatek pomyślał, iż w istocie jest gotowa poświęcić życie jakiegoś dziecka.
  Życie, które powinna chronić, zgodnie z przysięgą, jaką składała, przyjmując mundur.
  Tyle że prawda była taka, iż w środku była niepewna. Niepewna, czy dobrze zanalizowała, niepewna, czy dobrze przewidziała możliwe scenariusze. Tak bardzo niepewna, a na zewnątrz przecież musiała wyglądać na bardzo, bardzo pewną siebie...
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
21.06.2023, 17:31  ✶  
Mężczyzna spoglądał na nią, skonsternowany.
Fakt, że Brygadzistka ot tak położy kreskę na dziecku, mógł być trudny do uwierzenia. W końcu była na służbie, a to był mały czarodziej. Ale... chłopak pochodził z Nokturnu: nawet tutejsze męty miewały dzieci, równie pogardzane - i równie bezużyteczne dla społeczeństwa - jak ich rodzice. Zazwyczaj nie były też czystej krwi, a człowiek nie wiedział, czy stojąca przed nim kobieta nie jest czystokrwistą.
Czy on sam uznałby życie tego chłopaka za istotne?
Nie.
Mundur nie oznaczał przecież, że ten, kto go nosi, jest dobrą osobą.
Zamarł na chwilę i...
...Mavelle nie miała się dowiedzieć, czy ostatecznie po prostu oddałby się w jej ręce.
Rodzeństwo pochwyconego chłopca postanowiło bowiem wkroczyć do akcji. Być może oni uwierzyli w słowa Bones, a może tylko po otrząśnięciu się z pierwszej konsternacji postąpili tak, jak uczono ich na Nokturnie: uciekaj albo walcz. W tym przypadku najwyraźniej nie chcieli zostawić brata.
Chłopiec, na oko około sześcioletni, rzucił się na mężczyznę i zaczął okładać drobnymi piąstkami bok mężczyzny. Jego siostra, nieco starsza, z rozpędu wskoczyła mu na plecy, wydając z siebie głośny, bojowy okrzyk. Pochwycony dzieciak, i tak wijący się już jak piskorz, teraz wbił zęby w jego dłoń. Człowiek zawył z bólu. Spróbował rzucić zaklęcie, ale to poszybowało tylko w bok alejki. Mavelle miała teraz przed sobą ruchomą plątaninę rąk i nóg, gdy mężczyzna starał się strząsnąć z siebie dwójkę dzieci, a przy tym – może w głupim odruchu – nie wpadł na to, by po prostu puścić to trzecie. Gdyby teraz Brygadzistka rzuciła jakieś zaklęcie, istniałaby duża szansa na to, że trafi nie mężczyznę, a któreś z dziko walczących dzieci. Przy okazji z twarzy człowieka zsunął się materiał, który dotąd zasłaniał jej część.
Co ciekawe, wydawał się... jakby znajomy. Mavelle sama nie tak dawno sporządzała jego portret pamięciowy: jako podejrzanego w sprawie pewnego pobicia czarodzieja mugolskiego pochodzenia...
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
25.06.2023, 03:48  ✶  
Cóż, nie każde wypowiadane słowo mogło być prawdą. Inaczej nie istniałoby pojęcie kłamstwa, a niejeden ćwiczył w ten czy inny sposób umiejętność mydlenia oczu na wszelkie możliwe sposoby, byleby tylko zaciemnić obraz rzeczywistości i tym samym osiągnąć założone cele.
  Tyle że czasem oszustwo zataczało większe kręgi i sięgało poza obrany cel. Tak jak i teraz, choć też nie do końca można było mieć pewność, iż to właśnie słowa Bones spowodowały, że dzieciaki zareagowały w ten, a nie inny sposób. Zwłaszcza że ulica rządziła się swoimi prawami. Spisane kodeksy nie miały takiego znaczenia; liczyło się za to, kto był silniejszy bądź po prostu szybszy i zwinniejszy. Żyj lub umieraj.
  I nawet średnio miała prawo mieć pretensje do dzieciaków, że próbowały uratować swojego brata, mimo że ponownie mocno komplikowała się sytuacja. Bo a nuż może blef by się udał? Wahanie wszak dało się zauważyć pomimo zasłoniętej twarzy. Tym bardziej że na dobrą sprawę to nie było takie nieprawdopodobne, poświęcić dzieciaka bez mrugnięcia okiem.
  Mimo munduru.
  Ponownie ciśnięcie czaru ot tak nie wchodziło w grę – zbyt wysokie ryzyko, że trafi dzieciaka, nie poszukiwanego. Poszukiwanego, bo wyglądało na to, że gagatek jest aż nazbyt znajomy; nawet jeśli nie osobiście, to nie dało się nie rozpoznać tych rysów, które sama uwieczniła na papierze, żeby ułatwić pochwycenie tegoż właśnie delikwenta.
  Nie bardzo miała wybór. On – większy i silniejszy. Dzieciaki – słabsze, ale mające przewagę liczebną. Rozsądzenie, na którą stronę przechylą się szale wagi, nie było takie proste, dlatego nie mogła pozostać bierną. Podbiegła bliżej, z zamiarem… cóż, złapania mężczyzny, za co dało się złapać. Ręka, może ramię. Żadnych dystansowych czarów – zaraz po tym, przystawić różdżkę do jego ciała, wypuszczając przy tym czar paraliżujący.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
28.06.2023, 00:13  ✶  
Szarpanina trwała w najlepsze, a towarzyszyły jej piski i dziecięce krzyki oraz przekleństwa wygłaszane przez mężczyznę. Kiedy Mavelle dopadła do tej plątaniny rąk i nóg, dzieciak, który wskoczył na plecy napastnika… niechcący (a przynajmniej prawdopodobnie doszło do tego przypadkiem, bo piąstki uderzające go w bok i dziecięce palce ciągnące za włosy na pewno poważnie utrudniały mu jakiekolwiek manewrowanie) wytrącił jej różdżkę z dłoni i próba sparaliżowania człowieka spełzła na niczym. Jej dołączenie i podjęcie starań w celu schwycenia człowieka, sprawiło jednak, że ten – starając się od niej opędzić – wreszcie stracił równowagę. Runął na ziemię wraz z dziećmi, wypuszczając własną różdżkę, a także schwytanego wcześniej chłopca.
Ulicznicy z Nokturnu działali zaskakująco szybko.
Wypuszczony chłopiec odpełzł kawałek i poderwał się na równe nogi. Potem zaś pognał w stronę jednej z pobliskich bram, prawdopodobnie zamierzając szukać jakiegoś schronienia. Dziewczynka zdążyła zeskoczyć mu z pleców na ułamek sekundy przed upadkiem i rzuciła się do ucieczki… po drodze chwytając różdżkę, którą napastnik zgubił. Ostatnie z dzieci też błyskawicznie wyplątało się z dotychczasowej pozycji, bo i nikt go nie trzymał – to on wcześniej uczepił się przecież napastnika – i Mavelle miała wrażenie, że porwało jeszcze coś z kieszeni tego człowieka, nim się poderwało, aby pobiec w ślad za resztą. Tak, ten chłopiec miał niesamowity talent i istniała spora szansa, że za parę lat przyjdzie im go aresztować za jakieś kradzieże… Jego Bones prawdopodobnie zdążyłaby złapać za kaptur, gdyby się uparła, bo sięgnięcie do kieszeni dorosłego czarodzieja sprawiło, że był sekundę wolniejszy od rodzeństwa czy przyjaciół, pytanie jednak brzmiało, czy nie wolała zamiast tego skuć mężczyzny. Ten, być może zamroczony nieco upadkiem – nie zdołał porządnie się osłonić, bo gdy upadali, jedno z dzieci trzymało jego rękę, rąbnął więc o ziemię bardzo boleśnie – gramolił się dość wolno. Znacznie wolniej niż dzieci.
- Te przeklęte…!!! – zaczął i urwał, po czym podjął próbę pośpiesznego wstania. Średnio udaną. Prawdopodobnie robił to z nadzieją na to, że zdoła uciec przed Mavelle. Miał jednak na to praktycznie zerowe szanse: różdżkę stracił na dobre, porwaną przez jasnowłosą, młodziutką mieszkankę Nokturnu, sądząc po tym, jak trzymał dłoń, zapewne uszkodził ją sobie podczas upadku, a Bones jako jedyna utrzymała się na nogach.
Ktoś ominął ich szerokim łukiem, ktoś przystanął, obserwując. Z jednego z pobliskich zaułków dobiegł śmiech – nie wyglądało na to, by ten, który się śmiał, planował w tej chwili atakować, raczej wyrażał ogólne rozbawienie obserwowaną sceną.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#8
29.06.2023, 00:46  ✶  
Szarpanina miała to do siebie, że większość praw nie miała zastosowania. Żadnych „honorowych” zasad, wszelkie chwyty dozwolone, byleby tylko szale wagi przechyliły się na jedną (właściwą, przy czym zdania co do tego, która to ta właściwa, były mocno podzielone) ze stron, która tym samym odniesie zwycięstwo. I osiągnie cel.
  A poprzeczka trudności się podnosiła, choć znów – zdania z pewnością były podzielone. Utrata różdżki, wprawdzie nie taka znowu permanentna, bo dało się ją jeszcze odzyskać, zaprzepaściła szanse na realizację tego planu, który chodził jej po głowie. Tyle że świat się na tym nie kończył, prawda? Należało się przystosowywać, dopasowywać, wszystko, byleby tylko…
  … dopaść tego gnoja. Bo niewątpliwie tak należało typa zaklasyfikować. Raz, że mieszał teraz, dwa, coraz bardziej była pewna tego, iż dopuścił się pobicia bogom ducha winnego człowieka. I nawet nie potrzebowała różdżki, na dobrą sprawę, żeby zaprowadzić porządek – nie od parady wprawiała się od dawna w mniej magicznej sztuce walki, której daleko było do finezji czarów.
  Ale potrafiła być równie skuteczna.
  Tyle że, jak się okazało, nawet tego nie potrzebowała, bowiem delikwent po prostu runął na ziemię. Świetnie, z takiej pozycji trudno o obronę, zwłaszcza że jakkolwiek by nie patrzeć – zgubił swój kijek. A raczej „zgubił”, w iście imponującym stylu, przy czym nie była to jego jedyna strata. Co poniekąd prowadziło do smutnej refleksji, że za jakiś czas może się okazać, iż będzie ganiała tego właśnie dzieciaka. Niestety. Trudno jednak się spodziewać czegoś innego po dzieciach Nokturnu – może było w tym wiele stereotypu, może zdarzały się wyjątki, ale i też doświadczenie wyniesione z tej pracy swoje mówiło: tutaj robiło się wszystko, żeby przeżyć.
  W ten czy inny sposób.
  Kusiło, żeby wyciągnąć rękę i złapać małego, niemniej… oznaczałoby to danie szansy na ucieczkę dorosłemu. Dorosłemu, który miał już na koncie większe winy; winy, które czekały na osądzenie i stosowną pokutę. Choć w tym przypadku jakoś średnio wierzyła w resocjalizację; zwłaszcza że ludzie się nie zmieniali.
  No dobra, może i się zmieniali, ale nie aż tak, a nawet jeśli aż tak, to było to zjawisko – przynajmniej w opinii Bones, oczywiście – na tyle rzadkie, że wręcz rzadsze od jednorożców. Stąd też odpuściła.
  Dzieciakowi, rzecz jasna, bo wichrzyciel… o nie, nie ma takiego wstawania. Bynajmniej. Schyliła się gwałtownie po różdżkę, jednocześnie zdecydowanym ruchem sięgając po kajdanki. Co kawał porządnej stali to kawał stali; zaklęcia były zbyt nietrwałe, żeby na dłuższą metę się nimi posługiwać. Co nie oznaczało, że nie mogłaby jegomościa, gdyby zdążył rozpocząć „wielką ucieczkę”, czarem spacyfikować, prawda? I obwiązać linami niczym najprzedniejszą szynkę w wędzarni.
  - Widzisz, było po prostu oddać się w moje ręce, a nie cudować, mniej by bolało – rzuciła z przekąsem, gdy już udało się spętać delikwenta. Tak, zdecydowanie – nie zaznałby wtedy kuku, tym większego, że Bones bynajmniej się nie bawiła w delikatność. Nie zasługiwał. Zasługiwał za to na przekazanie go dalej, gdzie już wiedziano, co z nim zrobić – ona sama zaś wróciła na obszary Marszu; jakkolwiek by nie patrzeć, wszystko samo się nie posprząta…

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (1569), Mavelle Bones (1605)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa