15.06.2023, 22:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.07.2023, 17:11 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - Bajarz
Sesję prowadzi Brenna Longbottom
Pokątną wypełniali ludzie.
Prawa Charłaków nigdy nie budziły chyba szczególnie dużej uwagi w społeczeństwie. A jednak, takie jednostki istniały, miały krewnych i znajomych, i oni wszyscy tego dnia wyszli na ulice magicznego Londynu. Byli tu także po prostu gapie, mieszkańcy, którzy próbowali dostać się do domów czy turyści oraz przypadkowi przechodnie, którzy po zrobieniu zakupów odkryli, że w okolicy nagle zaroiło się od ludzi. Byli przedstawicieli prasy, Brygadziści, mający pilnować porządku.
I wreszcie.
Byli ci, którzy uważali, że dla charłaków nie ma miejsca w czarodziejskim społeczeństwie.
To wszystko wystarczyło, aby na Pokątnej powstał niebezpieczny tłok i aby wkrótce po rozpoczęciu marsz zamienił się w chaos. Pojedyncza osoba w tłumie nie potrafiłaby powiedzieć, co dokładnie się stało. Przypadek? Ktoś kogoś popchnął, ktoś krzyknął, ktoś wypalił jakieś zaklęcie? Bójka? Celowe działanie, mające wywołać panikę? Może ktoś zaplanował całą akcję? W każdym razie, Mavelle Bones, stojąca w ramach obstawy marszu przy wylocie jednej z alejek, prowadzących na Horyzontalną, w jednej chwili obserwowała po prostu przechodzących obok ludzi. W drugiej słyszała krzyki, gdzieś w oddali głos kogoś, kto zaczął wydawać polecenia za pomocą sonorus, widziała błyski, świadczące o tym, że rzucano jakieś zaklęcia. Ludzie zaczęli się przepychać, nawoływać nawzajem. Część, dość przytomnie, zdała sobie sprawę z tego, że trzeba umykać z tłumu: ten i ów się teleportował, inni zaczęli skręcać i przebiegać obok niej, z nadzieją, że przez alejkę zdołają przedostać się do bezpiecznego miejsca. Wciąż jednak było tutaj wręcz zbyt wielu ludzi, i w tej chwili nawet nie czary były dla nich największym zagrożeniem, a panika, mogąca doprowadzić do stratowania albo uduszenia drobniejszych i słabszych fizycznie ludzi...
O tym, że niektórzy przyszli tutaj chyba tylko po to, by generować chaos, Mavelle przekonała się zresztą bardzo szybko. Oto jakiś mężczyzna, z szalikiem, który zakrywał mu dolną część twarzy, rzucił w tłumie zaklęcie. Coś wybuchło, kogoś odrzuciło, spanikowani ludzie w tej okolicy zaczęli wrzeszczeć i napierać na siebie jeszcze bardziej. Jej partner, z którym miała pracować tego dnia, rzucił się pomiędzy ludzi, wydając polecenia - jego głos nie przedzierał się jednak przez ogólny hałas - prawdopodobnie chcąc spróbować wyciągnąć człowieka, który ucierpiał w wyniku czaru.
Zamaskowany chłopak natomiast rzucił się do ucieczki. W alejkę. Co gorsza nie zrobił tego pokojowo - wciąż machał różdżką, leciały z niej iskry, uderzając w ściany sąsiednich budynków. Tym samym stanowił zagrożenie dla ludzi, którzy próbowali tędy się wydostać z Pokątnej. Co gorsza jego działania sprawiały, że kolejne osoby, chcące początkowo uciekać tędy, zaczęły cofać się z powrotem w tłum, generując jeszcze większe zamieszanie...
Mężczyzna krzyczał coś, ale Bones nie słyszała słów ze względu na to, że jej uszy bombardowały wręcz dźwięki. Widziała za to, jak biegł, jak jedną ręką odepchnął sobie z drogi jakąś starszą panią, próbującą uciekać(na szczęście, choć dość boleśnie wpadła na ścianę, zdołała utrzymać się na nogach), jak drugą ręką ciska czar, który uszkodził rynnę na budynku. Może chciał zasiać jeszcze większy chaos? Może był po prostu szaleńcem? Albo spanikował absolutnie? W każdym razie, sądząc po kierunku, jaki obrał, planował uciekać na Nokturna.
Obalenie go jednym zaklęciem nie było możliwe... a raczej było, jeśli Bones chciała zaryzykować, że trafi kogoś, kto też próbował tędy umykać.