17.07.2023, 23:46 ✶
Najgorszy, a potem najlepszy moment – widocznie coś było w tym, że równowaga w przyrodzie musi być zachowana. Coś za coś. Szczęście w nieszczęściu. Bo gdyby jednak się nie ocknęła, cała ta „towarzyska” wizyta skończyłaby się o wiele, wiele gorzej. A tak? Tak się przy okazji przekonała, że chyba powinna wziąć naprawdę długi urlop i zaszyć się gdzieś w kącie, bo wychodziło na to, że raczej niekoniecznie nadawała się teraz do działania w terenie. A w samym biurze i tak już miała dość uwagi wszystkich, podsycanej przez „sensacyjne” doniesienia Proroka. A niech ci wszyscy dziennikarze wsadzą sobie te swoje wypociny tam, gdzie słońce nie dochodzi…
W każdym razie, za wesoło mimo wszystko, w tej chwili, nie było. Brenna uniknęła klątwy czy inszego paskudnego zaklęcia (ale jednocześnie dorobiła się całej masy siniaków, nie mówiąc o brwi), Mav – pośrednio – też, bo zapewne nikt nie miałby skrupułów, żeby wykorzystać stan mocniej niedyspozycji. W każdym razie: przetrwały.
I tej myśli należało się trzymać.
Już chuj z tym, że z każdą chwilą robota papierkowa zdawała się przybierać monstrualne rozmiary – nie pierwszy i nie ostatni raz. Naprawdę ważniejszym było, że im nie pourywało głów czy czegoś innego. Reszta to już…
- Jasna cholera, Brenn – wymamrotała, zdając sobie sprawę z tego, w jakim stanie jest kuzynka. Rozwalona brew naprawdę nie wyglądała dobrze i… nie mogla tego tak po prostu zostawić. Jeden z drugim leżeli związani jak prosiaki, nie uciekną tak łatwo, niezależnie od tego, jak bardzo by pragnęli.
Machnęła różdżką, wykształtowując kawałek materiału; odepchnęła się od ściany i kucnęła przy Longbottom, próbując zatamować krwotok. Tak po prostu, bez słów, bez pytania, po prostu coś, co należało zrobić i tyle.
- … nie jestem do końca pewna – przyznała cicho. Sama była skołowana jeszcze tym wspomnieniem, omdleniem, jeszcze czuła ten ból, a co gorsza, ewidentnie miała tu jakąś potężną lukę w pamięci – W każdym razie, nie teraz. Trzymaj. Zajmę się nimi – zdecydowała i wstała, upewniwszy się, że Brenna faktycznie przytrzymywała prowizoryczny opatrunek. Cóż, zaklęcia nie trwały wieczności, należało zastosować coś bardziej praktycznego…
… i zdecydowanie nie był to dobry moment na rozprawianie o tym, co się stało. Nie w obecności innych uszu. Stąd też, o ile kuzynka jej nie przytrzymała w miejscu, wygrzebała swoje stalowe – jakże gustowne – obrączki i zacisnęła zęby. Nie mogła tak po prostu klapnąć; jak już coś robić, to jednak porządnie – panów należało zakuć i dokładnie to zamierzała teraz zrobić.
W każdym razie, za wesoło mimo wszystko, w tej chwili, nie było. Brenna uniknęła klątwy czy inszego paskudnego zaklęcia (ale jednocześnie dorobiła się całej masy siniaków, nie mówiąc o brwi), Mav – pośrednio – też, bo zapewne nikt nie miałby skrupułów, żeby wykorzystać stan mocniej niedyspozycji. W każdym razie: przetrwały.
I tej myśli należało się trzymać.
Już chuj z tym, że z każdą chwilą robota papierkowa zdawała się przybierać monstrualne rozmiary – nie pierwszy i nie ostatni raz. Naprawdę ważniejszym było, że im nie pourywało głów czy czegoś innego. Reszta to już…
- Jasna cholera, Brenn – wymamrotała, zdając sobie sprawę z tego, w jakim stanie jest kuzynka. Rozwalona brew naprawdę nie wyglądała dobrze i… nie mogla tego tak po prostu zostawić. Jeden z drugim leżeli związani jak prosiaki, nie uciekną tak łatwo, niezależnie od tego, jak bardzo by pragnęli.
Machnęła różdżką, wykształtowując kawałek materiału; odepchnęła się od ściany i kucnęła przy Longbottom, próbując zatamować krwotok. Tak po prostu, bez słów, bez pytania, po prostu coś, co należało zrobić i tyle.
- … nie jestem do końca pewna – przyznała cicho. Sama była skołowana jeszcze tym wspomnieniem, omdleniem, jeszcze czuła ten ból, a co gorsza, ewidentnie miała tu jakąś potężną lukę w pamięci – W każdym razie, nie teraz. Trzymaj. Zajmę się nimi – zdecydowała i wstała, upewniwszy się, że Brenna faktycznie przytrzymywała prowizoryczny opatrunek. Cóż, zaklęcia nie trwały wieczności, należało zastosować coś bardziej praktycznego…
… i zdecydowanie nie był to dobry moment na rozprawianie o tym, co się stało. Nie w obecności innych uszu. Stąd też, o ile kuzynka jej nie przytrzymała w miejscu, wygrzebała swoje stalowe – jakże gustowne – obrączki i zacisnęła zęby. Nie mogła tak po prostu klapnąć; jak już coś robić, to jednak porządnie – panów należało zakuć i dokładnie to zamierzała teraz zrobić.