19.07.2023, 23:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2023, 23:46 przez Florence Bulstrode.)
To był długi dzień, który nastąpił po bardzo długiej nocy. Pierwsze z całej serii, tego Florence była pewna – podobnież jak tego, że wspomnienie Beltane i rzeczy, jakie nastąpiły potem, będą ją prześladowały jeszcze przez całe miesiące. W ich trakcie Bulstrode dręczyły różne emocje, przede wszystkim negatywne: strach o bliskich, wściekłość, gorycz, przygnębienie. Kiedy wchodziła wraz z Patrickiem do Błędnego Rycerza – obserwując Stewarda uważnie, jakby nie ufała, że ten zaraz nie padnie zemdlony u jej stóp – odczuwała jednak przede wszystkim wszechogarniające zmęczenie i pewne nieco dziwne w tych okolicznościach zadowolenie. Które zwalała na radość, że Patricka „wypisano” do domu.
Nie miała siły nawet irytować się na to, że od ponad doby ma na sobie te same ubrania, w dodatku wymięte i przybrudzone. Marzyła też o kąpieli, przebraniu się i długim śnie – chociaż ten ostatni musiał poczekać. I to nie tylko aż odstawi Patricka pod sam próg domu, oddając go w troskliwe ręce krewnych (zalecenia uzdrowicieli były jasne: nie mógł na razie zostać sam, ktoś musiał go odebrać, a Florence do zaleceń uzdrowicieli podchodziła niemalże religijnie). Wiedziała, że po co najwyżej krótkiej drzemce musi pędzić do Munga.
Chwilowo jednak całą uwagę skupiała na Patricku. Starała się nie pomagać mu, jeżeli nie wydawało się to niezbędne, by przypadkiem nie uznał, że gdacze nad nim jak kura nad kurczętami (posiadanie dwóch braci aurorów, gdy bywało się nadopiekuńczą, starszą siostrą, uczyło nieco o męskiej dumie), ale była gotowa w każdej chwili go podtrzymać, pomóc, posadzić.
– Trochę się przerzedziło – mruknęła, spoglądając na kilka pustych łóżek i ruszając do miejsca w kącie. Przez większość dnia Błędny Rycerz był zapakowany aż po same brzegi, bo teleportacja nie działała, przewożono rannych, ludzie wracali z Beltane albo jechali do lasu szukać krewnych… po kilkunastu godzinach trochę się to uspokoiło, a z racji późnej pory chyba po tym ataku kto nie musiał, nie chciał wychodzić z domu.
Nie oznaczało to, że byli jedynymi pasażerami, ale przynajmniej nikt nie będzie siedział im nad głowami. I każde z nich miało miejsce dla siebie. A raczej łóżko.
Florence nie zdołała jednak się powstrzymać i nim usiadła na „własnym” wycelowała w nie różdżką, rzucając zaklęcie oczyszczające. Tak… na wszelki wypadek…
– Przykleję je na razie do podłogi. Podejrzewam, że wolałbyś uniknąć rozbicia głowy i trafienia prosto z namiotu do Munga – powiedziała, przesuwając różdżkę, by wycelować w jego posłanie i rzucić odpowiedni czar. Na końcu języka miała sugestię, by się położył, ale nie byłaby pewna, jakby na nią zareagował.
Za oknami Błędnego Rycerza niebo już ciemniało, wygasały ostatnie promienie słońca. Zostawiali za sobą wciąż oświetlony kraniec Doliny Godryka, gdzie płonęły magiczne światła, a kolejne grupy ruszały przeczesywać las - choć z coraz mniejszą nadzieją na to, że znajdą ocalałych.
Nie miała siły nawet irytować się na to, że od ponad doby ma na sobie te same ubrania, w dodatku wymięte i przybrudzone. Marzyła też o kąpieli, przebraniu się i długim śnie – chociaż ten ostatni musiał poczekać. I to nie tylko aż odstawi Patricka pod sam próg domu, oddając go w troskliwe ręce krewnych (zalecenia uzdrowicieli były jasne: nie mógł na razie zostać sam, ktoś musiał go odebrać, a Florence do zaleceń uzdrowicieli podchodziła niemalże religijnie). Wiedziała, że po co najwyżej krótkiej drzemce musi pędzić do Munga.
Chwilowo jednak całą uwagę skupiała na Patricku. Starała się nie pomagać mu, jeżeli nie wydawało się to niezbędne, by przypadkiem nie uznał, że gdacze nad nim jak kura nad kurczętami (posiadanie dwóch braci aurorów, gdy bywało się nadopiekuńczą, starszą siostrą, uczyło nieco o męskiej dumie), ale była gotowa w każdej chwili go podtrzymać, pomóc, posadzić.
– Trochę się przerzedziło – mruknęła, spoglądając na kilka pustych łóżek i ruszając do miejsca w kącie. Przez większość dnia Błędny Rycerz był zapakowany aż po same brzegi, bo teleportacja nie działała, przewożono rannych, ludzie wracali z Beltane albo jechali do lasu szukać krewnych… po kilkunastu godzinach trochę się to uspokoiło, a z racji późnej pory chyba po tym ataku kto nie musiał, nie chciał wychodzić z domu.
Nie oznaczało to, że byli jedynymi pasażerami, ale przynajmniej nikt nie będzie siedział im nad głowami. I każde z nich miało miejsce dla siebie. A raczej łóżko.
Florence nie zdołała jednak się powstrzymać i nim usiadła na „własnym” wycelowała w nie różdżką, rzucając zaklęcie oczyszczające. Tak… na wszelki wypadek…
– Przykleję je na razie do podłogi. Podejrzewam, że wolałbyś uniknąć rozbicia głowy i trafienia prosto z namiotu do Munga – powiedziała, przesuwając różdżkę, by wycelować w jego posłanie i rzucić odpowiedni czar. Na końcu języka miała sugestię, by się położył, ale nie byłaby pewna, jakby na nią zareagował.
Za oknami Błędnego Rycerza niebo już ciemniało, wygasały ostatnie promienie słońca. Zostawiali za sobą wciąż oświetlony kraniec Doliny Godryka, gdzie płonęły magiczne światła, a kolejne grupy ruszały przeczesywać las - choć z coraz mniejszą nadzieją na to, że znajdą ocalałych.