25.07.2023, 22:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2023, 22:51 przez Patrick Steward.)
Patrick zmarszczył czoło. Pomyślał o tym, że zasadniczym problemem wróżb było to, że wydawały się kompletnie niejasne i w chwili, w której były wypowiadane, mogły właściwie oznaczać niemal wszystko.
- Też bym nie podążył, gdyby… - zaczął, najwyraźniej mając zamiar powiedzieć coś, co pocieszyłoby Florence, ale urwał – kolejny raz podczas tej jednej rozmowy – wspominając to, co się wydarzyło na Beltane. Przed oczami stanął mu ogień, Victoria mówią o kapłance potrzebującej pomocy, tafla jeziora, głosy w głowie, duch ojca, Lord Voldemort wypuszczający kamień z kosmosu z rąk. – …ktoś mi nie przypomniał o tej wróżbie.
Ale czy Steward naprawdę potrzebował przypomnienia? Chyba nie. Od początku wiedział, że kamień należy zniszczyć. Nie miał tylko pojęcia jak to zrobić. Ostatecznie przypomnienie sprawiło, że rzeczywiście wyczarował akurat młotek.
- Pewnie dokładnie to miała na myśli – zgodził się.
Czy Szeptuchy zawsze mówiły zagadkami?
Patrick przymknął oczy. Myślał o nadchodzącym spotkaniu z dziadkami i wujem. Nie wiedział jeszcze co powinien im powiedzieć, ale był święcie przekonany, że niepokoili się o niego i w napięciu czekali na jego powrót. Jakie napięcie musieli czuć rodzice Atreusa? A sama Florence?
Steward pokrzepiająco (jak miał nadzieję) dotknął ramienia swojej towarzyszki. Szybko cofnął ten gest, uświadamiając sobie jak nieprzyjemnie zimną miał skórę.
- Da sobie radę. To silny mężczyzna i dobry auror – rzucił, a potem gdy Błędny Rycerz po raz kolejny zatrzymał się gwałtownie, wreszcie podniósł ze swojego miejsca. – Chcesz mnie odprowadzić pod same drzwi? Tylko uprzedzam, że babcia nie pozwoli ci ot tak odejść i od razu zasypie cię mnóstwem pytań o to co mi jest, jak powinna się mną zajmować i czego nie powinienem jeść. – Choć starał się przybrać żartobliwy ton, to wcale nie żartował tak do końca.
A potem wysiadł razem z Florence z autobusu i skierowali się ku rezydencji Bletcheyów.
- Też bym nie podążył, gdyby… - zaczął, najwyraźniej mając zamiar powiedzieć coś, co pocieszyłoby Florence, ale urwał – kolejny raz podczas tej jednej rozmowy – wspominając to, co się wydarzyło na Beltane. Przed oczami stanął mu ogień, Victoria mówią o kapłance potrzebującej pomocy, tafla jeziora, głosy w głowie, duch ojca, Lord Voldemort wypuszczający kamień z kosmosu z rąk. – …ktoś mi nie przypomniał o tej wróżbie.
Ale czy Steward naprawdę potrzebował przypomnienia? Chyba nie. Od początku wiedział, że kamień należy zniszczyć. Nie miał tylko pojęcia jak to zrobić. Ostatecznie przypomnienie sprawiło, że rzeczywiście wyczarował akurat młotek.
- Pewnie dokładnie to miała na myśli – zgodził się.
Czy Szeptuchy zawsze mówiły zagadkami?
Patrick przymknął oczy. Myślał o nadchodzącym spotkaniu z dziadkami i wujem. Nie wiedział jeszcze co powinien im powiedzieć, ale był święcie przekonany, że niepokoili się o niego i w napięciu czekali na jego powrót. Jakie napięcie musieli czuć rodzice Atreusa? A sama Florence?
Steward pokrzepiająco (jak miał nadzieję) dotknął ramienia swojej towarzyszki. Szybko cofnął ten gest, uświadamiając sobie jak nieprzyjemnie zimną miał skórę.
- Da sobie radę. To silny mężczyzna i dobry auror – rzucił, a potem gdy Błędny Rycerz po raz kolejny zatrzymał się gwałtownie, wreszcie podniósł ze swojego miejsca. – Chcesz mnie odprowadzić pod same drzwi? Tylko uprzedzam, że babcia nie pozwoli ci ot tak odejść i od razu zasypie cię mnóstwem pytań o to co mi jest, jak powinna się mną zajmować i czego nie powinienem jeść. – Choć starał się przybrać żartobliwy ton, to wcale nie żartował tak do końca.
A potem wysiadł razem z Florence z autobusu i skierowali się ku rezydencji Bletcheyów.
Koniec sesji