Trzymał się dzielnie. I chyba to było najlepsze określenie, jakie można było położyć na stanie Laurenta Prewetta, kiedy jechał przy boku Elaine - nieznajomej mu tak naprawdę kobiety, która trzymała go i mówiła do niego ciągle, żeby tylko nie zasypiał. Starał się. Minuty przeciekały przez palce - cenne, mogące przyprowadzić ze sobą zmianę zarówno na lepsze jak i na gorsze. Dzięki bogom kierowca tego magicznego autobusu był na tyle szalony, że dotarcie z nim gdziekolwiek zazwyczaj było kwestią paru chwil.
Ciężko było mu stawać na prawej nodze - była złamana czy tylko skręcona, sam nie wiedział. Wiedział tyle, że stanięcie na niej powodowało taki ból, że darował sobie jakiekolwiek próby. Trzymał rękę, tą całą, ledwo podrapaną i poobijaną, na ramieniu Elaine, tej drobnej kobietki, która wzrostem mogłaby uchodzić za jego córkę, podpierając się na niej, chociaż wcale nie chciał. Szok wydarzenia już przeminął. Pozostała tylko chęć pozbycia się bólu i ponura akceptacja. Bo nawet nie zdziwienie. Zupełnie jakby diabeł mu szeptał do ucha zasłużyłeś. Och? Czyżby? Nie tracił energii na mówienie, a nawet formułowanie zdań stało się dla niego odrobinę problematyczne przez pulsujący i przyćmiewający ból rozbitej głowy. Szpital nagle wydawał się o wiele za duży, zbyt wielki, żeby szukać tutaj kogokolwiek i żeby dotrzeć do jakiejkolwiek z sal. Chyba gdyby nie to ciastko, które w niego czarownica wmusiła, to nie dotarłby nigdzie. Zostałby już na tym fotelu Błędnego Rycerza, dopóki by go nie wynieśli.
Mówić, że wyglądał źle, byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Elaine starła część brudu i krwi z jego twarzy, ale ta ciągle zlepiała jego jasne, platynowe włosy i skapywała z jego ręki, przesiąkając przez kawałek materiału, który kobieta zacisnęła na ranie. Żeby pomóc jakkolwiek. Żeby pomogło cokolwiek. Był cały poobijany i podrapany, kurz zlepił się do jego marynarki, a krew paskudnie zdobiła białą ongiś koszulę. Podniósł zmęczone spojrzenie na budynek, kilka zdziwionych czarodziei odsunęło się od ich dwójki, która wytoczyła się z Błędnego Rycerza. A kiedy już Munga zobaczył to poczuł, że zadanie wykonane. To już. Nerwy, stres, napięcie i adrenalina jakoś go puszczały. Wszystko, co utrzymywało go na nogach i uparcie kazało iść, nakazywało funkcjonować, rozpłynęło się w poczuciu wykonanej misji. W poczuciu bezpieczeństwa. Nie chciał Elaine niczego utrudniać, ale czuł, że bardziej ciąży w jej ramionach, bo bardziej ciążyło mu jego własne ciało. Dotarł tak do schodów Munga.
- Nie mogę... - Wyszeptał, opadając kolanami na schodki. Jego ręka ześlizgnęła się z ramienia Elaine i odnalazła podparcie w ziemi. Och, jakie to żałosne... A jakie zamieszanie! Tego tylko mu brakowało, żeby to, jak Laurent Prewett pojawił się w takim stanie przed Mungiem poszło w świat. Teraz o tym nawet nie myślał. Tak wdzięczny, że tutaj dotarł. Że w ogóle jeszcze był.
Zamieszanie eskalowało bardzo szybko, bo i nie trzeba było czekać długo, żeby naprawdę pojawił się ktoś, kto będzie w stanie pozbierać Laurenta, który uparcie ciągle ściskał różdżkę w rannej ręce. Żeby tylko jej nie zgubić. Żeby tylko nie upuścić. Żeby móc się bronić. Ktoś mu tą różdżkę wyjął z dłoni, nawet się nie opierał. Pojawiły się jakieś pytania, ktoś coś do niego mówił, ale w tej wrzawie ledwo już kontaktował. Jak masz na imię, a skąd jesteś, wszystko to w końcu zostało skierowane i wycelowane w Elaine, która go tutaj przyprowadziła.