Cmentarze nie były miejscem, które Laurent odwiedzałby często. Czasami jednak należało pozdrowić krewnych, których już między żyjącymi nie było. Położyć im kwiaty na grobie, zapalić świecę. Jeśli to w ogóle cokolwiek znaczyło. Potrafił komunikować się z tymi, którzy odeszli, a mimo to nadal nie zapytał nikogo, czy zapach kwiatów na nagrobku i ten marny płomyczek cokolwiek dla nich znaczyły, czy coś zmieniały. Czy było im lepiej, kiedy tkwili w tej pustce? Zimnej i przerażającej? Może kiedyś, jeśli będzie okazja, zapyta o to. O ile będzie miał odwagę. Pytania łatwo jest zadawać, gorzej potem przychodziło znoszenie konsekwencji odpowiedzi, które się usłyszało. Laurent brał prawie zawsze poprawkę na to, co opuszczało jego usta, kiedy przychodziło do dobierania słów, układania z nich zdań. Bo te słowa potrafiły tak zranić jak i przynieść coś dobrego. Poprawka na "prawie zawsze" leżała w punktach takich, gdzie nie był w stanie myśleć odpowiednio trzeźwo. Jak na przykład wtedy, kiedy Elaine wyciągała go z ruin starem stodoły.
To jednak nie cmentarz przygnał go tutaj przede wszystkim a poszukiwania Elaine Bell. Ślicznego anioła, który wtedy zesłało mu Niebo wraz z promieniami gasnącego słońca. Szukał. Podpytywał, czy ktoś nie widział takiej a takiej kobiety, a chociaż wydawało mu się, że wyłapał jej twarz, to właściwie kiedy próbował się skupić na szczegółach ciężko było mu to powiedzieć. I też takim sposobem równie ciężko było kogoś znaleźć. Little Hangleton było najlepszym tropem, jaki posiadał. Niestety kobietka mogła być przyjezdną, mogła być odwiedzającą, mogła po prostu być na wakacjach równie dobrze u swojej babki. Nic dziwnego, że wtedy nikt by jej nie kojarzył. I oczywiście, koniec końców, Laurent mógł mieć po prostu aż takiego pecha, że nie mógł trafić na kogokolwiek, kto by ją rozpoznawał. W gruncie rzeczy trochę spodziewał się, że te poszukiwania właśnie tak się skończą, ale trochę się łudził co do tego. Miał jakąś mizerną nadzieję. Opcją pozostawało jeszcze wynajęcie detektywa, który by ją znalazł, w końcu. Tutaj jednak problem był ten, że nie potrafiłby stworzyć dokładnego opisu jej twarzy, żeby chociaż osoba odpowiedzialna za taki rysopis mogła ją narysować. Gdyby ją zobaczył - rozpoznałby ją! Na pewno! Ale... właśnie - ALE. Ale jej nie widział. A w miejsce zdarzenia, prawdę mówiąc, miał bardzo małą odwagę iść.
Będąc więc w tej okolicy poszedł na cmentarz, by położyć tu kwiaty. Nawiedzony - o tym słyszał. Więc i obecność ducha, który się pojawił, przyuważając jego obecność, wcale go nie zdziwiła.
- A pan tutaj odwiedza babeczke? - Zagaił mężczyzna w fedorze, ciekawsko spoglądając na Laurenta, potem na nagrobek.
- Nie, nie... babeczkę... - Co miał przez to na myśli? Że babcię? Czy że babeczkę, że... ukochaną? Laurent spojrzał na przejrzyste, unoszące się obok niego stworzenie. Dłuższe, lokowane włosy, brzydka twarz, spalona skóra. Aż dreszcz go przeszedł i odwrócił wzrok od nieszczęśnika.
- A pan to na mnie nie patrzy. - Duch obleciał go z drugiej strony, ku jego zdziwieniu. Laurent podniósł się z ławki i znów wzrok obrócił. Zgrozo, duchy potrafiły być tak strasznie atencyjne... - A pan mnie w ogóle słucha? Proszę pana...
- Tak, słucham pana... - Chciał zapewnić, ale właściwie duch nie dał mu dojść do słowa.
- Pan to mnie nie słucha, a ja mam coś do opowiedzenia. Pan się zatrzyma, proszę pana... - Duch mówił ciągle tym samym, jednostajnym tonem, podobnym do ruchu fal. Bardzo spokojnym, bardzo niskim, bardzo gładkim. Podobnym trochę do szeptu, ale szeptem nie był. To nie był jeden z tych głosów, które słucha się z przyjemnością. Laurent miał ochotę zakryć sobie uszy, ale zatrzymał się na poruszeniu rękoma w kierunku głowy.