Spotkał na swojej drodze ludzi, którzy nie potrafili dobrze pisać. Nie przypominali oni jednak Elaine w żadnym calu - bo chyba takiej osoby nie spotkał nigdy w Anglii. Albo po prostu o tym nie wiedział, przecież Elaine nie miała wypisane na czole, że jest analfabetką. Jasne, niektórzy mieli z pisaniem problem, ponieważ gramatyka wcale nie była proste. Poprawne zapisanie angielskich słów również - inaczej nie robiliby z tego całych konkursów, całkiem zresztą popularnych. Nie oceniał tych ludzi. Nie był alfą i omegą, sam potrafił popełniać błędy w pisowni, choć zazwyczaj starał się je wyłapać, inaczej byłby wstyd. Tak, dla niego wstyd - ktoś mógłby mu zrobić o to problemy. Rozumiał, że nie wszyscy musieli być poliglotami i nie każdy musiał spełniać się w słowie pisanym. Czy to była ujma? Tak jak to, że Elaine najwyraźniej nie pobrała nauki w Hogwarcie? Teraz rozumiał tę fascynację, jaką obdarzyła ducha. Była wręcz olśniewająco oczywista, włącznie z jej pytaniami, ale cały ten proces poznawczy, przez jaki przechodził na tym cmentarzu (CMENTARZU!) bardzo mocno opóźnił jego zdolności do połączenia wątków, rozumienia i snucia jakichkolwiek przypuszczeń. Elaine chyba była przykładem, że rzeczywiście nie jest ci potrzebna szkoła ani grube czytanki do tego, żeby być szczęśliwą osobą. I takich przykładów już trochę w życiu widział. To było niesamowite i fascynujące. Wmawiali ci całe życie, że wiedza jest wszystkim. Bez niej donikąd nie zajdziesz, nie zdobędziesz dobrej pracy. Nie będziesz szczęśliwy. Więc tracisz całe dzieciństwo, żeby na końcu przekonać się, że ta "dobra praca" też wcale tego szczęścia nie przynosiła. Więc gdzie ono było? To mistyczne "szczęście" takie wychwalane przez poetów?
- A-a-a-a! - Upomniał się duch, kiedy przyłapał Laurenta na tym, że ten otwierał swoje usteczka, żeby się odezwać i odpowiedzieć Elaine. Więc Laurent się tylko uśmiechnął, mając nadzieję, że niedługo duch skończy. I kiedy tylko odwrócił wzrok, wracając do wypowiedzi - ... urodził się wtedy mój syn. To była najlepsza chwila w moim życiu... - to Laurent powrócił do Elaine.
- Mam kuchnię. - Odpowiedział cicho, obserwując jednym okiem ducha. Tak w razie czego, gdyby ten akurat znowu na niego spojrzał. A zerkał! Zresztą na Elaine również. Pytanie było dziwne, ale po takim szoku blondyn się trochę uzbroił. Przygotował mentalnie na to, że umysł kobiety chodził innymi drogami niż przeciętnego człowieka, a to wcale nie było źle. Był właściwie bardzo ciekaw, dokąd zabierały ją myśli, którędy się nimi przechadzała i gdzie prowadziły ją kroki, kiedy pytała o kuchnię. Zapewne - właśnie do jego kuchni. Czy istniały domy, w jakich kuchni nie było? To było naturalne pytanie, jakie się u niego pojawiło, ale go nie zadał. Nie był jeszcze pewien, czy by to nie uraziło panienki, choć przychylał się na strzelenie w 90%, że nie. I chociaż strzelać lubił to nie zamierzał tego robić przy duchu, skoro nie mógł się w pełni na panience Bell skupić. Wskazał gestem dłoni jabłonkę, po której chyba przed chwilą zresztą Elaine skakała. - Potrzymać ci koszyk? - Zapytał cicho. Ekspertem translokacji to nie był, ale podstawowe czynności wykonać umiał. Jak na przykład ściągnięcie jabłka z drzewa bez koniecznego łażenia po nim.
- A ja powiem panu, że u mnie też rosła jabłonka. Na ogrodzie. Razem z siostrą po niej ganialiśmy, ale to za młodu. Ona ganiała, ja ciągle się tak bałem, że spadnie, że sobie coś zrobi... Wracając do opowieści: mój syn miał dwa latka, kiedy na letniej szkółce wybuchł pożar. Nie pamiętam, jak umierałem. - Odetchnął duch i zapatrzył się w niebo. Może i to było frustrujące, co duch robił, ale Laurent spoglądał na niego ze współczuciem. I ta historia sprawiła, że nieprzyjemny dreszcz przeszedł go po karku. Proste życie, może nie nadmiernie bogate w doświadczenia, ale chyba mężczyzna był szczęśliwy. Tylko po to, żeby je skończyć w płomieniach.
- Przykro mi. Bardzo panu współczuję. Powinien pan jednak ruszyć dalej. Zostawanie w tym świecie nie przyniesie panu niczego dobrego. - Duch westchnął z nostalgią i machnął ręką.