New Forest było ogromnymi połaciami terenu, gdzie żyły przeróżne stworzenia. Terenem niedostępnym w większej części ani dla mugoli ani dla czarodziei - ze względów na bezpieczeństwo. Żyły tam różne stworzenia i niektóre były całkowicie łagodne, nie robiły niczego człowiekowi, ale wystarczyło złe słowo, bardziej agresywny ruch i już można było łatwo doprowadzić do nieszczęścia. Natomiast były też tereny jak najbardziej otwarte i z nich goście tego miejsca korzystali bardzo chętnie i często. Rzadko można było mówić, żeby akurat nikogo nie było przy stajniach - bo te głównie właśnie ludzi przyciągały. Bywały też i tacy, którzy gotowi byli zapłacić niemałą sumę, żeby dać się oprowadzić po tych bezpiecznych częściach rezerwatu licząc na to, że zobaczą coś wyjątkowego. Dla wielu mieszkańców Londynu zobaczenie memortka w naturalnym środowisku, zasiadającego na koronach drzew, było wyjątkowym przeżyciem. Laurent nie odmawiał wielkiemu zarobkowi, chociaż też niekoniecznie chętnie wprowadzał kogokolwiek do tego lasu. Był dla niego niemal święty. Żyły tam stworzenia, które również chciał chronić przed różnymi osobnikami - łowcami, kłusownikami, Śmierciożercami włącznie. Więc tak - był w stanie pokazać kawaląątek lasu, ale tylko jego płyciznę. Wyłącznie bliskich gotów był zabrać głębiej. I pokazać im więcej.
Mimo tego, że klienci przychodzili pojeździć zarówno na trzymanych tu koniach jak i abraksanach, pojawiali się ci, którzy gotowi byli zapłacić za hodowlę albo użyczenie klaczy czy ogiera, to o tłumach nie można było mówić. Kręcili się po tym terenie głównie pracownicy, a i tak pojedynczy. Ludzie się rozchodzili, czy nawet - rozjeżdżali. Czasami pojedynczy klienci się mijali, rzadko bywało tu większe zamieszanie, a jeśli tak - z reguły przed wyścigami samymi, kiedy pojawiali się po swoje rumaki czy ludzie chcieli sprawdzić gotowość ich koni do zawodów. Dzisiejszego poranka gościł tutaj spokój. Nie było właściwie nikogo, jeden stajenny właśnie dbał z różdżką o to, żeby miotły odpowiednio tańczyły wokół niego i przecierały elegancko wyłożony kostką brukową plac. Cała roślinność wokół, budynki - wszystko było zadbane i nie było wątpliwości, że to nie jest miejsce, do którego przychodzisz wydać parę galeonów. Nie, tutaj wydawało się je w setkach, a nawet tysiącach. Laurent nie pozwoliłby sobie na nic poniżej. Godło rodu Prewett dumnie wisiało nad wejściem do stajni jak i do budynku administracyjnego. Wszystko utrzymane było trochę na modle włoskiej architektury - jasne ściany, czerwone dachówki, podkreślenie gdzieniegdzie ciepłymi kolorami.
Nicholas został przyjęty przez Alexandra - czarnoskórego mężczyznę, umięśnionego i bardzo wysokiego, choć dla Nicholasa w zasadzie równego. Mężczyzna oprowadził go, pokazał konie, informując, że raczej nie zajmują się stricte hodowlą samych koni - a abraksanów. Na życzenie klienta byli jednak w stanie zorganizować odpowiednie warunki do rozpłodu czy być pośrednikami sprzedaży i tak dalej, i tak dalej... Było jednak sprawa postawiona całkowicie jasno - Alexander nie mógł zabrać Nicholasa do samego rezerwatu, co od razu powiedział. I że jeśli to jest to, czego potrzebuje, czy interesuje go jakiś wierzchowiec na kupno bądź po prostu przejażdżkę, to o ile to drugie może załatwić z nim, tak na samo kupno i tak będą musieli poczekać na szefa...
Szefa, który wyłonił się z lasu z ptakiem o płonących w promieniach słońca piórach. Feniks. Feniks leżał w dłoniach Laurenta jak domowa kura, a nie jak dumny, niezwykły ptak, którym był i którego bardzo niewielu udało się oswoić. Przymykał przy tym oczy jak zadowolony kocur, jakby wygrzewał się w cieple Laurenta, a nie na odwrót - że to on Laurenta ogrzewał. Lukrecja zaś? Bez najmniejszej elegancji prawie się potknął wyłażąc z tego lasu, trochę nieuczesany, trochę rozchełstany, jeszcze z piórkiem we włosach, po które sięgnął teraz jedną dłonią i poprawił też okulary na nosie, okrągłe, żeby potem spojrzeć na stworzenie i uśmiechnąć się ciepło, z miłością.
- Czy ty udajesz kurczaka? - Zwrócił się do feniksa, który otworzył ślepia i uniósł łepek. Wyglądało to tak, jakby dziobnął Laurenta - ale tylko z dystansu. Złapał jedynie dziobem jego palec, przytrzymując na moment. - Jeśli nie będziesz próbował latać dalej to naprawdę będziesz jak kura na grzędzie, mój płomienny przyjacielu. - Feniks zaśpiewał cicho, krótko, puścił i poprawił się w rękach blondyna. Uważne, czarne jak perły na dnie morza ślepia stworzenia utknęły w Nicholasie. Tak i na Nicholasa podniósł wzrok Laurent. Alexander uniósł dłoń, żeby do niego zamachać. Fuego - bo tak na imię miał feniks - wzbił się w powietrze i wsunął się z powrotem w drzewa odprowadzony przez spojrzenie selkie.
- Dzień dobry, witam w New Forest. Czym mogę panu służyć? - Blondyn się zmienił przez te lata o tyle, że siłą rzeczy - dojrzał. Psychicznie jak i fizycznie, chociaż to pierwsze było niemożliwe dla Nicholasa do odróżnienia. Strasznie schudł. Był teraz niezdrowo wręcz chudy i w ogólnym całokształcie był... zniszczony przez życie? Mocno ujęte, bo jego uroda nie zmieniła się przy tym ani o jotę. Rozkwitła na swój sposób, a morskie oczy nie patrzyły teraz na Nicholasa nieprzytomnie. Uważne, inteligentne spojrzenie było pieczęcią na tym, co było ledwo malutkim mirażem w ich ostatnim spotkaniu. Och, ile to już lat minęło..? Laurent spoglądał w zimne, niebieskie oczy i ich nie poznawał.