— Miałem, nie miałem... po prostu do mnie podeszła i podarowała mi wianek. Przyjacielu, wystarczyło się rozejrzeć wokół siebie. Nie brakowało tam kobiet, szukających kogoś, kto przyjmie ich wianek. Jesteś pewien, że to jest prawdziwe? — Odparł na słowa swojego przyjaciela. Loretta po prostu mu się napatoczyła. Udzieloną temu czarodziejowi radę powinien powtórzyć samemu sobie, przed lustrem. Bo naprawdę powinien rozejrzeć się za kimś innym. Należało zapytać o to, czy to wszystko było prawdziwe. Nawet w jego przypadku. Gdyby to on chciał oświadczyć się Lorettcie po dopełnieniu rytuału (co nie miało miejsca) to jego przyjaciele powinni zainterweniować po to aby powstrzymać go przed popełnieniem tak poważnego błędu, jakim było spędzenie praktycznie całego życia z kobietą, której nie kochał. To co teraz czuł również nie wydawało się prawdziwe.
— Nawet, jeśli uważasz, że jest to prawdziwe i zacząłeś w niej widzieć potencjalną partnerkę, to i tak powinieneś to przemyśleć. Przywodzi mi to na myśl działanie amortencji. Nie neguję tego, że otarcie się o śmierć może otworzyć oczy na wiele rzeczy, w tym i na taką. — Odpowiedział wprost przyjacielowi, któremu dobrze życzył, jednak nie był przekonany co do tego wszystkiego. Owszem, otarcie się o śmierć może otworzyć oczy na wiele rzeczy... ale to jeszcze nie odbierało rozumu. Nie uważał aby oświadczenie się kobiecie, którą przed Beltane traktowało się niczym siostrę i nie widziało się w niej potencjalnej partnerki, było dobrym pomysłem. Przez tak krótki czas raczej nie mogło to się zmienić. Dotąd Philip nie uważał zawierania jakichkolwiek ślubów za dobrą rzecz, jednak sam teraz przyłapywał się na zazdroszczeniu bratu tego, czego sam nie miał i czego dotąd nie poszukiwał. To niebawem minie. Uśmiechnął się jedynie słysząc ten żart.