• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[sylwester 1967r] Talk Show Host

[sylwester 1967r] Talk Show Host
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
26.09.2023, 17:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 14:22 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett (Ziewnięcie to bezgłośny krzyk).

I want to
I want to be someone else or I'll explode
Floating upon this surface for the birds

Naprawdę nie narzekał, kiedy przychodziło mu w ramach robienia dobrego wrażenia i zawierania interesów lecieć do innego kraju. Nawet by sam mógł szepnąć słówko czy dwa na uszko swojego ojca, żeby ten go posłał. Zazwyczaj nie musiał. Tak i w tym wypadku nie było inaczej. Francja, piękny kraj o zupełnie innym klimacie architektury niż Anglia otwierała przed nim swoje drzwi niczym droga dziewka rozłożona na czerwonym dywanie. Chętna do wpuszczenia go, ale niekoniecznie chętna do tego, żeby potem wypuszczać. Francja była uzależniająca. W swoim pięknie, artyzmie, w zapachach i kwiatach, które rosły tutaj w szklarni posiadłości Dupont. Może i podparyska posiadłość nie była wielka, ale wystarczająco przestronna, żeby dało się tutaj zagubić na chwilę czy dwie. Nie dlatego, że Laurent stronił od towarzystwa, och nie! Dlatego, że stronił od towarzystwa pijanych ludzi, których zupełnie nie rozumiał.

Poziom trzeźwości we krwi odmierzał możliwość porozumienia i pełnię władz nie tylko umysłowych, ale i cielesnych. Te były już bardzo wątpliwe u co poniektórych gości. Na tyle, że żona jednego czy drugiego szlachetnego panicza wyprowadzała go do karocy, przepraszając serdecznie za męża. Strasze. Lub żałosne. Przecież jeszcze nie wystrzelili fajerwerków. Ten poziom i brak możliwości nawiązania wspólnego porozumienia miał tutaj jednak odrobinę dalej idące znaczenie. Głębszy sens, jeśli wierzyć poetom - drugie dno. Jak zwał, tak zwał. Rzeczywistość ograniczała to do faktu bardzo prostego - bariera językowa. Oczywiście nie był tutaj jedynym gościem z Anglii, nie był nawet jedyny ze swojej rodziny, ale w pewien sposób było to dla niego wręcz frustrujące. Dla niego jako dla osoby kochającej brylować w towarzystwie i czującej nieustanną potrzebę, by pojawić się to tu, to tam, poczarować piękne niewiasty i... równie eleganckich panów. Love is love. Laurent niekoniecznie poszukiwał miłości. Za to kochał poszukiwania westchnień i pełnych miłości spojrzeń. Tak więc gdy procenty we krwi rosły, jakoś też i towarzystwo chętnie porozumiewało się ze sobą po francusku. Nie zostało wiele do północy, kiedy nogi selkie poniosły go z dala od towarzystwa...

Kiedy jego wołająca o obecność morza krew przyprowadziła go do tej szklarni. Było tu ciepło pomimo zimowego wieczoru, który śniegiem barwił szyby i puchem okrywał dach. Bajeczny widok. Ruchem różdżki rozjaśnił pomieszczenie, żeby spojrzeć na wymyślne rośliny, jakie tu zasadzone. Niektóre były ziołami kryjącymi się między krzewami i pomniejszymi drzewkami, inne z kwiatów zachwycały kloszami. Intensywny zapach kwiatów był czymś, co bardzo chętnie wymienił na woń wina i szampana. Odłożył lampkę na stolik, na bok, żeby nie przeszkadzała. I tak nie zamierzał tego wypijać. Nie zrozumcie mnie źle - nie dlatego, że nie chciał. Nie mógł. Ale to był mały sekrecik selkie, o którym niekoniecznie wszyscy musieli wiedzieć. Próba ukrywania tego, że nie możesz pić alkoholu i tłumaczenia, że zwyczajnie nie możesz, niekoniecznie docierała do wszystkich i w większości kończyła się upowszechnionym wrażeniem, że "próbujesz ich obrazić". Nonsens. Z pewnymi zachowaniami niestety nie dało się dyskutować. Można było za to radzić sobie innymi sposobami. Bo przecież tam, gdzie ani słowo, ani czyn nie pomoże, tam należało być wystarczająco sprytnym i poradnym, żeby wyślizgnąć się z problemu niezauważenie. I to była najbardziej bezpieczne z rozwiązań, jakie do tej pory napotkał na swojej drodze.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
just forget he ever existed
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i blada karnacja. Bellamy mierzy około 178 centymetrów i waży około 70 kilogramów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ubrany najczęściej w ciemne rzeczy, które również nie wyróżniają go z tłumu, gdzie czuje się najlepiej. Jedyną oznaką tego, że pochodzi z arystokratycznej rodziny, jest ilość biżuterii, którą lubi nosić.

Bell Dupont
#2
30.09.2023, 12:37  ✶  
Przyjęcia organizowane w dworku Dupontów należały do dość prestiżowych wydarzeń. Nie dlatego, że były olbrzymie w swojej skali, czy też ekstrawaganckie w swojej organizacji, ale ze względu na fakt tego, że nie każdy dostępował zaszczytu bycia zaproszonym. Dupontowie, chociaż nie stanowili najbardziej wpływowej rodziny magicznej we Francji, to należeli niewątpliwie do jednej z najstarszej. Oczywiście zasoby majątkowe pomagały w utrzymaniu pozycji. Ojciec Bellamy’ego chlubił się swoimi licznymi koneksjami, które lubił wykorzystywać dla swoich własnych korzyści. Wolał działać w cieniu, niż rzeczywiście mieć jakaś większą władzę. Nie znaczyło to jednak, że nie wykorzystywał znajomości do tego, by namawiać licznych, ważniejszych członków magicznej społeczności do robienia tego, czego sobie życzy. Popularności jednak Dupontom dodawał fakt, że byli oni dość prywatni. Sami starannie wybierali miejsca, w które się udawali, tak samo jak starannie wybierali gości, których zapraszali do siebie. Po pewnym czasie zaproszenia do Dupontów stały się swego rodzaju towarem ekskluzywnym.
   Przyjęcie z okazji zakończenia roku było jednym z tych, które Bell lubił omijać z daleka. Dworek nie był wtedy już tak uroczy, jak w czasie lata, kiedy pola lawendy okrywały się fioletowym kwieciem. Było wtedy bardzo pięknie, a cała okolica wypełniała się zapachem lawendy, który odstraszał komary i inne latające robactwo. W zimie okolica traciła swój blask. Okres zimowy był tu dość gwałtowny, jednak ciężko było powiedzieć, że warunki nie nadawały się do życia. Było jednak zimno, wilgotno i ponuro. Dom tracił swoje kolory, pogrążał się w mroku, jakby sam chciał zahibernować i przeczekać do wiosny. Wszyscy mieszkańcu również zdawali się oddawać tej zimowej atmosferze, włócząc się po pokojach i korytarzach niczym duchy, które nie mogą opuścić tego miejsca. Na Bellamy’ego zawsze źle to działało. Chodził wtedy przygnębiony, ospały i pozbawiony jakichkolwiek chęci do robienia czegokolwiek produktywnego, chociaż w tym okresie ciężko było o znalezienie jakichś zajęć, które by go fascynowały. W Londynie miał sklepik babki, w którym ciągle otoczony był ziołami i kwiatami, które tak bardzo uwielbiał.
   Okres sylwestrowy dodawał jednak werwy ludziom, którzy tu mieszkali. Wszyscy się ożywiali i to nadawało pewnego rodzaju fałszywego poczucia powrotu do normalności. I właśnie to było w tym wszystkim najbardziej przygnębiające, bo Bellamy lubił ulegać temu błędnemu uczuciu. Tym razem nie chciał tego robić, więc już od czasu swojego przyjazdu tutaj, starał się zachować spokój i nie emocjonować. Wszedł do swojego dawnego pokoju, który nieco odświeżony, nie zmienił się praktycznie w żadnym stopniu. Na tym samym piętrze ulokowano jego babkę i kilku garstkę gości, którzy dostąpili zaszczytu zamieszkania tutaj na czas przyjęcia. Bell zawsze zajmował się przygotowywaniem ich pokoi, bo jego ojciec uznawał, że było to idealne zajęcie dla kogoś tak… specyficznego jak Bellamy. Nie pozwalano mu się zbytnio denerwować.
   Przyjęcie trwało w najlepsze. Goście zdawali się dobrze bawić, a przynajmniej dobrze to udawali. W końcu nietaktem było być znudzonym, będąc w towarzystwie samej śmietanki towarzyskiej. A znajdowali się tu przedstawiciele rodzin magicznych nie tylko z Francji, ale również Wielkiej Brytanii, innych części Europy jak i ze Stanów Zjednoczonych. Można więc było usłyszeć wiele głosów, których się nie rozumiało. Ta kakofonia języków i słów przyprawiała Bellamy’ego o ból głowy. Rozdrażniony wyszedł więc na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego, zimnego powietrza. Był rozgrzany, więc zimno od razu go otrzeźwiło. Nie pijał dużo, ale nawet jedna lampka wina potrafiła przyprawić go o ciepłe policzki i lekkość głowy.
   Będąc na zewnątrz, jego wzrok przykuł nagły rozbłysk światła w szklarni. Zainteresowany tym widokiem, podążył w tamtym kierunku i już po kilkunastu krokach zrozumiał, że jeden z gości postanowił zapoznać się z roślinami, które hodowali.
   – Kilka z nich jest silnie toksycznych, więc nie zaleca się ich dotykać – ostrzegł, mrużąc lekko oczy. Spojrzał na pozostawiony kieliszek, później przeniósł wzrok na gościa. Znał go, bo jako członek rodziny gospodarzy, musiał znać gości, którzy przyszli. Nie mówiąc już o tym, że żyjąc życiem, które miał, musiał zwracać uwagę na wszystko, żeby nie spowodować, jak również nie wpaść w kłopoty. Laurenta znał więc, chociaż nie zostali sobie przedstawieni.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
30.09.2023, 14:41  ✶  

Stawiał wolne kroki, ale nie były bezszelestne. Wiedział, że niektórzy potrafili poruszać się z takim samym hałasem, jaki wydawał dźwięk motylich skrzydeł uderzający w powietrze. Pewnie były czary, które pozwalały słuch wyostrzyć, ale niekoniecznie były one tu i teraz potrzebne. Cisza zimy rządziła się swoimi prawami. Nielubienie jej zaliczało się do pewnych prawideł ludzkiej reakcji na zbyt długie zimno, zbyt długie noce, zbyt długą samotność ściskającą za serce. Ale Laurent lubił zimę. Nie lubił jedynie, gdy w Londynie była ona miałka, nijaka, szara, kiedy po śniegu nie było widu ani słychu i tylko wieczna szarość przytulała do swojej piersi niebo nie ciesząc nawet pojedynczymi plamami bieli czy prześwitami promieni słonecznych. Kiedy śnieg kładł się na klatce piersiowej świata jak kołdra wszystko nabierało zupełnie innego wyglądu. Ziemia potrzebowała czasu, żeby odpocząć, a bujna lawenda przygotowania, żeby znów nabrać na siłach i kwitnąć - czy to dziko, na łąkach, czy siana wprawną dłonią mugoli czy czarodziejów. Laurent nie widział w tym czasie samotności - widział wypoczynek, możliwość usypiania o wcześniejszych porach i możliwość przygotowania się do nadejścia wiosny, gdzie znowu wszystko będzie o wiele bardziej szybkie i zacznie się cięższa praca.

Drgnął jak złodziej przyłapany na niecnym uczynku, kiedy usłyszał za sobą głos - obcy, nieznajomy, ale nie we francuskim, który rzeczywiście brzmiał jak wyznania kochanków, ale Laurenta osobiście trochę bawił. Chyba głównie przez to, że widział, jak większość nadobnych niewiast nie mających z tym językiem do czynienia na co dzień nań reagowała. Obrócił się w kierunku wejścia, prawie dotykając dłonią jednego z kwiatów, ale opuszki jego palców nie sięgnęły miękkich płatków zwisającej ku niemu datury, której jasność prawie zlewała się z platyną włosów Laurenta, teraz elegancko zaczesanych, ułożonych odpowiednio do uroczystości. Tęczówki, w których zaklęto błękitne, morskie fale spoczęły na Bellamym w pierwszej sekundzie wyrażając zaskoczenie, już w drugiej - zainteresowanie. Podobało mu się to, co widzi. Kogo widzi. Bellamy jak Syn Nocy wślizgnął się do wnętrza, raju kwiatów i królestwa samej Wiosny i wydawał się Wężem, który wsunął się do rajskiego ogrodu, żeby kusić do grzechu. A przecież to, co wydobyło się z jego ust nie było kuszeniem do zerwania owocu a ostrzeżeniem, by nie dać się zwieść pokusie, jeśli taka najdzie. Ponieważ ta pokusa ciągle krążąca po głowie może prowadzić do poważnych konsekwencji. Obrócił się przodem do niebanalnego zjawiska, jakim stał się nieznajomy mężczyzna, któremu brakowało teraz tylko czarnych skrzydeł rozciągających się ze swoim puchem ponad roślinami, albo wydłużających się cieni, żeby stać się Tym, Który Noc Przynosił. Samym synem Nyx, albo przynajmniej jednym z jej kochanków, co wyślizgiwali się z jej objęć tylko czasami, by od niechcenia zachwycić człowieka swą obecnością.

- Dziękuję za ostrzeżenie. Nie ośmieliłbym się dotknąć rośliny, której nie znam. - Uśmiechnął się łagodnie w kierunku mężczyzny. To troszkę przekraczało normy jego powitań i rutynę spotkań. Odrobinkę. Zrobił tych kilka kroków w jego kierunku i wyciągnął do niego dłoń na powitanie. - Laurent Prewett. Miło mi pana poznać, szczególnie w tak urokliwym miejscu. - Uścis Laurenta był delikatny. - Towarzystwo jest dla mnie miłym zaskoczeniem, szczególnie anglojęzyczne.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
just forget he ever existed
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i blada karnacja. Bellamy mierzy około 178 centymetrów i waży około 70 kilogramów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ubrany najczęściej w ciemne rzeczy, które również nie wyróżniają go z tłumu, gdzie czuje się najlepiej. Jedyną oznaką tego, że pochodzi z arystokratycznej rodziny, jest ilość biżuterii, którą lubi nosić.

Bell Dupont
#4
03.10.2023, 15:23  ✶  
Należało przyznać, że chociaż zima była przygnębiająca, to posiadała swój skryty urok, który należało tylko docenić. We Francji można było doświadczyć prawdziwej zimy. Śnieg zalegał potężnymi zaspami na chodnikach i ulicach, które co chwila należało odśnieżać. Wokół dworku roślinność również okryła się białym puchem, a śnieg pokrywał nawet gałęzie drzew, czekając tylko na to, aż ktoś znajdzie się pod nimi, by zasypać nieszczęśnikowi głowę. Bellamy padł ofiarą tego występku już kilkukrotnie i należało przyznać, że nie było gorszego od śniegu, który wpadał prosto za kołnierz. Młody Francuz dostał już swoją nauczkę kilkukrotnie i nauczył się w końcu, żeby szczelniej owijać się szalikiem.
   Szklarnia stanowiła idealne miejsce do delektowania się zimą. Była przytulniejsza od zimnego, drewnianego dworku, chociaż brakowało w niej jakichkolwiek wygód. Wewnątrz, poza licznymi okazami roślin, znajdował się jedynie stolik i dwa krzesła, na których Bell siadał z matką. Oboje uwielbiali rośliny w takim samym stopniu i właśnie tutaj rozmawiali ze sobą najdłużej, kiedy nie musieli oddawać się domowym obowiązkom. Szklarnia stanowiła więc prawdziwy azyl. Ich prywatna oaza spokoju, gdyż nikt inny tutaj nie zaglądał.
   Aż do dzisiejszego wieczoru, kiedy to w szklarni pojawił się intruz. Bell nie traktował gościa jak osoby, której nie chciał tu widzieć. Nie był jednak przyzwyczajony do czyjejkolwiek obecności w tym miejscu, więc widok Laurenta był prawdziwym naruszeniem i Dupont potrzebował chwili, żeby ocknąć się z tego.
   Laurent Prewett – wielokrotnie słyszał to imię. Obijało mu się o uszy, gdy jego ojciec wypowiadał to nazwisko. Mężczyźnie zależało na tym, by utrzymywać kontakty z ludźmi, którzy w jego oczach coś znaczą, żeby samemu coś znaczyć. Nie było bowiem gorszej rzeczy, niż przestanie być kimś ważnym. Ten strach bawił Bellamy’ego szczególnie, bo on sam nie widział żadnych korzyści w byciu znaczącym i rozpoznawalnym. Nigdy go to nie interesowało.
   – Bellamy Dupont – przedstawił się, ściskając delikatnie dłoń Laurenta. Prewett był przystojnym mężczyzną, który idealnie pasował do wnętrza tej szklarni. Widok bardzo przypadł Bellamy’emu do gustu, ale oczywiście nie mógł dać tego po sobie poznać. – To chyba jedyne miejsce, w którym tli się życie tej zimy – odpowiedział, podchodząc do jednej z roślin, która tutaj rosła. Oczywiście znajdowało się tutaj wiele niebezpiecznych roślin, ale wśród nich można było znaleźć też taki, które nie były w stanie zaszkodzić. Jak na przykład róże. Nie były to ulubione rośliny Bella, jednak nie można im było odmówić swoistego uroku. No i ten zapach, który teraz wypełniał to miejsce.
   – Tak… nie słyniemy z miłości do mówienia po angielsku – zaśmiał się, bo faktycznie, nie leżało to we francuskiej naturze, by silić się na nauki języków obcych. On sam w domu również rozmawiał po francusku, nawet z matką, która sama pochodziła z Londynu. – Czyżby przyjęcie cię nudziło, że postanowiłeś poszukać rozrywki tutaj? – zapytał z ciekawości. Jego samego atmosfera na przyjęciu zaczęła przytłaczać, nie zdziwiłby się, gdyby na innych działała tak samo.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
04.10.2023, 11:58  ✶  

Śnieg tworzył niekiedy pościelową atmosferę. Głęboką. Miękką. Zupełnie jakby człowiek mógł położyć się w miejscu, w którym stał, opadłby na coś miękkiego, niebiańskiego i już nie musiał wstawać. Byłoby tak frywolnie lekko... Tak jak świat trwał utulony do snu, tak do piersi Królowej Zimy można było przylgnąć, żeby wymienić jej spokój na swoje ciepło. Oddać cząstkę siebie, żeby w zamian doświadczyć czegoś ezoterycznego. Tak, w zimie można było się zakochać. Zarówno tej za oknem jak i tej, o której opowiadały bajki. Pani bez serca, która porwała Kaia do swojego Lodowego Pałacu, aby tam przekonać go, że i on serca nie potrzebuje. Człowiek mógł osiągnąć wszystko, jeśli tylko nie spoglądał na swoje ograniczenia.

To jednak nie zima ani nawet nie kwiaty mogły stanowić kolejne westchnienia. Nie ulotne piękno natury, kiedy w kroplach porannej rosy filtrowane było światło poranka. To człowiek, który te chwile tworzył i z którego warg westchnienia mogły się wydobywać stawał się czarem, jaki onieśmielał i otumaniał. Stawał się żywą rzeźbą, którą wielbiłby sam Michał Anioł - bo Bellamy przez moment naprawdę wydawał się nierzeczywistą Marą, Widmem, strażnikiem uświęconego przez zimę miejsca, gdzie mimo mrozu kwitło życie. Zwykłemu złodziejowi nie przystoiło wkradać się do tego królestwa, ale Laurent? Był tu niechciany, niemile widziany, czy może stanowił ciekawy dodatek, przecięcie szarości i nudy, która zwisała na kibici niebieskookiego mężczyzny o urodzie Królewny Śnieżki? Fakt był taki, że miejsce zostało naruszone. Przez co (czy przez kogo) odsuwało się na dalszy plan w tych najbardziej magicznych sekundach na świecie, którymi było zetknięcie się z drugim człowiekiem.

- Och... przepraszam najmocniej, wstyd mi teraz za siebie, że tak przystojny członek rodziny Dupont umknął mojej uwadze na samym przyjęciu. - To, że nie mieli okazji jeszcze zostać sobie przedstawionymi było więcej niż pewne, a wśród różnych gości, wokół których trzeba było brylować, pilnować tematów i nadążać za zmiennymi nastrojami wcale nietrudno było się zagubić i... w nieszczęśliwości przypadków kogoś pominąć. Lecz rzeczywiście - kiedy usłyszał to nazwisko to zaskoczył. Pan domu wspominał o kimś, kogo powinien Laurentowi przedstawić, a konkretniej - swojego syna... więc może właśnie miał go przed swoimi oczyma? Czy może to jeden z tych dalszych krewnych? Wnuki, kuzynostwo i tak dalej... linie powiązań na drzewach genealogicznych potrafił być oszałamiające swoją rozciągliwością. Czy na zawstydzonego Laurent zaś wyglądał? Odrobinę zakłopotanego, tak.

Bellamy miał przyjemnie miękką skórę w dotyku. Taką, którą chciało czuć się na swoim ciele, by przykrywała jak najdroższy z jedwabi, którego nie dało się kupić za żadną cenę.

- Życie tli się zawsze, nawet podczas zimy. Ono jedynie zasypia. Czasem wystarczy jednak odgarnąć śnieg w odpowiednim miejscu, żeby zobaczyć przebłysk cudu. - Powiódł wzrokiem za ciemnowłosym, który zatrzymał się w tej zielonej alejce zawładniętej wonią róż. Róże. Pełne majestatu i pożądania rośliny. Symbol kochanków, który uświadamiał, że żaden z nich nie wychodził z różanego ogrodu nie zostawiając tam przynajmniej jednej kropli swojej krwi na kolcach. Zbyt były kuszące. Zbyt piękne, by się oprzeć.

- Setki lat nieporozumień między oboma krajami napoiły ludzi pewną wzajemną niechęcią co najmniej do tych języków. - To było więcej niż zrozumiałe. To tak samo jak anglik nie był tak skłonny do nauki francuskiego, przynajmniej z jego punktu widzenia. Bo "po co, skoro znam angielski". Francuz powiedziałby: "no po co, skoro znam francuski?". Oba języki były popularne i bardzo światowe. Laurent tego nie pochwalał, choć sam nie uczył się aktywnie żadnego języka obcego. - Z drugiej strony również nie powiedziałbym, by wielu anglików kochało naukę francuskiego. - Uśmiechnął się z rozbawieniem, nie miał do tego wielce krytycznego nastawienia, bo cóż zrobić? Taka mentalność się wykształtowała. - Przy możliwości spędzenia czasu z kimś o tak miłym dla ucha głosie i ostrzegającym mnie przed trującymi roślinami każde przyjęcie wydawać by się mogło nudne. - Mógłby zapytać o to samo - cóż jeden z gospodarzy robił poza głównym wydarzeniem? - W żadnym wypadku to nie nuda, bawię się wyśmienicie. Jedynie delikatne zmęczenie i konieczność odświeżenia głowy... - zrobił drobną pauzę - oraz słodka konieczność uciekania przed kolejnymi toastami, jakie aktualnie mają miejsce. - Przyznał się z lekkim rozbawieniem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
just forget he ever existed
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i blada karnacja. Bellamy mierzy około 178 centymetrów i waży około 70 kilogramów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ubrany najczęściej w ciemne rzeczy, które również nie wyróżniają go z tłumu, gdzie czuje się najlepiej. Jedyną oznaką tego, że pochodzi z arystokratycznej rodziny, jest ilość biżuterii, którą lubi nosić.

Bell Dupont
#6
04.10.2023, 13:24  ✶  
Stali w szklarni wspólnie, zamknięci w tej odrobinie wiosny, którą to miejsce zapewniało. I to bez odrobiny magii. Prawdziwe piękno i satysfakcję mogło dać tylko własnoręcznie pielęgnowanie roślin. Bellamy nie wyobrażał sobie, żeby mógł użyć magii do czegoś takiego. Magia oczywiście przydawała mu się do pracy, kiedy musiał zadbać o to, by niektóre rośliny rosły szybciej lub aby przedłużyć ich świeży wygląd. Pracując w swoim ogrodzie, nie chciał chodzić na skróty. Uwielbiał obserwować wzrost roślin i ich rozwój. Często siadał wtedy na ziemi i w swoim szkicowniku, który szybko stawał się zielnikiem, rysował to, co zdołał zobaczyć. Prowadzenie takich obserwacji pomagało mu zrozumieć naturę roślin. Wiedział o nich bardzo dużo, chociaż w większości był samoukiem. Od zawsze żałował, że nie zdecydował się kontynuować nauki, ale wiedział, że tak było łatwiej i bezpieczniej.
   – Ojciec mi o tobie wspominał – przyznał, uśmiechając się lekko. Miał również nadzieję, że lekkie rumieńce, które zaróżowiły mu policzki, zostaną uznane za efekt zimna, które panowało na zewnątrz. Niestety rzadko zdarza mu się usłyszeć, że jest przystojny, więc czasami nie potrafił na to odpowiednio zareagować. – Musieliśmy się minąć, kilka razy mignąłeś mi w kącie oka, jednak w środku jest tak dużo ludzi, że nie można normalnie porozmawiać – powiedział. Nie lubił tłumów. Ciężko było mu wtedy skupić się na czymkolwiek. Ta kakofonia głosów, akcentów i śmiechów, przepełnionych fałszywymi grzecznościami rozmów była irytująca. Czasami go to przytłaczało, dlatego często znikał po kilku chwilach, kiedy to już udało mu się dopełnić powierzonych mu obowiązków.
   – Powinieneś pisać książki, Laurencie – zaśmiał się melodyjnie, ale słowa mężczyzny mu się spodobały. Nie wiedział tylko, czy były prawdziwe w stosunku do dworku, w którym się znajdowali. – Nie przyszło ci jednak mieszkać tutaj w zimie, inaczej zmieniłbyś zdanie – odparł, obracając w palcach różany kwiat. Lubił róże, chociaż nie były to jego ulubione rośliny. Doceniał w nich to, że aby pięknie zakwitały i wyglądały, to potrzebowały prawdziwej ofiary. Oczywiście to nie była wina kwiatów, że zostały obdarzone tak ostrymi kolcami, jednak każdy ogrodnik musiał liczyć się z tym, że jeśli oczekiwał pięknego, różanego ogrodu, to musiał przelać trochę krwi. Opieka nad nimi stawała się więc prawdziwym poświęceniem, chociaż nie aż tak wymagającym, jak opieka nad zwierzętami.
   – Proszę mi wybaczyć, ale wy Anglicy macie mało plastyczne języki i zbyt silną wymowę, by mówić po francusku – powiedział zaczepnie. Być może przemawiała teraz przez niego francuska duma, która nakazywała mu pokazanie wyższości jego ojczystego języka ponad wszystkie inne, niemniej jednak wydawało mu się, że francuski jest trudniejszy do opanowania i rzeczywiście wymagał pewnych umiejętności, których wcale nie było tak łatwo się nauczyć.
   – Powiedz, każdego tak czarujesz, czy jestem szczęśliwcem, którego to spotkało? – zapytał, ośmielając się nieco. Zrzucił to na barki wypitego już alkoholu, który powoli zaczął uderzać mu do głowy. Laurent był przystojnym mężczyzną, obdarzonym wyjątkową charyzmą, która przyciągała do niego. Jakby miał doświadczenie w rozmawianiu z ludźmi w taki sposób, że wie się, co rozmówca chce usłyszeć. Bellamy zazdrościł mu tej umiejętności, gdyż sam uważał, że nie potrafi czegoś takiego. Doskonale potrafił ocenić człowieka i jego zamiary, ale nie wiedział, co mówić, żeby się komuś przypodobać. Laurent wyglądał jednak tak niewinnie, jakby sam nie był świadomy swoich umiejętności i używał ich z czysto niewinnymi intencjami.
   – Takie przyjęcia po części urządza się dla licznych toastów, rozwiązuje to języki – zaśmiał się. – Nie jesteś fanem alkoholu? – zapytał. On sam również za nim nie przepadał, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby wytrzymać w towarzystwie bez wypicia kieliszka szampana czy też dwóch.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
04.10.2023, 14:45  ✶  

Niektóre rzeczy potrzebowały miłości w swoim oddaniu. Potrzebowały nie magicznej sztuczki, która pozwoli im od razu stanąć na nogach, a słodkich szeptów, obietnic i samodzielnej nauki tego wstawania. Niektóre rzeczy były po prostu piękniejsze, kiedy poświęcałeś im swoje chwile. Oddawałeś zmysły, poświęcałeś umysł. Przenikały twoją duszą - tak powstawały cuda takie jak to miejsce. Szklarnia magiczna, a jednak wcale nie zaklęta magią. To niebieskie oczy Bellamyego je zaklinały. Jego palce i jego gesty. Jego serce, kiedy wkładał je w każde muśnięcie i każdą troskę, jaką przelewał na szkice, a ze szkicy na żywą prawdę. W tym niebie, zwierciadłach jego duszy, było dlatego widoczne coś więcej niż puste znużenie balem czy zwyczajne... "lubię kwiaty". Jakże to brzmiałoby banalnie i zupełnie leniwie na jego ustach! "Lubię kwiaty" było takim samym niedopowiedzeniem jak powiedzenie przez Laurenta, że "lubi morze". Nie, to nie było to. Aż dziw, że te niebieskie oczy Bella nie zieleniały w umiłowaniu do miejsca, w którym się znajdował i czasie, jaki spędził, aby wszystko tak wyglądało. A najlepsze było to, że Laurent nawet nie miał pojęcia, że stoi przed osobą, która za ten cud odpowiada. I teraz również mogłabym powiedzieć, że przecież on też lubił kwiaty. Kochał je. Mógłby stworzyć całą kreację z liści i płatków, a mówienie o tym, że kwiaty doskonale wyglądały kwitnąc w ogrodzie niż zerwane do wazonu uważał za marzycielską i nieprawdziwą wizję ludzi, którzy starali się ukryć brzydką prawdę za ślicznymi słówkami. Kwiaty wszędzie wyglądały doskonale i nie było żadnej straty w przycinaniu ich. I tak w końcu trzeba było to zrobić, by mogły rosnąć i kwitnąć na nowo.

Rumieńce były bardzo zdrową reakcją. Bardzo piękną. Przypominały o tym, że człowiek nie tylko żyje, ale żyje i jego serce, bijąc mocno, pompując krew i buzując przez żyły wszystkie emocje, dla których warto było żyć. Czy wcześniej te rumieńce gościły na tej porcelanowej twarzy ozdobionej woalem nocy w postaci włosów Bellamyego? Może. Chyba? Jeśli nawet Laurent pomyślał inaczej, niż że był to efekt po prostu zimna nie dał po sobie tego poznać.

- Bardzo mi pochlebia, że zostałem zapamiętany ze wspomnień i rozpoznany mimo bycia rozmytym tłem twojej rzeczywistości. - Och, bo to naprawdę było pochlebiające! Szczególnie, że Bell zdawał się zupełnie nie mówić o tym w negatywie. W jego ustach brzmiało to jak komplement. Ale może dlatego, że same te usta były komplementem. Przyjemnie było być rozpoznanym, ot tak po prostu. Przynajmniej jemu to pochlebiało. Może to było ze strony mężczyzny tylko grzecznościowe, ale pewne niedomówienia, półprawdy - jemu to nie przeszkadzało. Tak jak fałsz panujący wśród towarzystwa był codziennością, z jaką sobie radził i do której się uśmiechał. To wszystko było jedną wielką grą, zbieraniną prób wygrania między pragnieniami a kulturą osobistą.

- Uważam, że nie mam ni krztyny talentu pisarskiego. Ale dziękuję, miło mi, że uważasz inaczej. - Wiele osób mówiło mu, że powinien pisać książki, miało go za poetę, albo mówiło, że jak poeta się wysławia. Były osoby, którym tego szczędził. Ale i były takie jak Bellamy - osoby, które chciał objąć swoją adoracją, zaciekawiony, zaintrygowany i zauroczony. Dla takich osób warto się było starać. - Rzeczywiście nie mam doświadczenia z Paryżem ani latem, ani zimą, ani podczas jakiejkolwiek innej pory roku. - Wypowiadanie się więc, czy uważałby inaczej czy też nie mijało się dla niego z celem, bo tylko by się skompromitował. - Chciałem jedynie pokazać, że czasem wystarczy inaczej spojrzeć na obraz przed oczami. Nie tym nagim okiem. Czymś więcej... może tym samym, co właśnie masz w spojrzeniu, kiedy patrzysz na te róże. - To było specyficzne doznanie, kiedy patrzyłeś na coś, co wyzwalało nieco więcej niż czysto wzorkowe emocje.

- Aaach, jakoś nie potrafię się gniewać... - Coś prosiło się tutaj o dodanie apropo języka, ale Laurent bardzo celowo przeciągnął nieco ostatnie słowo, jakby dopowiedzieć coś zamierzał. Ale jednak nie. I to nie brzmiało, jakby się wycofał, tylko jakby zakończenie samo chciało zostać dodane. Na przykład... o tym, że on na plastyczność języka nie narzekał. I bynajmniej nie chodziło o wymogę. - Na szczęście zachwyciła mnie osoba, która opanowała oba w niesamowicie sprawnym stopniu. Bardzo imponujące. - Bo nie brzmiał nawet z wyraźnym akcentem, nie kaleczył angielskiego, mówił bardzo płynnie, gładko i widać było, że nie potrzebował zastanowienia, żeby przenieść się na ten język.

- To nie ja czaruję. To ja jestem oczarowywany. - Odparł gładko, mając ochotę zbliżyć się, by przesunąć palcami po tej samej róży, by przekonać się, czy palce Bella pozostawiły na niej jakikolwiek swój ślad. Albo może po to, żeby jeszcze raz dotknąć jego palców..? Niewinność była potężną bronią. Ludzie kochali to, co niewinne. Anielskie. Chcieli sięgać do białych piór, by zerwać ich chociaż kilka dla siebie. Zabrać ciepło i nieskazitelność. Bellamy jednak niewinny się nie wydawał. I nie chodziło o to, żeby robił fałszywe ruchy, choć dla Laurenta zaprezentował się tej śmielszej strony. Bardziej chodziło o to, jak chłonął to, co do niego mówił. A Laurent badał. Sprawdzał. Przekonywał się. Chciał do siebie przyciągnąć. Stać się magnesem, żeby Bell był opiłkami żelaza niezdolnymi walczyć z prawami fizyki. To zawsze bywała ryzykowna gra w świecie ostracyzmu społecznego. Ale przecież tutaj nikogo nie było, prawda? Tylko oni dwaj...

- Niestety ubolewam nad tym, że ze względów zdrowotnych wręcz nie mogę go pić. Dlatego punkt, w którym przyjęcia już przelały zbyt wiele alkoholu, staje się punktem, w którym miejsce takie jak to, z takim towarzystwem, staje się Rajem. - Oparł się jedną ręką o kamienną półkę, na której stały kolejne kwiaty w donicach. Ale kwiaty już przestały go interesować.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
just forget he ever existed
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i blada karnacja. Bellamy mierzy około 178 centymetrów i waży około 70 kilogramów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ubrany najczęściej w ciemne rzeczy, które również nie wyróżniają go z tłumu, gdzie czuje się najlepiej. Jedyną oznaką tego, że pochodzi z arystokratycznej rodziny, jest ilość biżuterii, którą lubi nosić.

Bell Dupont
#8
04.10.2023, 20:09  ✶  
Z tej szklarni był najbardziej dumny, bo chociaż nie przyłożył on ręki do jej wybudowania, to wiele z obecnych tutaj roślin istniało tylko i wyłącznie dlatego, że Bellamy i jego matka się o to postarali. Z bólem serca zostawiał to miejsce za każdym razem, gdy musiał wracać do Londynu, jednakże tego dworku już od dłuższego czasu nie traktował jak prawdziwego domu. Londyn był jego domem, jego ciepłą przystanią, w której czuł się prawdziwie komfortowo. Powroty tutaj były bolesne, bo otwierały rany, które potrzebowały sporo czasu, by zabliźnić się na nowo. Nie był pewny, ile razy zdoła jeszcze tutaj przyjechać i wyjechać stąd niezmienionym. Ciężko było przewidzieć, jak obecność tutaj na niego wpłynie, ale wiedział, że każda kolejna wizyta pozostawiała w nim pewną cząsteczkę, zadrę czy też mgłę, która miała za zadanie wypełnić go w całości. Nie chciał utonąć w tym miejscu, bo nie czuł się tu dobrze.
   Za szklarnią jednak tęsknił naprawdę. Gdyby mógł, to przeniósłby to miejsce do Londynu lub też teleportował się tutaj zawsze, kiedy tylko naszłaby go ochota. Nie mógł tego jednak robić, gdyż dworek od dawna był zabezpieczony przed możliwością teleportowania się. Nie było to wygodne, ale stanowiło zabezpieczenie przed niechcianymi gośćmi.
   – Twierdzisz, że nie masz talentu, ale każde wypowiedziane przez ciebie zdanie temu przeczy – zaśmiał się. Rzeczywiście należało przyznać, że Laurent dysponował nie tylko zachwycającym wyglądem, ale również językiem wyszukanym i przyjemnym. Słowa, które wypowiadał, mogłoby się zdawać, że idealnie pasowały do okazji. Mężczyzna był świadomym swojej charyzmy i tego, co potrafi uczynić mowa. Zapewne w innych okolicznościach ta rozmowa szybko mogłaby przybrać inne tory. Umiejętność mówienia była jednak tylko jedną z zalet jego rozmówcy. Prewett był bowiem przystojnym jegomościem, którego jasne włosy stanowiły przyjemny kontrast na tle ciemnej, rozgadanej ciżby, która kotłowała się teraz w głównej Sali dworku. Ciężko było go przeoczyć i jeszcze ciężej zapomnieć tego widoku. Gdyby Bellamy nie był zajęty poznawaniem i wymianami uprzejmości z innymi gośćmi, to zapewne już dawno zaczepiłby Laurenta w środku. Cieszyło go jednak, że los zetknął ich ze sobą w odosobnieniu, gdzie mogli naprawdę porozmawiać.
   – Tak, masz rację, wystarczy spojrzeć inaczej – zgodził się bez wahania. Bellamy miał po prostu skomplikowaną relację z tym miejscem, jak i z ludźmi, którzy tu mieszkali i pracowali. Ciężko mu więc było odsłonić pewne zasłony, żeby móc dostrzec to, co tkwiło za nimi. Nie chciał być jednak zbyt surowy i wrzucać w myśli Laurenta fałszywy obraz tego miejsca.
   – Nie potrafisz się gniewać, ale? – zahaczył o to, łapiąc coś, co miało zostać dodane, jakby chciał wyszarpnąć to z gardła jasnowłosego. Podobały mu się te ich słowne zabawy, bo ewidentnie się ze sobą bawili. Ciekawiło go, jak długo wytrwają w tej zabawie, dopóki nie wyjdzie na jaw to, czego by od siebie chcieli.
   – Dziękuję, aktualnie mieszkam w Londynie, więc udało mi się podszkolić z waszego języka – przyznał. Gdy przeprowadzał się do Londynu, znał zaledwie kilka zwrotów, które uważano za najbardziej potrzebne. Jego rodzice nie przykładali zbyt wielkiej wagi do nauki angielskiego, uznając wyższość francuskiego ponad wszystkie inne języki. Po angielsku mówili jedynie tyle, ile należało. Ojciec Bellamy’ego posługiwał się nim jednak dość płynnie, chociaż nie tak jak jego matka – rodowita angielka.
   – O proszę, jeszcze nikt nie nazwał tego miejsca Rajem – odpowiedział, puszczając w końcu roślinę, której kwiatem bawił się już jakiś czas. Nie chciał go uszkodzić, a wiedział, że takie kręcenie może spowodować odpadnięcie płatków lub złamanie łodygi, chociaż te róże miały dość wytrzymałe. Podszedł do Laurenta dość blisko, zachowując jednak w miarę przyzwoitą odległość.
   – Nie czeka na ciebie towarzyszka w środku? – zapytał jeszcze, bo wiedział, że każdy z gości został zaproszony z osobą, która mogłaby mu towarzyszyć.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
04.10.2023, 20:51  ✶  

Jak wielką stratą było mieszanie bólu z czystą miłością? Zatruwanie swoich żył, wpuszczaniem do nich toksyn tylko dlatego, że mądrzejsi i silniejsi tego świata wiedzieli lepiej, co dla nas dobre? To dlatego skrzydła tej Królewny Śnieżki nie mogły być białe. Dawno wsiąknęła w nie ta mgła, która zbierała się gdzieś na dnie jego brzucha, a potem ogarniała całe ciało, przenikała przez nie, zmieniała, wypaczała. Uświęcone relikwie w postaci kwiatów nie były w stanie pokonać tego chorego do porzygu miejsca, nie mogły zatrzymać złych wspomnień ciągle powracających z każdym postawionym wśród zimy krokiem. Przecież prosiło się, żeby wyciągnąć do niego dłoń. Złapać jego palce i delikatnie poprowadzić na ścieżkę, która nie była zamglona ani ciernista. Gdzie nie rosły róże, które mogły cię ukłuć, tylko krokusy i powinie, stokrotki i maki przeplatające się ze sobą w tańcu swawolnej czerwieni i bieli. Droga, gdzie nie było śniegu. Prowadziła chyba rzeczywiście gdzieś do Londynu, albo w zupełnie inne miejsce - nienazwane. Tam, gdzie nikt nie spoglądał na to, co miałeś w akcie urodzenia i nie oceniał tego, kim byłeś. Wszystko to było piękne - piękne wizje, piękne chęci. Szkoda tylko, że dziedzictwo było czymś, czemu ciężko było powiedzieć definitywne: nie. I w końcu odkrywałeś, że taka podróż nie była niczym więcej niż ucieczką, dopóki nie pozwoliłeś samemu sobie na pogodzenie się z tym, że we mgle nie ma nic złego, dopóki nie rozbiera ona czeluści twoich złych wspomnień.

Nie odpowiedział słownie, za to wdzięcznie się uśmiechnął, przyjmując to pochlebstwo w ciszy. I nie zaprzeczając już. Komplementy należało przyjmować z klasą. Kiedy słyszałeś ich wystarczająco dużo przestawałeś się rumienić. Przestawałeś uciekać wzrokiem, czy wahać się, jak odpowiedzieć. Choć te dwa ostatnie potrafił robić, jeśli tylko wyczuwał, że rozmówca o wiele bardziej cenił sobie delikatność i tą niewinność. Nie, w Laurencie niewinności nie było. Była ona tylko na zewnątrz, w jego wyglądzie, z czego owszem, doskonale zdawał sobie sprawę. Tak jak zdawał sobie sprawę z tego, że potrafi słowem czarować. Ani jedno, ani drugie, nie było darem zesłanym z niebios. Och, oczywiście, że darami w pewnym sensie były, ale były latami ćwiczeń, mordęgi dbania o siebie, odmawiania sobie wielu rzeczy, by stać się perfekcyjnym synem. Ta bajka brzmiała pięknie. Była w rzeczywistości koszmarem. Bellamy więc bardzo dobrze ocenił tego węża o tęczowych łuskach, jakiego miał przed sobą. Ach, ale wszak nawet Lucyfer był kiedyś aniołem, prawda? Ten, Który Niesie Światło. Jutrzenka. Laurent mógł tej nocy jaśnieć tylko i wyłącznie dla Bellamyego, oczekując rozbłysku wystrzelonych sztucznych ogni, albo zapominając o nich całkowicie, tak jak stracił zainteresowanie szklarnią, gośćmi, przyjęciem. Światem.

Trafił w czuły punkt. Wystarczyła ta jedna, prosta odpowiedź, żeby zrozumiał, że nie rozmawiali tutaj tylko o "kwiatkach". Że to życie, o którym mówił, miało szerszą perspektywę, której nie rozumiał, bo nie znał człowieka, który się tutaj znajdował. Było w tym coś niepokojąco mrocznego, co poruszyło jego serce. Co sprawiało, że chciał wyciągnąć do niego ramiona, przytulić go i zapewnić, że jeśli nawet nie tutaj, to życie było gdzie indziej. Czy to byłby ten początek podróży na pola maków i stokrotek? Kto wie? Problem ze zbliżaniem się do ludzi zawsze był jeden i ten sam - nigdy nie wiedziałeś, gdzie była granica i gdzie zaczynało się wścibstwo. Wyjątkowo tutaj żadne słowa nie brzmiały dobrze. I chociaż lubił zabawę w założenia czynione wobec innych ludzi to wydawało mu się tak wrażliwe i delikatne, że nawet by nie pomyślał robić sobie z tego zabawę.

- ... ale bardzo chętnie przekonałbym się o tym na własnej skórze, mając przed sobą znawcę. - Aach, oczywiście, że to była gra słowna! Wręcz przekomarzanka! Sprawdzanie terenu. Przekonywanie się, czy druga osoba jest tak odważna, za jaką chciałaby uchodzić, czy jest zainteresowana, czy może zaraz wycofa się z żartami, zapewniając o swoim heteroseksualizmie. Żadna z tych opcji nie czyniła mu zawodu, czasem był jedynie przekonany, że gwałtowne ucieczki były syndromem wyparcia. I potrafił tkać dalej pajęczą przędzę, cierpliwie, powolutku... Nie, Laurent nigdy nie chciał niczyjej krzywdy. Bawił się dobrze tylko wtedy, kiedy i druga strona to czyniła. A tutaj nie miał wątpliwości, że Bellamy rozpromieniał. Jakby ściągnięto mu chociaż jeden miligram z ramion, albo jak kwiat, który w końcu zobaczył światło dnia po długiej nocy. Porównań były dziesiątki - Laurent sycił się jego uśmiechem, śmiechem i zainteresowaniem, które przesuwało się w jego kierunku. - Doprawdy? W takim razie mam nadzieję, że będzie okazja się jeszcze spotkać. - Zainteresował się tym Londynem. Od dawna? Niedawna? Chciał pytać. Był zainteresowany. Rzecz w tym, że troszkę bardziej zainteresowany był czymś innym...

- Ktoś włożył serce w to miejsce i sercem rozkwitło. Czy określenie Raju nie jest wręcz... leniwym słowem, skoro zasługuje na tkanie poematów? - Laurent zmienił troszeczkę ton. Na nieco bardziej intymny, prawie tak, jakby mówił o czymś naprawdę rozkosznym, półszeptem, bo szeptać nie było sensu, ale jednocześnie ten sekret nie zasługiwał na to, żeby o nim krzyczeć. Wtedy tracił na swoim pięknie. Prawie czuł na swojej skórze dreszcze od elektryzującej przyjemności, kiedy Bellamy skreślił odległość, jaka ich dzieliła i zachował tą, którą... zachować wypadało. Z czystej kurtuazji. Może ostrożności? - Nie ma drugiego takiego kwiatu w środku, na który chciałbym czekać, Epifyllum*. - Westchnął niemal tęsknie, śląc powłóczyste spojrzenie do mężczyzny naprzeciwko siebie, pozwalając sobie na przyjemnie kwitnącą przyjemność tej chwili. Trochę tęsknie, a trochę z chochlikami w oczach, zastanawiając się, czy jego rozmówca będzie wiedział, o jakim kwiecie do niego powiedział.


*Epifyllum - Roślina. Jej kwiaty otwierają się tylko na parę godzin w nocy i są tak piękne, że epifyllum nazywana jest królową jednej nocy.


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
just forget he ever existed
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ciemne włosy sięgające ramion, niebieskie oczy i blada karnacja. Bellamy mierzy około 178 centymetrów i waży około 70 kilogramów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ubrany najczęściej w ciemne rzeczy, które również nie wyróżniają go z tłumu, gdzie czuje się najlepiej. Jedyną oznaką tego, że pochodzi z arystokratycznej rodziny, jest ilość biżuterii, którą lubi nosić.

Bell Dupont
#10
05.10.2023, 18:35  ✶  
Ciężko było mu stwierdzić, co myślała o nim jego rodzina. Z braćmi miał całkiem dobry kontakt, głównie z uwagi na to, że im nie musiał niczego udowadniać, tak samo jak nie stanowił dla braci żadnego zagrożenia. Jego bracia rywalizowali między sobą głównie o względy ojca. On sam, co już było wiadome, dawno przestał się liczyć i stanowił jedynie ozdobę, lub element układanki, który należało mieć, żeby dopełnić obraz całości. A więc z uwagi na to, w rodzinie był jednocześnie nieobecny, ale też nieignorowany. Wiedział, że był zawodem dla swojego ojca. Mężczyzna na pewno miał na niego plany, które pokrzyżowało ujawnienie się przypadłości Bellamy’ego. Został skreślony, bo nie miał sobą nic do zaoferowania w zamian. Nie można go było jednak wydziedziczyć, bo to wskazywałoby na jakiś problem, a to z kolei byłoby rysą na idealnym wizerunku rodziny Dupont. Wysłanie go do Londynu było więc najlepszym rozwiązaniem, a przynajmniej w tamtym momencie takim się wydawało. Początkowo Bell czuł się zdradzony przez najbliższych, bo wyjazd do obcego miasta był potężnym ciosem.
   Obecnie po tylu latach nie miał już niczego poza obojętnością. Nie był zły, jednak nikt nie mógłby mu zarzucić, że takimi emocjami operuje. Emocje trzymał jednak na wodzy, starając się nie robić problemów. W końcu rodzinę miał, jaką miał, ale miał ją tylko jedną. Nie mógł pozwolić sobie na to, by ją stracić. Najsmutniejszym w tym wszystkim było to, że mógł sobie wyobrazić, jak go wydziedziczają i żadne z Dupontów nie utrzymuje z nim kontaktu. Było to tak możliwe, że często pojawiało się w jego nocnych koszmarach. Starał się wiec pozostawać obojętnym, nie unosić emocjami, ale wiedział doskonale, że emocje te kumulują się w nim i że w końcu będzie musiał je z siebie wyrzucić. Musiał jednak pamiętać, że nie mógł dać im się ponieść, bo wtedy pojawiały się prawdziwe kłopoty.
   Spoglądał uważnie na Laurenta, próbując wyczytać jego intencje. Nie, to było kłamstwo… intencje Laurenta stawały się coraz łatwiejsze do rozszyfrowania. Ich rozmowa nie wyglądała na typową rozmowę dwóch mężczyzn, którzy dopiero się poznają. Pojawiło się między nimi jakieś napięcie, które z niezrozumiałych przyczyn ciągnęło Bellamy’ego w stronę jasnowłosego. A przecież nie powinno to tak wyglądać. Nie chciał jednak, by cokolwiek się zmieniało. Podobało mu się to, bo przepełniało jego ciało dreszczem ekscytacji, którego w sumie potrzebował i którego nie spodziewał się, że dostanie.
   – Na własnej skórze? Jesteś bardzo śmiałym człowiekiem – zaśmiał się. Bycie śmiałym nie było niczym złym, a wręcz przeciwnie, bo świadczyło o pewnego rodzaju odwadze oraz o tym, że nie bało się tego, co ktoś może o kimś pomyśleć. Oczywiście ta śmiałość mogła wynikać z faktu, że znajdowali się w odosobnieniu i jedynie w swoim towarzystwie. Wśród pozostałych czarodziejów należało zachowywać się przyzwoicie, będąc zamkniętymi w ramy, które ktoś ustalił wiele lat temu. Czasami mu to przeszkadzało, jednak posłusznie grał w tym przedstawieniu.
   – Mieliśmy tutaj kiedyś Epifyllum – przyznał, zagłębiając się na chwilkę w swoich wspomnieniach, kiedy to przebywał w szklarni częściej. Pamiętał, jak jego matka wyczekiwała rozkwitu tego kwiatu. Obecnie jednak jedyne co po nim zostało to wspomnienia i zasuszony kwiat, który wylądował w zielniku. Była to okazała roślina, jednak wymagała poświęcenia, a efektem można było się cieszyć zaledwie przez chwilę. Dla Bella widok ten zawsze był satysfakcjonujący, a zasuszony kwiat był największym skarbem jego zielnika. Zerwanie kwiatu było pewnego rodzaju przestępstwem, jednak tylko w ten sposób można było zachować to piękno, nie pozwalając na pełne przekwitnięcie. Sam proces suszenia nie należał do najłatwiejszych, bo kwiat był wyjątkowo delikatny i chował w sobie sporo wody. Na szczęście odpowiednio przygotowane stanowisko i metodyka pozwoliły mu na odpowiednie zabezpieczenie rośliny.
   – Osobiście lubię te najmniej wyróżniające się kwiaty, na które niewiele osób zwraca uwagę… jak na przykład maki – powiedział. Oczywiście wspaniałe było zajmowanie się egzotycznymi i rzadko spotykanymi roślinami, którymi można było chwalić się każdemu, niemniej jednak piękno tkwiło też w pospolitych okazach. Maki natomiast były wyjątkowo interesującymi roślinami, bo nie wyróżniały się zbytnio ciekawym wyglądem, ale posiadały interesujące właściwości, bo można było je wykorzystać do produkcji leków uśmierzających ból jak również narkotyków. W swojej prostocie skrywały więc prawdziwie niebezpieczną naturę. Oczywiście naturę tą byli w stanie odkryć jedynie ci, którzy faktycznie zajmowali się roślinami.
   – Przyjmę te słowa jako komplement, bo rzeczywiście włożyliśmy tutaj z matką wiele serca – przyznał, bo czemu miałby tego nie robić. Był wyjątkowo dumny z tego miejsca i znacznie lepiej reagowało mu się słysząc komplementy dotyczące owoców jego pracy, niż na swój własny temat.
   – A ty, na jakie zajęcia trwonisz czas? – zapytał, ujmując jasnowłosego za dłoń. Wiedział oczywiście, że Prewettowie posiadają hodowle Abraksanów, więc zgadywał, że Laurent zajmuje się również i nimi, jednak skóra jego dłoni nie wskazywała, żeby zajmował się on szczególnie ciężką pracą, bo była zbyt delikatna. Bellamy uśmiechnął się lekko, wyobrażając sobie, jak Laurent po ciężkiej pracy w rodzinnej hodowli nakłada na dłonie olbrzymie ilości kremów nawilżających.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bell Dupont (3771), Laurent Prewett (4905)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa