• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10.03.1972] Szalona Miotła | Laurent & Philip

[10.03.1972] Szalona Miotła | Laurent & Philip
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#11
08.10.2023, 13:53  ✶  

— Zawsze jest takie ryzyko. Przez większość czasu nie lubię poddawać mu się... bezwładnie. — Przyzwyczajony był do tego aby brać sprawy w swoje ręce, za każdym razem gdy to było możliwe i walczył z nieubłaganym Losem o kontrolę nad własnym życiem. Przekraczając jednak próg tego domu poddawał się wpływowi Laurenta, swoimi decyzjami zdając się przeczyć swoim własnym poglądom i po prostu przyjmował wszystko, co ten mężczyzna miał mu do zaoferowania.

Nie wzbraniał się przed jego dotykiem i nie cofnął dłoni, gdy został za nią ujęty. Nie stawiał najmniejszego oporu, gdy uniósł ją i zgiął jego palce w pięść. Nie zamierzał przerywać tego rodzaju kontaktu, nawet jeśli ten uścisk stał się zupełnie lekki, kiedy rozprostował jego palce. Pozwalał mu na kreślenie palcem tych linii na wewnętrznej stronie swojej dłoni, odbierane przez niego niczym delikatne muśnięcia. Dłonie stanowiły narzędzie jego pracy, jednak obracanie się w odpowiednich sferach wymagało od niego aby nie podawał komuś dłoni rzemieślnika. O dłoniach Laurenta mógł powiedzieć, że również były dalekie od tego, jakoby ten czarodziej nie skalał się ciężką fizyczną pracą.

— Przepowiesz mi przyszłość z dłoni? — Zapytał łagodnie, z delikatnym uśmiechem. Wiedział, że Laurent nie posiadał żadnego daru jasnowidzenia i sądził, że on nie potrafił w ten sposób wróżyć. Nie oczekiwał prawdziwych wróżb, względem których naprawdę pozostawał stosunkowo sceptyczny. Jeśli się zgodzi to nie przepowie mu nic złego, tylko może uraczy go dobrą wróżbą. Taką, którą chciałby usłyszeć bez obawy o to, że popsuje ona nastrój i że dowie się o tym, że umrze przed końcem tygodnia potykając się o swojego psidwaka.

— Mógłbym przysiąc, że gdzieś o tym słyszałem. Chciałbyś zobaczyć mój dziennik ze wszystkich moich podróży? Nie mówię głównie o tych przeszłych, ale przyszłych. Taką mapę również mógłbym zrobić. — Wydawało mu się to pracochłonne, jednak sporządzenie takiego dziennika byłoby warte poświęcenia tego całego czasu. W towarzystwie też prościej byłoby pokazywać taki opasły dziennik, niż niezliczone albumy ze zdjęciami. Wiedział, że Laurent uwielbia słyszeć o jego podróżach i jemu bardzo chętnie będzie opowiadać o nich wszystkich oraz pokazywać mu wszystkie zdjęcia i każdą przywiezioną pamiątkę.

— Byłoby wspaniale. Wiesz, jak lubię przebywać na łonie natury. —  Jeśli pogoda będzie im sprzyjać to chętnie spędzi tam jak najwięcej czasu, starając się wykorzystać go jak najlepiej. Po tym jak Laurent puścił jego dłoń i musnął opuszkiem kraniec jego nosa, lekko go zmarszczył w zabawny sposób, z półuśmiechem na ustach. Uwielbiał tę atmosferę, to oczekiwanie, czyniące cały akt jeszcze pełniejszym i bardziej satysfakcjonującym. Było to odmienne od wszystkich zawieranych przez niego przygodnych znajomości. Było tego warte.

Nie przeszkadzało mu to, że ich przechadzka odwlekała się nieco w czasie. Wolał być zaczepiany przez Laurenta, niż przez niego poganiany. Poganianie zawsze psuło pozytywną atmosferę. Zarezerwował dla niego cały swój dzień i nie zamierzał się nigdzie śpieszyć.  Zamiast to go denerwować to podtrzymało jego dobre samopoczucie i chętnie dzielił się swoimi drobnymi opowiastkami i żartował razem z nim. Wspólnych wspomnień im nie brakowało i każde z nich uświadamiało go o tym, ile to już czasu trwało. Przed opuszczeniem domu zabrał swoją miotłę, opierając ją na swoim prawym barku. Nie oznaczało to, że zamierzał go opuścić.

Prowadzony przez Laurenta, tak sprawnie wybierającego drogi i przejścia pośród leśnych ostępów, mógł nieco żałować, że nie zabrał ze sobą aparatu fotograficznego. Budzące się do życia New Forest miało naprawdę sporo do zaoferowania mu i to wszystko wymagało uwiecznienia. Następnym razem przybędzie tutaj z aparatem.

Zdrugiej strony... dobrze że go nie zabrał, bowiem mógł skupić się na swobodnym podziwianiu wszystkiego, co pokazywał mu Laurent - włącznie z nim samym. Nie co dzień widział go zachwycającego się pierwszymi pąkami i liśćmi. Laurent posiadał imponującą wiedzę na temat tych wszystkich roślin i magicznych zwierząt, których pokazywał mu miejsca bytowania i niekiedy udało się im dojrzeć jedną z tych istot podczas stawianiu ostrożnie kroków. Zachwycało go to wszystko, tak jak urzekała go pasja, z jaką pokazywał mu kolejny pąk i liść oraz starał się wskazać mu leże magicznych istot.

— Nie posiadam całej Twojej wiedzy odnośnie magicznych stworzeń i prawdopodobnie przez to będę miernym doradcą, ale może powinieneś przestać go namawiać i uparcie wynosić? Nawet jak zachowuje się jak kura — Z pewną dozą ostrożności w głosie wyraził swoje zdanie. Wynikała ona z tego, że naprawdę nie był ekspertem w sprawach magicznych zwierząt i jak często chełpił się tym, że jest najlepszy, tak dotyczyło to tego na czym się znał i sposobu bycia. To musiało mieć głębszy sens i Laurent wiedział, co robił. Podążając za Laurentem sam przeszedł pod tą samą gałęzią. Brak tego piekielnego ogara idącego przy nodze swojego pana bardzo mu odpowiadał.

— Mam nadzieję, że jakieś zobaczymy. Są piękne. — W obserwowaniu ptaków było coś takiego, że można było to robić godzinami i byłby w stanie spędzić tam nawet godzinę. — Uwielbiam obserwować znikacze w przeznaczonym dla nich rezerwacie. Jego istnienie jest związane z niechlubną historią Quidditcha. — Pozwolił sobie na taką wzmiankę odnośnie obserwowania ptaków. W przeszłości znikacze były wykorzystywane podczas rozgrywek Quidditcha jako żywy odpowiednik złotego znicza i często urządzano na niego polowania - kto złapał tego zawrotnie szybkiego ptaszka, ten okrywał się powszechną sławą. Przyczynili się do zmniejszenia populacji tych ptaszków i dlatego nadano im status zagrożonego gatunku. Wspierał regularnie ten rezerwat.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
08.10.2023, 14:43  ✶  

Kiedy otaczała cię wystarczająca ilość rozkoszy człowiek stawał się o wiele bardziej podatny i wrażliwy na to, co się z nim robiło. Był bardziej skłonny do uległości, nawet jeśli normalnie nie okazałby żadnej i mocno obstawał przy swoim. Wszystko było kwestią odpowiedniego ułożenia otoczenia, środowiska. Odpowiednich słów, gestów, czasem lat pracy. Właściwie to wiele nie różniło się to od tego, kiedy chciałeś przekonać do siebie... o, takiego feniksa. Ludzie byli o wiele bardziej skomplikowani, mieli o wiele szersze perspektywy, chcieli widzieć dalej, niż sięgał ich wzrok. Priorytet Laurenta był zawsze prosty - może kochał magiczne stworzenia, ale nigdy nie przełożyłby ich bezpieczeństwa nad bezpieczeństwo kogoś bliskiego. Philip zaś potrafił sam z siebie być tak słodki, czuły i kochany, że to wszystko działało jak w zegarku Szwajcarskim. Laurent chciał przeżywać swoje bajkowe, wycięte z życia chwile, odmienną rzeczywistość, która nie wpasowywała się w ramy społeczne, a Philip chciał swoją ostoję, prywatność i tą słodycz. To było wyjątkowe. Było również wyjątkowo chore.

- Hmm, spójrzmyy... - Przesunął jego dłoń tak, żeby miał na nią wgląd i nieco się nad nią pochylił, niemalże muskając nosem skórę! Przekrzywił głowę w jedną, drugą stronę, uniósł potem spojrzenie z chochlikami weń zaklętymi na Philipa, rozbawiony i uhahany. Fakt, nie był żadnym wróżbitą i nie miał daru, to nie była żadna wielka tajemnica. I nie pomyślał wcale o prawdziwy wróżeniu. Musnął usteczkami jeden, drugi palec Philipa, nie zrywając ich kontaktu wzrokowego. - Przynajmniej dzisiejszy dzień przyniesie panu rozkosz i radość, panie Nott. Tak mi mówią pańskie linie życia. - Bo przynajmniej dzisiaj miał takie na to rokowania... och, a jak się mieli zdziwić za tych parę godzin!

- Z wielką przyjemnością. Mam nadzieję, że jest opatrzony fotografiami z twoich podróży? - W zasadzie nie wiedział, czy mógł powiedzieć o Philipie jako osobie rozkochanej w sztuce, ale był wrażliwym człowiekiem mimo tej... gburowatosci, jaką od siebie dawał i jaką wibrował wszem i wobec. Tak i był uwrażliwiony na piękno. Laurent sam o sobie by nie powiedział, że jest "koneserem". Piękno zaś dla każdego potrafiło być inne, a więc i potrafiło być całkowicie względne. CO ich za to łączyło bezsprzecznie to to, że obaj kochali naturę i jej piękno w każdym calu. Dlatego Laurent był taki zachwycony - nawet nie samą wiosną, a tym, że mógł Philipa zabrać na tę podróż i mu tę wiosnę pokazać, podzielić się nim z nią. Że mógł poczuć się połączony z drugim człowiekiem na wyższym poziomie, które nie ograniczało się tylko do ciała. Bo blondyn zdecydowanie nie zachowywał się tak przed każdym. Ale też nie był taki na co dzień. Czy więc to było kłamstwo? Ha... dobre pytanie. Philip w końcu tak na co dzień też nie funkcjonował i też taki nie był. Tu i teraz było im wygodnie, mogli poczuć coś lepszego, więc i można było stać się lepszą wersją siebie. Może to o to po prostu chodziło? Tylko albo i aż o to.

- Zabrzmiało to bardzo trywialnie, ale to... on się boi. Muszę mu pokazać, że nie ma czego się bać i że ani ja, ani nikt tutaj go nie skrzywdzi. To nie jest dobre dla jego zdrowia, żeby tkwił ciągle w swoim gnieździe i w okolicach swojej półki skalnej. - Wyjaśnił Philipowi ten zabieg ubrany w troszkę zabawne słowa, ale to wcale nie było zabawne. - Myślałem o tym, żeby poszukać jego prawdziwego domu, ale może... może kiedyś. Na razie nie jest do tego ani chętny ani gotowy. - Być może w ogóle narodził się w niewoli, a może stało się coś jeszcze bardziej okropnego. Stworzenia bardzo dobrze wyczuwały intuicyjnie to, co rządziło osobą, z jaką przebywały - szczególnie tak mądre istoty jak feniksy. Laurent nie chciał temu stworzeniu przynosić ze swojej strony obaw i negatywów. - Niestety znam tę historię... cieszę się, że miałeś okazję zobaczyć je w naturalnym środowisku. Sam nigdy żadnego nie widziałem. - Przyznał, bo rzeczywiście były bardzo rzadkimi stworzeniami. I nie miał przyjemności z żadnym znikaczem obcować. - Spójrz.

Duża, stara wierzba, a na jej gałęziach, nad niewielkim jeziorem - memortki. Niebieskie, drobne ptaki, całkowicie nieme, które wznosiły się w powietrze, leciały w dół, to wzlatywały. I całkowicie niemałe zamieszanie z ich strony przy jednej z gałęzi i na jej dole. Laurent aż się zatrzymał i zmarszczył brwi.

- Och nie... - Podszedł do przodu nie przejmując się ptakami, które rozleciały się na boki i przykucnął przy gnieździe, które musiało zostać strącone przez wiatr, a może przez jakiegoś drapieżnika? Dwójka ptaków wyglądała, jakby gotowa była na niego nakrzyczeć za dotykanie ich własności, ale nie miały tej okazji. Laurent spojrzał na wysoką gałąź. Co prawda mógłby zaklęciem transmutacji wyczarować sobie drogę, ale wolał nie naruszać tych terenów bez potrzeby, szczególnie, że czasami z magią różnie bywało, za to... - Philipie, mógłbym pożyczyć na momencik twoją miotłę? Żeby tylko ułożyć im gniazdo. - Nie był fanem mioteł, ale wolał zrobić to sam, bo wiedział jak.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#13
08.10.2023, 18:31  ✶  

Odczuwanemu przez niego rozbawieniu towarzyszyła ciekawość, wynikająca z chęci poznania swojej niedalekiej przyszłości. Dokonywane przez Laurenta oględziny jego dłoni niemalże do złudzenia przypominały te wykonywane przez jakiegoś wróżbitę. Przeczyło jednak temu skupione na nim roześmiane spojrzenie Laurenta i to, że muskał ustami jego palce, nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego. Sam również tego nie robił, spoglądając na niego spod przymkniętych powiek, z wciąż delikatnie zarumienionymi policzkami. Nie pomylił się - Laurent zaoferował mu naprawdę dobrą wróżbę, którą potraktował również jako kolejną złożoną mu obietnicę.

— To naprawdę wspaniała wróżba, lepszej nie mogłem otrzymać od pana, panie Prewett. — Wiedział, że będzie warto czekać na jej spełnienie. Z oczywistych względów nie chciał do siebie myśli o ingerencji losu w ich plany na spędzenie reszty dnia.

— Mogę przynieść go do Ciebie podczas następnej wizyty. Oczywiście, że jest. Inaczej jego prowadzenie mijałoby się z celem. — Zaproponował przywiezienie mu sporządzonego przez niego dziennika swoich podróży. Był to zbiór pokaźnych tomów, pełnych zdjęć z podróży i zamieszczonych przy nimi opisami. Nie wydawał się być koneserem sztuki, bo tę należało odpowiednio pojmować, jednak posiadał kilka dzieł znanych artystów świata czarodziejów. W jego domu rodzinnym było ich naprawdę sporo. Fotografii nie trzeba było w żaden sposób interpretować. Każde wykonane przez niego zdjęcie oddawało dokładnie to, co chciał na nim uchwycić. Piękno natury i drugiego człowieka.

Odczuwany przez Laurenta zachwyt w pełni mu się udzielił i był szczęśliwy, że może towarzyszyć mu w tej przechadzce i spojrzeć na budzące się do życia New Forest jego oczami. Zatrzymać się na dłuższą chwilę w natłoku spraw codziennych, pozwolić na to aby nieubłaganie biegnący naprzód czas znacząco zwolnił i doświadczał z nim czegoś naprawdę wyjątkowego w miejscu, które zasługiwało na miano zacisza. Dla niego to było prawdziwe. Tutaj nie musiał nosić tych wszystkich masek, które pokazywał światu i nie musiał się tak pilnować na każdym kroku.

— Nie zabrzmiało to trywialnie. Został zabrany przez Ciebie z miejsca, w którym nie powinien być nigdy trzymany i ma pełne prawo się bać po tym, co przeszedł. Wiem, że chcesz dla niego dobrze i wiem, że nie masz wobec niego złych zamiarów. Potrzebujecie jedynie czasu. Wiem, że sprostasz temu i będziemy mogli obserwować feniksa latającego nad New Forest. — Podrapał się po pokrytym zarostem policzku, starając się udzielić jak najlepszej i najbardziej neutralnej odpowiedzi, takiej, która nie będzie pozbawiona sensu. Jego czoło przecięła wyraźna zmarszczka, świadcząca o głębokim zastanowieniu się nad tym wszystkim. Postanowił zaoferować mu słowa wsparcia i pokrzepiający uśmiech. Nie wymagało posiadania przez niego specjalistycznej wiedzy odnośnie magicznych stworzeń. Mógłby podzielić się z nim sposobem, jakim posłużył się, gdy przyniósł ze schroniska dla psidwaków do domu swoje dwa psiaki. Jego  zdaniem nie znalazłby on swojego zastosowania w opiece nad trudnym do oswojenia feniksem.

— Jeśli miał swój prawdziwy dom i nie narodził się w niewoli to w odpowiednim dla siebie czasie sam może do niego wrócić. Jeśli nie to New Forest mu go zastąpi. — Podzielił się z nim swoim spostrzeżeniem. Nie byłoby to złe ani smutne pożegnanie, jednak należało zakładać taką ewentualność, że feniks zostanie tutaj na zawsze, co też nie byłoby złe. Feniksy to niezwykłe magiczne stworzenia. Z tego, co o nich czytał to potrafią przenosić ciężkie ładunki a ich łzy mają lecznice właściwości. Pióro jednego z nich zostało wykorzystane w jego różdżce.

— W takim razie powinieneś wybrać się ze mną do tego rezerwatu. — Zaproponował z zachęcającym uśmiechem. Na dźwięk głosu Laurenta zatrzymał się w miejscu i spojrzał na dużą, starą wierzbą oraz na rozciągające się w jej pobliżu jezioro. Powrócił po chwili spojrzeniem do wiekowego drzewa i wyłapywał spojrzeniem przecinające powietrze memortki, urządzające wręcz niezwykły spektakl w przestworzach.

— Niezwykłe. — Przyznał z zachwytem. Od obserwacji ptactwa oderwało go zachowanie Laurenta, znajdującego gniazdo memortków. Najbardziej zaskoczył go tym pytaniem o pożyczenie od niego miotły. Dobrze wiedział, że Laurent za nimi nie przepadał i przez moment się zawahał z tego właśnie względu jednak ostatecznie zsunął z prawego ramienia swoją miotłę i wyciągnął do niego dłoń w której trzymał swojego Nimbusa 1972.

— Możesz. Tylko uważaj na siebie podczas układania im gniazda na gałęzi. — Nie wyzbył się swoich lekkich obaw, jednak dobrze wiedział, że Laurent posiada podstawy z latania na miotle. Stanowiły one obowiązkowy przedmiot na pierwszym roku nauki w Hogwarcie. Nawet on musiał uczestniczyć w tych zajęciach, mimo miał to opanowane.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
08.10.2023, 21:59  ✶  

Zamierzał mu dać obietnicę tej słodyczy, bo zamierzał sam również ją przyjąć w swoje ramiona. To nie był po prostu dar. Nie był to prezent, który nie oczekiwał żadnego zwrotu. To było w końcu transakcją wiązaną. Staraniem z obu stron, chociaż można było sie zastanowić, kto tutaj stawiał najwyżej poprzeczkę wobec siebie samego. Philip miał tę pewność siebie, która pozwalała mu nie wątpić, że ktoś będzie go chciał takim, jakim jest. W absolutnym przeciwieństwie do Laurenta. Tak oto była wróżba, która miała być obietnicą. Przyszłością, która nie miała być takim przypadkiem i niespodzianką, jak podejrzewali, że będzie.

- Dziękuję. - Nie powiedział tego od razu. Przypatrywał się Philipowi, analizując wypowiedziane przez niego słowa i widząc wyraźnie, że bardzo się zastanawia nad nimi. Tak samo jak wiedział, że nie był specjalistą od magicznych stworzeń, szczególnie tych wymagających więcej uwagi niż psidwaki, które można było trzymać w mieszkaniu i ważne było, żeby po prostu mogły się wybiegać i wyszaleć. Tyle. Tym bardziej więc doceniał, bo po prawdzie nie oczekiwał nawet tego, kiedy mu o tym wspominał i opowiadał. Historia tego feniksa była czymś, co ich łączyło, jedną z wielu rzeczy, ale z tego, że Fuego tutaj rezydował nie chwalił się tak samo jak z tego, że potrafił kontaktować się z duchami z Limbo. Z tym, że feniks był jednak mniejszą nieco tajemnicą przez to, że jednak chodził z nim po okolicach, a i on sam czasem się odzywał i gdyby ktoś przeszedł się po lesie czasem nawet mógłby dać się "przesłyszeć' tej specyficznej pieśni. Bardzo specyficznej. Była tak samo ujmująca jak śpiew syreny - jego przynajmniej zdaniem. - Również jestem tego pewien. Nie brakuje mi cierpliwości, nie martw się. Dostanie tyle czasu, ile będzie potrzebował. - Laurent nie miał z początku planu go oswajać, zresztą nigdy w sumie się takowy nie wyrodził. To jakoś... to się działo naturalnie, swoim torem. Oswajali siebie wzajem. To, że Fuego mu ufał, był już pewien. To też była długa praca, ale tak jak powiedział - miał cierpliwość, bo każde stworzenie jej wymagało. Tak samo jak wymagali jej ludzie. Szczególnie ci, którzy zostali skrzywdzeni i musieli na nowo się przekonać do tego, że ten świat wcale nie był taki straszny i nie każdy chciał ci krzywdę poczynić. - Też tak uznałem, dlatego nie będę robił niczego na siłę. Wszystko wymaga czasu i pewnych rzeczy nie powinno się zmuszać do przyśpieszenia. - Niektórym rzeczom należało dać się naturalnie przystosować. Tak jak ranom należało pozwolić się zagoić. Mogłeś traktować je eliksirami i czarami, ale i tak musiały się zagoić naturalnie. Nie dało się ich w jednej chwili zamknąć i udawać, że nigdy nie istniały.

- Z przyjemnością, Philipie. - Pomysł z odwiedzinami jakichkolwiek rezerwatów był na "tak". Do takich miejsc nie wpuszczali ot czarodziei na wycieczki, ale jeśli ktoś posiadał odpowiednią sumę, to jak u Laurenta - można było zobaczyć niektóre zakamarki i nacieszyć się widokami spokojnie żyjących magicznych stworzeń. Istoty tutaj żyło wolno, to nie był w końcu obszar hodowlany i chociaż niektóre z nich były do samego Laurenta przyzwyczajone, ale to nadal były dziko żyjące stworzenia. Odebrał od mężczyzny miotłę z wdzięcznym uśmiechem, w drugiej trzymając gniazdo. - To tylko parę metrów w górę, spokojnie. Nie chcę ryzykować z transmutowaniem, żeby im pomóc. - Bo to wiadomo, czasami mogły podziać się rzeczy zupełnie przypadkowe, nawet jeśli z transmutacji Laurent był dobry. Wsiadł na miotłę i podleciał powoli w górę, żeby ułożyć z uśmiechem gniazdo na swoim miejscu, płosząc przy tym większość ptaków z drzewa - niebieskie, drobne stworzenia rozwinęły skrzydła i wzbiły się do lotu. Laurent wręcz się roześmiał, wpatrując roziskrzonymi oczyma na ich lot. Były piękne. Mógłby tak...

Miotła szarpnęła i Laurent odruchowo ze zdziwieniem złapał się jej, przyznaję - nieco wystraszony. Jednak te 3 metry do ziemi były.

- Philipie, czy... - Nie dokończył, bo miotła jak opętana szarpnęła znowu, a Laurent się wręcz pochylił, żeby się jej objąć. - To nie... jaaaaa! - Tak, miało to zostać powiedziane normalnie, ale Laurent automatycznie krzyknął, zamykając oczy, kiedy miotła wyrwała się w górę, w niebo, błyskawicznie nabierając na wysokości. Blondyn, prawie jak ten leniwiec czy inna koala trzymał się patyka, jakby od tego zależało jego życie. I nie zgadniecie - zaczęło zależeć. - Phiiliiiiip! - Co miał krzyczeć! To była jego miotła! I nią tutaj doleciał, i wszystko było okej!



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#15
08.10.2023, 23:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2023, 23:48 przez Philip Nott.)  

Takie zaangażowanie się przez niego stanowiło w jego przypadku prawdziwy ewenement w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Posiadana przez niego pewność siebie odgrywała istotną rolę w realiach z drugim człowiekiem, jednak dotąd nie stworzył z kimś stałego związku. Nie przeszkadzało mu to, że Laurentowi brakuje pewności siebie i jest jego przeciwieństwem, co nie umniejszało jego wyjątkowości. Nie znał nikogo innego, kto potrafił być pijany wiosną i tak mu o tym wszystkim opowiadać. Stanowiło to tylko jeden z doskonałych przykładów.

— Miło mi to słyszeć. — Zapewnił go z delikatnym uśmiechem. Starał się podejść do tego tak odpowiednio jak to tylko możliwe, chcąc przekazać swoje wsparcie temu mężczyźnie i docenienie jego starań okazało się naprawdę miłe. Gdyby Laurent potrzebował specjalistycznej porady w sprawie problemów z feniksem to skorzystałby z możliwości zaczerpnięcia informacji od magizoologów z państw, w których feniksy występują w naturalnym środowisku.

— Feniks nie mógł trafić w lepsze ręce. — Philip nie  spotkał dotąd wielu magizoologów, jednak każdy pobyt w tym miejscu uświadamiał go, że Laurent jest prawdziwym specjalistą w swojej dziedzinie. W końcu potrafił oswoić i wytresować takiego ogara, jakim jest Duma. Hodowane przez niego Abraksany prezentowały się doskonale i pozostawały w dobrej kondycji. O nic tak naprawdę nie musiał się martwić. New Forest stanowiło idealną ostoję dla wszystkich magicznych stworzeń, które zostały okrutnie potraktowane przez innych ludzi albo doświadczone przez los.

— Będziesz informować mnie o poczynionych przez Was postępach? Chciałbym zobaczyć z bliska feniksa, może nawet dotknąć jego upierzenia. Dałbyś mi jego pióro, jeśli jakieś uroniłby? — Wyrażając zainteresowanie podejmowanymi przez Laurenta staraniami o dobrobyt tego mistycznego ptaka, chciałby być informowany na bieżąco o ich postępach. Zdecydowanie chciał coś takiego zrobić, gdyby nadarzyła się ku temu taka możliwość. Niewiele osób na świecie mogło doświadczyć czegoś takiego i na coś takiego warto byłoby czekać miesiące albo nawet lata. Przywiązałby sobie je do miotły albo ogólnie zachowałby na pamiątkę.

— Spodoba Ci się. — Zapewnił. Pieniądze otwierały wiele drzwi, a skoro przekazywał hojne dotacje na kolejny rezerwat, to mógł w zamian poprosić o tego rodzaju wdzięczność. Chciał tylko obserwować znikacze i nie zamierzał na nie polować w ramach chorej rozrywki.

— Wiesz jak się lata na miotle, miałeś w Hogwarcie lekcje latania. Słusznie. — Starał się wierzyć w zapewnienia Laurenta, w oparciu o posiadane przez niego podstawowe umiejętności w zakresie latania na miotle i to, że to było zaledwie uniesienie się w górę, a nie podobne wyczyny, których on się dopuszczał podczas meczów czy treningów. Obserwował jak wsiada na należącą do niego miotłę i podlatuje w górę układając to gniazdo na swoim miejscu.

O tym, że coś zaczęło być nie tak, przekonał się, jak miotła szarpnęła niczym narowisty koń. Chwycenie się jej było słuszne. Upadek z trzech metrów nie należałby do przyjemnych. Zaniepokoiło go to, zwłaszcza że miotła szarpnęła ponownie a sam Laurent się pochylił dla pewnego uchwytu.

— To Ty panujesz nad miotłą, a nie ona nad Tobą! — Zawołał do niego z ziemi. Z tego miejsca to wyglądało jakby Laurent po prostu poczuł się wyjątkowo niepewnie te trzy metry nad ziemią i miotła zdawała się to wyczuwać. Nie za bardzo rozumiał to zjawisko, jednak to się zdarzało. Jego sugestia na wiele się zdała, ponieważ Laurent już całkiem stracił kontrolę nad miotłą i krzycząc wznosił się jeszcze wyżej w powietrze. Przez wzgląd na to, że oddał mu swoją miotłę, nie mógł po niego polecieć i dlatego sięgnął po swoją różdżkę, starając się wycelować w rozbrykaną miotłę z zamiarem zatrzymania miotły w powietrzu i jak najbardziej bezpiecznego sprowadzenia jej na dół.


Rzucam 2k100 na translokację - zatrzymanie miotły i sprowadzenie jej na dół
Rzut O 1d100 - 73
Sukces!

Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
09.10.2023, 11:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 11:26 przez Laurent Prewett.)  

Zgadza się, po profesjonalne porady już wręcz sięgnął, bo Laurent nie miał w zwyczaju udawania, że jest największym mędrcem tego świata i że skoro z książek nauczył się trochę teorii to teraz sobie ze wszystkim poradzi. Nie. Kontaktował się z czarodziejami zza granicy, żeby chociażby znaleźć dom Fuego, a kiedy stało się jasne, że ten nie zamierza się nigdzie wybierać i już się usadowił na grzędzie to pozostawało mu proszenie o wsparcie merytoryczne - ze wszystkimi wskazówkami, które mógłby pominąć, albo których nie podawał podręcznik. Ciężko raczej o książkę, która powie ci: ze straumatyzowanym feniksem postępuj TAK. No nie, tego nie uczyli w szkole i nie uczyli tego w książkach, chociaż Laurent starał się ciągle poszerzać swoją wiedzę i jak najbardziej interesować wszystkimi stworzeniami, jakie miał pod swoją pieczą, to naturalnie nie dało się wiedzieć wszystkiego. Zawsze było miejsce do uzupełnienia luki. Czasem ta luka nie potrzebowała mądrości w postaci wiedzy. Czasem potrzebowała zapewnienia, że sobie z tym poradzisz.

- Oczywiście, chciałem cię zabrać dzisiaj do niego, ale najwyraźniej nie ma ochoty wychodzić. - Pewnie jak kot - zadowolony, że on widział ich, a oni nie widzieli jego. Albo akurat gdzieś poleciał, bo potrafił się kręcić po "swoich" okolicach. Tak czy siak ze spotkaniem raczej nie było problemu, z piórem... - Hm... To dość mocna prośba... - Zawahał się nieco. Pióra feniksa były bardzo cenne i nie były takie łatwe do dostania. Poświęcał je Ollivanderom chociażby, w końcu stanowiły one serce różdżek, a i tych piór nie wypadało nie wiadomo ile z ogonów czy skrzydeł. Lepiej, żeby nie wypadały wcale. - Przemyślę to, jeśli jakieś złoży w moje ręce. - Obiecał. Może to byłby dobry pomysł na prezent dla Philipa na urodziny? Poważnie zamierzał tę prośbę rozważyć, bo akurat Philipa nie posądzał o to, że miałby się brać za jakieś tajemnicze eliksiry czy robienie nowej różdżki, podejrzewał, że to mają być wyłącznie cele ozdobne.

Nie raz i nie dwa młody koń czy abraksan poniósł go na swoim grzebiecie. Różnica polegała na tym, że nad nimi wiedział, jak zapanować, jak sobie poradzić. Z tym, co się działo tutaj - nie wiedział. Miotła nie była żywym stworzeniem, które mógłby wyczuć i nie wiedział, czy to jest moment, który trzeba przeczekać i co się w ogóle dzieje. A lot w nieznane wcale nie brzmiał jak coś, czego chciałby doświadczyć w swoim życiu. Szczególnie mając przed oczami wizję, jak spada. Krzyk za Philipem był pierwszym odruchem, bo to w końcu jego miotła! Jego, do cholery! Pobierał nauki w Hogwarcie, oczywiście! Nie lubił ich, wolał nie, ale nie znaczy, że był wielce na "nie" z miotłami i że nie potrafił przelecieć nią kawałek, czy po prostu... unieść się. Walczenie jednak z miotłą, która oszalała? Oj nie. Nieee, zdecydowanie nie!

- No właśnie nie! - Odkrzyknął, choć widzenie siebie stało się trudne, kiedy miotła wystrzeliła spomiędzy gałęzi, które pochłostały go w skórę. Sparaliżował go strach w pierwszym momencie, kiedy miotła błyskawicznie nabrała na wysokości i skierowała się w stronę najbliższej mugolskiej wioski, by lecieć wzdłuż wybrzeża - ale tego też dokładnie Laurent nie dojrzał, bo zamknął powieki na tych parę sekund, kiedy wysokość była nabierana i skupił tylko na tym, żeby się na tej miotle utrzymać i z niej nie spaść. A to nie tak, że miał wiele sił, żeby z tym walczyć, bo starał się mimo wszystko nadal to robić - zmusić tę cholerną latawice do posłuszeństwa! Nie chciała... albo! Zatrzymała się. Drżała, miotała się w miejscu, ale przynajmniej się zatrzymała. Laurent powoli się uniósł, starając się wyczuć to, co się dzieje... Ewidentnie chciała lecieć dalej. Spojrzał w dół, widział między gałęziami Philipa z różdżką. Wyciągnął ostrożnie i z drżącą ręką swoją, żeby nadać swojemu ciału lekkości piórka. - Philipie... czy ci się to podoba czy nie... łap mnie! - Czy Laurenta można było podejrzewać o takie szaleństwa? Nie, raczej niekoniecznie. Ale nie dał czasu Philipowi do zastanowienia, stresowania siebie i jego - zsunął się z miotły. Nie leciał jednak z zawrotną prędkością, bo jego ciało teraz nie ważyło tyle, ile powinno. Tak jakby wcześniej ważyło odpowiednią ilość...

Poleciał w dół.


Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#17
09.10.2023, 22:33  ✶  

— Może następnym razem się uda. To coś, na co warto czekać miesiące albo nawet lata. — Po tym ich spotkaniu będą kolejne i z pewnością nie będzie brakować mu okazji ku temu. — Zdaję sobie sprawę z tego. Pióra feniksa stanowią doskonały materiał na rdzenie różdżek. Zachowałbym je na pamiątkę, gdybyś zechciał mi jedno oddać. Doceniam to, że postanowiłeś to przemyśleć. — Proszenie o należące do feniksa pióro naprawdę mogło stanowić ogromną prośbę, wobec czego rozumiał wahanie się ze strony Laurenta. Pióra feniksa nie były czymś, co można było zakupić w każdym sklepie z ingrediencjami do eliksirów. Nie zamierzał naciskać o to, aby Laurent koniecznie wydał mu to jedno pióro, doceniając to, że zgodził się to przemyśleć. Ktoś inny na jego miejscu z pewnością zgodziłby się na to od razu, podając mu swoją cenę za jedno pióro tego niezwykłego ptaka. Pieniądze nie stanowiły dla niego problemu, jednak wartość niektórych przedmiotów nie powinno się wyceniać w galeonach.

Krzyczenie na miotłę ani do niego na nic by się nie zdało. Nie posiadał przy sobie drugiej miotły i nie był w stanie go inaczej uratować, niż sięgając po magię. To była sytuacja, która dotąd mu się nie zdarzyła i prawdopodobnie będzie musiał oddać swojego Nimbusa 1972 do sprawdzenia, z drugiej strony - on przyleciał tutaj bez najmniejszego problemu. Nie uważał aby była to wina samego Laurenta.

Przyzwolenie na tego rodzaju ekscesy ze strony miotły nie wchodziło w grę, zwłaszcza, że ta chciała pomknąć w nieznane wraz Laurentem. Oczami wyobraźni widział to, czego nie chciałby nigdy zobaczyć - spadającego z narowistej miotły Laurenta. Będzie musiał sam wsiąść na tę miotłę i zobaczyć jak ona będzie zachowywać się przy nim. Jeśli nadal podobnie to doszło do poważnej awarii. Zatrzymała się, przestała mknąć choć nadal nie zastygła w bezruchu. Pozostawało mu ściągnąć nieposłuszną miotłę do siebie. Zanim to zrobił, usłyszał dobiegający z wysoka głos Laurenta. Zamarł na moment w niedowierzaniu, jeśli nie szoku. Czuł, że odpływa mu krew z twarzy. To było szaleństwo. Potem musiał działać, wbrew swojemu stanowisku w tej sprawie. Nie rób tego. Schował pośpiesznie różdżkę i wyciągnął przed siebie zgięte w łokciach ręce, starając się do tego przygotować. Chciał go złapać. Lekkomyślność wypomni mu potem, o ile Laurent bezpiecznie wyląduje.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
10.10.2023, 09:43  ✶  

To nie był przerażająco szybki lot. Nie był gwałtowny. Laurent otworzył oczy, gdy leciał plecami w dół, a piękno nieba nad nim rozjaśniło jego oczy tysiącem diamentów. Tęczą i promieniami słońca, które skrzyły się w lazurowo-błękitnych falach. Piękne. Stres osiadł gdzieś na dnie brzucha i zmieszał się z fascynacją tego doznania, którym był lot sam w sobie. Czy raczej - opadanie. Kiedy twoje ciało było tak lekkie, że chyba mocniejszy wiatr byłby w stanie zmienić obrany kurs, kiedy wydawało się, że możesz zostać chmurką przyklejoną do tego błękitu nad głowami społeczeństwa, żeby stać się z nią jednością. Śmierć nie była tutaj bliska, nie była objawiona. W ogóle nie istniała. Od tego chyba można się było uzależnić. Głębokiego doznania wolności, w którym najwyższym ogranicznikiem była wiecznie działająca grawitacja. Lecz tę, z odrobiną magii, również przecież dałoby się zmienić. Teraz nie było takiej potrzeby. Oderwał oczy od nieba i obrócił głowę w dół, ku Philipowi...

Którego wyciągnięte ramiona złapały go bez najmniejszego problemu, nawet się przy tym zanadto nieuginając przy tym niewielkim ciężarze, jakim się stał. Laurent miał szeroko otworzone oczy i mocno walące serce, które pompowało adrenalinę przez jego krwioobieg. Wpatrzony w Philipa pomyślał o tym, że jego oczy podobne były do tego, co widział w locie - do nieba. Choć, na całe szczęście, nie sprawiały, żeby umierał ze strachu, czy coś takiego szalonego się w ogóle uda. A wściekła, oszalała miotła, zaczęła znowu się rwać, tym razem nad ich głowami, próbując uparcie polecieć tam, gdzie sobie wymyśliła i upatrzyła. Kto wie? Może ten lot wcale nie był przeznaczony dla Laurenta, a właśnie dla Philipa, żeby zrobić mu krzywdę? Klątwa, która zaczęła działać późno, żeby Philip zupełnie stracił czujność, zaufał nowemu nabytkowi? A może to zwykły przypadek i Laurent miał po prostu pecha. Och, to ostatnie na pewno. Niewłaściwy czas, niewłaściwe miejsce. Chociaż dzięki temu ktoś mógł zabawić się w prawdziwego bohatera ze wzorcowej, książkowej opowieści.

- Nie puszczaj mnie przez chwilę, bo chyba nie ustoję. - Uśmiechnął się trochę niemrawo do Philipa, obejmując go jednym ramieniem, bo w drugiej dłoni ciągle kurczowo trzymał różdżkę, gdyby musiał się ratować na inne sposoby. Spojrzał w górę, na tę nieposłuszną i wariującą miotłę, zanim w końcu zdecydował się stanąć, pochylając do przodu, żeby odetchnąć. Dotknął różdżką swojego ramienia, żeby wrócić do normalnego stanu swojego ciała, bo chociaż było to naprawdę uczucie, do którego aż chciałoby się przyzwyczaić - ta lekkość - to raczej nie była zdrowa i narażała na jeszcze większe kłopoty, niż już w nie potrafił wpadać. Zupełnie jakby świat się na Laurenta uwziął i starał się mu udowodnić, że na nic mu jego dobre serce, kiedy wszystko będzie pod górkę.

- Mam nadzieję... uf... - Postał jeszcze chwilę na ugiętych nogach, podpierając się o kolana, kiedy adrenalina z niego schodziła i pozostawiała charakterystyczne zmęczenie i słabość. Teraz już uśmiechał się szeroko, z ulgą, która ogarnęła jego serce i umysł, że był tutaj, a nie tam, na tej szalejącej miotle trzymanej tylko zaklęciem Philipa. Na szczęście bardzo udanym zaklęciem, które zadziałało idealnie w czas. Bo kawałek dalej byłby już problem z jakimkolwiek ratowaniem się przy pędzie, jaki ta miotła mogła osiągnąć. - ... że nigdy więcej nie wsiądę na miotłę. - Nie było to śmieszne w zasadzie, bo było cholernie niebezpieczne, ale kiedy stres i nerwy schodziły, człowiekowi robiło się wtedy lekko na duszy, nie na ciele. - Dziękuję... bardzo ci dziękuję. - Za pomoc. Ale w zasadzie to była jego miotła. Więc..? Podszedł do mężczyzny i przytulił go. - Nie wiem, czy chcesz szarpać się z tą miotłą, ale jeśli nie masz nic przeciwko to wystarczy mi chyba wrażeń w tym lesie. - Zdecydowanie teraz przydałoby się usiąść, zjeść przygotowany przez Migotka obiad i potem... och, potem się zobaczy.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#19
10.10.2023, 18:35  ✶  

Cała ta sytuacja poważnie go zaniepokoiła i odczuwane przez niego zaniepokojenie przerodziło się w silny strach, zwłaszcza przez to że miał złapać Laurenta. Tym, co go przerażało, były konsekwencje gdyby nie udało mu się tego dokonać. Nie było takie irracjonalne, jakby mogłoby się wydawać. Ostatecznie jego wszystkie obawy okazały się bezpodstawne. Młodszy mężczyzna bezpiecznie wylądował w jego ramionach, nie robiąc przy sobie najmniejszej krzywdy. Spoglądał na Laurenta z powagą, zmartwieniem, wciąż będąc bledszym niż zwykle. Na doświadczenie poczucia ulgi przyjdzie jeszcze właściwy moment. Tak samo jak na wyrażenie zadowolenia że ostatecznie Laurentowi nic się nie stało. Nie oznaczało to, że nie zasługiwał on na reprymendę za ten skok. Pozostanie na tej miotle mogłoby skończyć się bardzo źle, tak samo jak zeskoczenie z niej. Philip nie zamierzał pozwolić tej miotle odlecieć w nieznane. Jeśli to będzie miało miejsce to nigdy nie pozna przyczyny tego całego zajścia, a bardzo chciał ją poznać.

— Domyślam się, że masz nogi niczym z waty. — Stwierdził postanawiając spełnić jego prośbę. Ostatecznie wypuścił go ze swoich objęć, pozwalając mu stanąć na ziemi. — Gdybym przewidział, że dojdzie do tego, to nie pozwoliłbym Ci wsiąść na tę miotłę. Coś Ty sobie myślał skacząc z niej?! — Wyrzucił z siebie, dając w ten sposób upust wszystkim odczuwanym przez siebie emocjom. Starał się uśmiechnąć, jednak kąciki jego ust nie chciały unieść się w górę. To nawet dla niego było za dużo, a należało wspomnieć, że tego typu akrobacje stanowiły dla niego chleb powszedni. Większość osób zareagowałoby w podobny sposób, co on. Ta miotła należała do niego i przez wzgląd na bliską znajomość z Laurentem nie mógł machnąć na to ręką i pozostawić sprawy swojemu biegowi, argumentując to w ten sposób, że nie kazał mu na nią wsiadać i nawet proponował mu, że zrobi to za niego.

— Zrobiłem co do mnie należało. Nie chciałem aby Ci się coś stało, co miałoby miejsce, gdyby ta miotła poniosła Cię daleko. — Po udzieleniu Laurentowi krótkiej reprymendy, tych podziękowaniach z jego strony i zostaniu przez niego przytulonym złagodniał i otoczył ramionami tego mężczyznę, nie zamierzając się na razie wymykać z jego objęć. — Zamierzam spróbować ją ściągnąć do siebie i jak tylko to zrobię to opuścimy ten las. — Odparł na słowa Laurenta z cichym westchnięciem. Jeśli ten mężczyzna wypuścił go ze swoich objęć to postanowił dobyć znów różdżki i wycelował ją w stronę swojej miotły, rzucając jedno z użytych wcześniej zaklęć. Jeśli mu się to nie uda, to ona w końcu uwolni się spod mocy jego poprzedniego zaklęcia i pomknie w siną dal, przez co nigdy jej nie znajdzie i będzie musiał zakupić nowego Nimbusa 1972. Podczas tej długiej przechadzki, również pod wpływem świeżego powietrza zdążył nieco zgłodnieć i gdyby został zaproszony na obiad to zdecydowanie by nie odmówił. Nie zamierzał się jednak wpraszać na siłę, bo nie o to w tym chodziło.


Rzucam 2k100 na translokację - sprowadzenie miotły na dół
Rzut O 1d100 - 53
Slaby sukces...

Rzut O 1d100 - 9
Akcja nieudana
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#20
10.10.2023, 20:53  ✶  

Pokiwał głową, kiedy Philip powiedział o nogach z waty. Tak było. Dopiero teraz zaczął wyczuwać, że od nadmiaru adrenaliny drżały mu lekko dłonie i choć ta chwila opadania była tak niezwykła, piękna w swojej istocie to nie potrafiłby powiedzieć, że chciałby to powtórzyć. Nie był wielbicielem skoków adrenaliny. Nie był tym bardziej wielbicielem skoków z wysokości, które mogłyby grozić śmiercią.

- Wiem, wiem, przepraszam... - Przymilił się trochę, uśmiechając przepraszająco, ale i słabo od tych emocji, jakie spływały po nim kropla po kropli. - Gdyby odleciała wyżej, albo poleciała dalej, zrobiłoby się bardziej niebezpiecznie. Użyłem czaru, nic wielkiego by mi się nie stało. Naprawdę. - Nawet jakby go nie złapał Philip to miał w pogotowiu różdżkę i gotów był się jeszcze dodatkowo wspomóc, żeby nie uderzyć w ziemię. - Poza tym... nie było możliwości, żebyś mnie nie złapał. - Przymknął oczy w ciepłym, wdzięcznym uśmiechu. Oczywiście, że Philip by mu nie dał miotły, gdyby coś takiego przewidział, tak samo Laurent by nie wsiadł na nią, gdyby wiedział, że tak się stanie. Ach, bo problemem pewnie było to, że to on wróżył z dłoni Philipa, a to tak naprawdę Philip powinien powróżyć z dłoni Laurenta! Widział, że jest rozeźlony, ale wiedział też, że w nim również zadziałał po prostu strach. O niego. Że się wystraszył, że ta złość była dyktowana zmartwieniem, bo to naprawdę mogło się skończyć bardzo źle - cała ta szalona miotła.

Puścił w końcu Philipa i sam spojrzał, jak mężczyzna się z nią zmaga. Chwilę to trwało, bo nieposłuszna miotła rwała się i rwała, ale zostawianie jej samopas też nie brzmiało jak dobre rozwiązanie. Mogła się pojawić wszędzie, mogła narobić szkód, mogła nawet zrobić krzywdę zwierzętom, nie wpominając o mugolach, gdyby dotarła do najbliższej wioski. W końcu się udało i miotła zeszła do swojego właściciela.

- Może to tobie ktoś chciał zrobić krzywdę..? - Zasugerował Laurent, patrząc na Philipa ze zmartwieniem. Na pewno nie celowało to w Laurenta, nie miałoby to sensu. - Mogła zostać nałożona klątwa, która uaktywniła się z czasem. Nie powinieneś tego ignorować. - Laurent sam przyjrzał się miotełce, ale nie widział bezpośrednich oznak czarnej magii. Ta jednak potrafiła być ukryta, szczególnie jeśli to był jakiś paskudny rytuał. Albo to zwykły "prank", zabawa. Ludzie niestety czasami nie rozróżniali żartów od niebezpiecznych sytuacji.

Zabezpieczyli miotłę, żeby ta nie wariowała, bo już pozostawała niespokojna cały czas i... cóż, mieli cały ten czas dla siebie.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (6178), Philip Nott (5431)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa