Ale nie roztrząsałem tego jakoś zanadto, gdyż zaraz uśmiechnąłem się usatysfakcjonowany, kiedy ciocia Brenna obroniła mojej obiadowej prawdy - Alice zostaje z nami. Co prawda żartowała o tym wtorki, ale też nie pogardziłbym, gdybym miał Alice u siebie w domu, tak na wyciągnięcie ręki. Zdecydowanie to ułatwiłoby nam wakacyjne planowanie, a też trzeba było zrobić przegląd roślin w domu. Nie mogłem się doczekać aż znowu je wszystkie zobaczę. Może powinienem wszystkich pospieszyć, żeby szybciej się znaleźć na miejscu? Ale najwyraźniej dobrze im się rozmawiało na stacji, wśród tego gwaru.
Aby mogliśmy nie wspominać kunsztu kulinarnego wujka Erika. Skrzywiłem się na to, ale nic nie powiedziałem. Po prostu przed sobą miałem widok spalonej kaszy i ten paskudny swąd. Ugh. Nie sądziłem, że można było być w kuchni tak beznadziejnym. Jednakże wierzyłem, że zawsze można było znaleźć sposób na to by ochronić świat przed gotowaniem tego konkretnego Longbottoma.
Podobnie jak nie widziały mi się dyskusje o jakimkolwiek zamążpójściu cioci Brenny, jak i kolejnych etapach - jak to ujął wuj Erik. Wydawało się być paskudnie-paskudne takie śluby, dzieci i kto wie, co jeszcze. Ciocia Brenna była ciocią Brenną i tak jej było najlepiej. Może jednak trzeba było ich pospieszyć, więc ucieszyłem się, że padło hasło o Błędnym Rycerzu.
- O nie! Żadnych podróży na Pokątną! Roślinki są i tak straumatyzowane. Nie ma co im dokładać więcej niż to potrzebne - stwierdziłem stanowczo, łapiąc za wózek i też tak kontrolnie sprawdzając, jak się mają moje towarzyszki. Pociągnąłem wózek, dając znać, że idziemy stąd natychmiast. - A ty ciociu opowiadaj... Jakiego dalekiego krewnego? I naprawdę przygotowała pieczeń z sosem i ziemniaczkami? - zapytałem z nieskrywaną ciekawością i apetytem wilka. Jak pomyślałem o tej pieczeni, to aż mi ślinka niemalże wyciekała. Głupio trochę, ale chętnie zjem. Nawet z dokładką. Albo dwiema!
Przemknąłem spojrzeniem wokół, upewniając się, że Alice z nami idzie. Kto wie? Może znowu wylądowała na podłodze.