To nie był łatwy czas. Mimo wiosny, która pokazywała swoje piękno z każdej strony, a stokrotki i róże w jeden rytm obracały swoje buzie ku słońcu, mimo ćwierkania ptaków i ciepła, jakie spływało na policzki - mimo tego wszystkiego ciemność zasnuwała błękit nieba i biel sunących nań chmur. Czas Ciemności, jak to niektórzy nazywali, objął w posiadanie serca ludzkie. Uśmiechy się zmieniały, wypaczały, obarczone wylewanymi łzami. Świat płakał, człowiek płakał, płakały matki, synowie i narzeczeństwa za sobą wzajem. Przez trwogę, jaka zalała świat. Przez niesprawiedliwość i terror, jaki położył się nań swoją płachtą. Nawet w tym szaleństwie i trwodze istniały jednak takie punkty, w których to wszystkie mogło być naprawdę odległe. Drugi koniec świata - tu po prostu nic złego nie może się stać.
New Forest leżało na samym południu Anglii, nad kanałem La Manche. Zawsze było tutaj chłodniej niż w centrum kraju, a na pewno chłodniej niż w miastach takich jak Londyn. Przez morskie powietrze. Nieskończone widmo błękitu odbijającego światło dnia migotało dziś radośnie. Morze. To, nad którym rósł magiczny, dziki w większości las, rezerwat dla magicznych stworzeń i gdzie stał dom Laurenta Prewetta - mężczyzny, w którego tęczówkach był zaklęty fragment tego morza. Lazur i błękit dotykany promieniami słońca, który zdawał się wręcz falować poddając wątpliwość, czy czarodziej w ogóle mógł takie oczy posiadać. Słusznej wątpliwości - bo przecież płynęła w nim krew syreny i to właśnie oczy takowej spoglądały na ten świat. Zieleń, ta jasna, ta soczysta, dopiero wolno przechodząca w ciemniejsze odcienie, bujała się od podmuchów napełnionego jodem powietrza. Pogoda sprzyjała. Zachęcała do tego, żeby odetchnąć, zaczerpnąć powietrza, pozwolić płucom przeżyć ich drugą młodość. Z publicznej siecii fiuu było niewiele kroków do stajni abraksanów i kompleksu jasnych budynków nieco na włoską modłę, ale o wiele więcej do oddalonego domostwa zawieszonego już przy samej plaży, a raczej - kawałek nad nią, by wydmy skutecznie oddzielały morze od domu w chwilach, gdy Matka Woda przestawała być tak łagodna i powstawała z kolan, by ukazać światu bezmiar swego gniewu. Kilka bajecznych abraksanów o potężnych skrzydłach stało nieopodal stajni przy czarnoskórym mężczyźnie, który przesuwał szczotką po ich futrze mieniącym się barwami od śnieżnej bieli poprzez perłowe odcienie aż nawet do nieco ciemniejszego koloru kawy z mlekiem. Jeden z abraksanów bardziej przeszkadzał, niż chciał być czesany, łapiąc co chwilę zębami mężczyznę za słomiany kapelusz. Brukowany dziedziniec kompleksu budynków i stajni posiadał wystarczająco miejsca, żeby móc podjechać (lub podlecieć) tutaj nawet i większym wozem. Sam las, do którego budynki były niemal przytulone i kryły się w jego cieniu, przynosił w pierwszej chwili zapach sosen - sosnowy zagajnik poprzecinany był innymi roślinami, ale ten mocny zapach wyprzedzał je wszystkie.
Spokój.
Cisza i spokój osiadały na skórze, wygłuszając i pozwalając zapomnieć o całym zgiełku ulicy Pokątnej, zamieszaniu Alei Horyzontalnej i smrodzie Nokturnu.
Poranek sprawiał, że nie było tutaj jeszcze gości, a i tylko jedna osoba kręciła się w wielkim stajennym budynku - i tak wewnętrznie magicznie powiększonym. Abraksany były istotami o wiele większymi od zwykłych koni. Tak i o wiele większy od przeciętnego psa był jarczuk, który właśnie pędził po zielonej trawie i skakał do żółtego motyla uderzającego nierównomiernie w powietrzu swymi skrzydłami. Wielkie szczęki psa kłapały w powietrzu, ale nie po to, żeby motyla złapać - dla samej zabawy polowania. Zębiska zaciskały się więc w powietrzu i łapały jedno wielkie nic tylko po to, żeby znów wybić się z umięśnionych nóg i próbować go złapać w innym miejscu. Parę metrów za nim szedł spokojnym krokiem właściciel tego miejsca - Laurent. Odziany w biało-granatową koszulę niedopiętą do końca i granatowe spodnie, jasnych prawie jak platyna blond włosach, łagodnie uśmiechnięty, wyprostowany. Spoglądający na swoją pociechę z czułością, żeby zaraz od niej odbić spojrzeniem w kierunku sieci fiuu. Czekając na kogoś. Spodziewając się kogoś. Potrząsnął dłonią, żeby spojrzeć na zegarek na nadgarstku, żeby sprawdzić godzinę. I ledwo to zrobił, a usłyszał specyficzny szmer płomieni sprawiający, że podniósł swoją głowę. Przystanął i z uśmiechem czekał, aż kobieta podejdzie, by przywitać ją z pełną kurtuazją.
- Dzień dobry, Olivio. - Miał spokojny, ciepły głos - takie samo było jego spojrzenie na ognistowłosą piękność, która zawitała w jego włościach. - Bardzo się cieszę, że cię widzę. Mam nadzieję, że moja prośba nie wyrwała cię przedwcześnie ze snu?