Spuścił nos na kwintę, wbijając spojrzenie w horyzont, skupiając się na poprawnym prowadzeniu łodzi. Wolał dodatkowo nie prowokować Nory.
— Miło, że w przeciwieństwie do mojej rodziny uważasz, że potrafiłbym uwarzyć tak skomplikowany eliksir w domowej kuchni — sarknął z rozbawieniem. — I czemu ślepego? Jesteś bardzo ładna. — Otaksował ją wzrokiem od stóp do głów. — Naprawdę niczego ci nie brakuje. A jasnowidzem nie jestem... Po prostu chce wierzyć w szczęśliwe zakończenia.
W obecnych czasach było to jak proszenie się o kłopoty. Może wynikało to z przekonania, że był w stu procentach po tej „właściwej” stronie konfliktu, ale nie potrafił powstrzymać się przed fantazjowaniem o tym, że wszyscy faktycznie dotrwają do końca tej wojenki z siłami Czarnego Pana. Jedno wiedział na pewno: nikt z jego bliskich, tak jak i nikt z Zakonu nie zasługiwał na to, aby przedwcześnie odebrać mu szansę na szczęśliwe życie.
— Czasami mam przez to wrażenie, że znowu jestem w szkolnym dormitorium — przyznał z lekkim wahaniem. — Wszyscy są blisko, pod ręką. Dom jest pełny życia o każdej porze dnia i nocy. Niemalże mi przykro na myśl, że kiedy to wszystko się uspokoi, to znowu zrobi się cicho. — Westchnął cicho. — Ale jeśli taka ma być cena bezpieczeństwa, to niech tak będzie.
Samotność była jedną z gorszych rzeczy, jakie potrafił sobie wyobrazić Erik. Nie był to strach, coś, czego chciał za wszelką cenę uniknąć, a raczej podsycany wątpliwościami niepokój. Po ugryzieniu przez wilkołaka sądził, że jego życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. Że ludzie się od niego odwrócą, gdy poznają prawdę. Uznają za potwora. A jednak wielu pozostało u jego boku, a później spotkał równie dużo osób, które nie miały nic przeciwko... Lub po prostu zgrabnie ignorowały ten fakt w rozmowach.
To sprawiło, że pozwolił sobie polegać na określonych ludziach. Wiedział, że może im zaufać i zawsze będą w pobliżu. W obliczu prześladowań przez Śmierciożerców niektórzy znaleźli się jeszcze bliżej niego. Jak chociażby Thomas, czy Charles-Jules, który co prawda był od nich sporo młodszy, ale był traktowany obecnie jak przyszywany krewniak. Nie chciał myśleć o tym, co się stanie, gdy być może wszyscy w pewnym momencie udadzą się w swoją stronę.
— Teoretycznie. — Pokręcił głową, odsuwając od siebie falę nieprzyjemnych myśli. Mieli dzisiaj skupić się na pozytywach, a nie zamartwiać. — Dziadek Godryk w swojej przezorności mógł namówić rodziców, żeby ustawili nam jakieś dzienne limity wypłat z rodowego skarbca.
Jakby na to nie patrzeć, Godryk był prawdopodobnie najrozsądniejszą osobą w rodzinie. Bywał nieco przerażający, gdy faktycznie nie chciał zmienić swojego stanowiska w danej sprawie, jednak... Chyba właśnie kogoś takiego Longbottomowie potrzebowali obecnie u steru. Kogoś, kto będzie w stanie pohamować lub spowolnić ich tendencje, bez względu na to, jak bardzo dobrymi odruchami by się nie kierowali w swoich działaniach.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞