08.10.2023, 20:16 ✶
W piersi ciążyło mu kamienne serce, zaś w kieszeni pęknięta różdżka.
Przemierzał Pokątną w popielatości dogasającego dnia z głową spuszczono nisko, licząc na chodniku pęknięcia, których przybyło od jego ostatniej wizyty w tej części Londynu, tak jak jemu przybyło lat i zmarszczek. Tylko raz podniósł swoje zmęczone spojrzenie na jedną ze sklepowych witryn i przeraził się obrazu, jaki sobą reprezentował; kilkutygodniowy zarost i podkrążone oczy, potargane włosy i oczy ziejące pustką, koszula, która od dawna nie widziała żelazka i narzucona na nią wypłowiała marynarka, choć było ciepło, ale Laurence był już stary i drżał z zimna przy byle przeciągu. Oderwał wzrok od wraka człowieka, czując na policzkach piekący wstyd i przyśpieszył kroku. Po drodze wpadł na jedną z wypełnionych truskawkami łubianek z zamykającego się stoiska. Czerwone owoce rozsypały się na ziemi, a on upadł na kolana i zbierał każdy z nich rozedrganymi dłońmi, bliski rozsypania się z poczucia bezsilności.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam... — szeptał niemalże płaczliwie, gdy sok barwił jego palce na kolor krwi, jednak nie odważył się podnieść wzroku na sprzedawczynię. A ona przemawiała do niego łagodnie, mówiąc, że nic się nie stało i jednym zaklęciem posprzątała bałagan, którego był sprawcą. To wystarczyło, by poczuł się jeszcze mniejszy i słabszy i odszedł stamtąd pośpiesznie. Nie obawiał się rozpoznania; trzeba być naprawdę szaleńcem, by uwierzyć, że ten rachityczny mężczyzna był kiedyś wielką gwiazdą.
Zatrzymał się wreszcie przed dobrze znanym mu sklepem i z bezgłośnym westchnieniem wyrywającym się spomiędzy warg doszedł do wniosku, że od jego ostatniej wizyty w tym miejscu nic się nie zmieniło. Zajrzał do środka przez zakurzoną szybę; za ladą nikogo nie było, lecz wydawało mu się, że zna go na tyle dobrze, by wiedzieć, że zapewne kryje się za tym stosem różdżek wystruganych przez jego dłonie, których nie mógł sprzedać, bo ludzie go nie rozumieli, choć on zawsze starał się zrozumieć ludzi. Ostrożnie pchnął drzwi, a zawieszony nad nimi dzwoneczek oznajmił jego przybycie. Poczucie winy skręcało Selwyna za żołądek, chciał odwrócić się na pięcie i odejść, uciec jak najdalej z tego sklepu, z którym wiązało się tyle wspomnień, lecz wtedy zza labiryntu pudełek wyłoniła się sylwetka Garricka - starszego i poważniejszego niż go zapamiętał, lecz sprawiającego samym swym spojrzeniem, że Laurence opuszczał gardę - i było za późno, by po prostu odejść.
Chciał rzucić coś zabawnego lub błyskotliwego, albo chociaż przeprosić go za to, że milczał przez tyle lat (choć nadal trzymał każdy z jego listów w specjalnej szkatułce i wracał do nich, gdy świat okazywał się przerażającym miejscem, choć znał już je na pamięć), bądź też paść mu w ramiona i szlochać, bowiem to właśnie na szloch zbierało mu się od chwili, w której przekroczył próg swojego mieszkania z uszkodzoną różdżką.
— Dobry wieczór — powiedział zamiast tego ochryple, czując jak dreszcze niezręczności prześlizgują się wzdłuż jego kręgosłupa — Zdążyłem przed zamknięciem?
Przemierzał Pokątną w popielatości dogasającego dnia z głową spuszczono nisko, licząc na chodniku pęknięcia, których przybyło od jego ostatniej wizyty w tej części Londynu, tak jak jemu przybyło lat i zmarszczek. Tylko raz podniósł swoje zmęczone spojrzenie na jedną ze sklepowych witryn i przeraził się obrazu, jaki sobą reprezentował; kilkutygodniowy zarost i podkrążone oczy, potargane włosy i oczy ziejące pustką, koszula, która od dawna nie widziała żelazka i narzucona na nią wypłowiała marynarka, choć było ciepło, ale Laurence był już stary i drżał z zimna przy byle przeciągu. Oderwał wzrok od wraka człowieka, czując na policzkach piekący wstyd i przyśpieszył kroku. Po drodze wpadł na jedną z wypełnionych truskawkami łubianek z zamykającego się stoiska. Czerwone owoce rozsypały się na ziemi, a on upadł na kolana i zbierał każdy z nich rozedrganymi dłońmi, bliski rozsypania się z poczucia bezsilności.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam... — szeptał niemalże płaczliwie, gdy sok barwił jego palce na kolor krwi, jednak nie odważył się podnieść wzroku na sprzedawczynię. A ona przemawiała do niego łagodnie, mówiąc, że nic się nie stało i jednym zaklęciem posprzątała bałagan, którego był sprawcą. To wystarczyło, by poczuł się jeszcze mniejszy i słabszy i odszedł stamtąd pośpiesznie. Nie obawiał się rozpoznania; trzeba być naprawdę szaleńcem, by uwierzyć, że ten rachityczny mężczyzna był kiedyś wielką gwiazdą.
Zatrzymał się wreszcie przed dobrze znanym mu sklepem i z bezgłośnym westchnieniem wyrywającym się spomiędzy warg doszedł do wniosku, że od jego ostatniej wizyty w tym miejscu nic się nie zmieniło. Zajrzał do środka przez zakurzoną szybę; za ladą nikogo nie było, lecz wydawało mu się, że zna go na tyle dobrze, by wiedzieć, że zapewne kryje się za tym stosem różdżek wystruganych przez jego dłonie, których nie mógł sprzedać, bo ludzie go nie rozumieli, choć on zawsze starał się zrozumieć ludzi. Ostrożnie pchnął drzwi, a zawieszony nad nimi dzwoneczek oznajmił jego przybycie. Poczucie winy skręcało Selwyna za żołądek, chciał odwrócić się na pięcie i odejść, uciec jak najdalej z tego sklepu, z którym wiązało się tyle wspomnień, lecz wtedy zza labiryntu pudełek wyłoniła się sylwetka Garricka - starszego i poważniejszego niż go zapamiętał, lecz sprawiającego samym swym spojrzeniem, że Laurence opuszczał gardę - i było za późno, by po prostu odejść.
Chciał rzucić coś zabawnego lub błyskotliwego, albo chociaż przeprosić go za to, że milczał przez tyle lat (choć nadal trzymał każdy z jego listów w specjalnej szkatułce i wracał do nich, gdy świat okazywał się przerażającym miejscem, choć znał już je na pamięć), bądź też paść mu w ramiona i szlochać, bowiem to właśnie na szloch zbierało mu się od chwili, w której przekroczył próg swojego mieszkania z uszkodzoną różdżką.
— Dobry wieczór — powiedział zamiast tego ochryple, czując jak dreszcze niezręczności prześlizgują się wzdłuż jego kręgosłupa — Zdążyłem przed zamknięciem?