Odrobinka deszczu nikomu jeszcze nie zaszkodziła
Upiekła placek dyniowy, który odpoczywał sobie na parapecie i studził się. Miała nadzieję, że Flynn się do niego nie dobierze, że akurat w tym momencie będzie miał jakieś inne zadanie i nie zwędzi jej tego ciasta z parapetu. Sama przebrała się w kolorową sukienkę, która miała pasek przeplatany w talii, kilka guzików na biuście i szerokie ramiączka, na ramiona narzuciła plecioną na szydełku plerynkę, która miała ochronić ją przez ewentualnym letnim chłodem. Sukienka sięgała jej do kolan delikatnie falując przy każdym ruchu. Na stopy wciągnęła wygodne pantofle, zgarnęła swój wiklinowy koszyk i ruszyła na łąkę niedaleko ich cyrku. Wiedziała, że na niebie zbierały się burzowe chmury, a wokół wiał chłodny wiatr, ale chciała koniecznie nazbierać sobie kwiatów do przyczepy, bo te co miała zwiędły i już wyglądały brzydko. Miała nadzieję, że zdąży wrócić do domu nim się rozpada.
Dziewczyna szła polną ścieżką w swoje ulubione miejsce w okolicy cicho nucąc pod nosem i spoglądając niepewnie na niebo. W koszyku miała parasol, ale na razie go nie wyciągała. Jej gęste, rude włosy podrygiwały z każdym jej krokiem. Niedaleko majaczyły domy wioski, a za jej plecami było widać namioty cyrkowe. Była blisko cywilizacji, która nie była zbyt przyjemna. W ostatnim czasie Bellówna czuła się naprawdę spokojna i wesoła. Wszystko w jej życiu zaczynało się układać. Poznała nowego przyjaciela, jej dawny przyjaciel wrócił do jej życia i poopowiadał jej pełno nowych historii, a mężczyzna ze snu z początku miesiąca nie dawał znaku życia. Na ten moment to wydawało się jej naprawdę snem, marą i jej paniką, a nie prawdziwym wydarzeniem.