• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...

Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#1
19.11.2023, 02:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2024, 20:19 przez Murtagh Macmillan.)  
... to the night we met.
@Murtagh Macmillan & @Loretta Lestrange
31.12.1971 - wieczór

Murtagh spoglądał w karmelowo-brązowy płyn, przelewający się na dnie ozdobnej szklanki ze szkła kryształowego. Ścianki szklanki były nierówne, załamując światło pod różnymi kątami co nadawało płynowi osobliwego zabarwienia. Mężczyzna nie chciał zbyt szybko wypić ostatniego łyka, bo to oznaczałoby, że musiałby się podnieść, podejść do blatu i nalać sobie kolejną porcję ze stojącej tam butelki. W tym momencie natomiast odległość między fotelem a blatem wydawała mu się podobna do oceanu, który kiedyś planowali przemierzyć razem z Dianą by być już na zawsze razem.

Sranie w banie.

Teraz, ponad dziesięć lat później, wiedział już dobrze, że tamto uczucie było tyleż doniosłe i silne, co szczeniackie i nietrwałe. Diana Burke... Nie, obecnie Diana Mulciber, była dla niego odległa niczym dawno opuszczona ziemia rodzinna, na której się wychował. Nie wiedział dokładnie co u niej, chociaż miał swoje sposoby by dowiedzieć się, że nie była szczęśliwa w związku ze starszym bratem Axela. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, miał nadzieję, że może udałoby mu się uwolnić ją z tego związku. Potem jednak uświadomił sobie, że wcale nie chce jej odzyskać, a jego nienawiść do niej ma się równie dobrze, lub nawet lepiej niż, jego miłość.

Ze złością dopił whiskey i odstawił kieliszek na stolik kawowy przed nim. Sam nie wierzył, że był właśnie sam, w swoim niewielkim apartamencie w centrum Londynu, pijąc whiskey i roztrząsając rzeczy które powinny być dawno odsuniętym na bok, mglistym wspomnieniem. Wiedział jednak, że Sylwester zwykle był dla niego drażliwym wieczorem. Zwykle po prostu zapraszał do siebie jakąś dziewczynę, rozpieszczał ją drogim szampanem, magicznymi fajerwerkami na niebie, oraz tymi niemniej magicznymi w sypialni. Potem wyrzucał ją z mieszkania z samego rana, brał prysznic zmywając z siebie pot i zapach jej perfum i wyruszał na spacer wzdłuż Tamizy. W tym roku jednak zbyt długo zwlekał z zaproszeniami i okazało się, że wszystkie potencjalne kandydatki były zajęte.

Spokojnym krokiem podszedł do biurka w sypialni i kilkoma szybkimi ruchami pióra zapisał krótki liścik na kawałku pergaminu.


"Droga Loretto, Czy twój czas w ten Noworoczny wieczór jest może wolny? Nie chciałbym przeszkadzać w jakichkolwiek przedsięwzięciach towarzyskich jakie już masz zaplanowane. Gdybyś jednak znalazła się w potrzebie towarzystwa, służę uniżenie do usług."

Brzmiała jego treść. Zwinął go w rulonik i przywołał do siebie swojego kruka, który do tej pory spał smacznie na złotej żerdzi w rogu pokoju. Zwierzę przekrzywiło łepek, dając sobie zawiązać do łapki notatkę i posłusznie odleciało w noc, niosąc ją do adresatki. Macmillan sam do końca nie wiedział dlaczego do niej napisał, ani zapraszał ją na spotkanie. Prawdopodobnie spędzała przecież Sylwestra ze swoim narzeczonym, lub w gronie rodzinnym albo z jakąś przyjaciółką. Piękna kobietka na pewno miała w każdym razie tysiąc lepszych rzeczy do roboty, niż odwiedzanie dużo starszego mężczyzny, którego w dodatku znała głównie przelotnie. Mimo to uznał, że nic nie traci, a nie mógł znieść już milczącego towarzystwa swoich własnych myśli.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
23.11.2023, 20:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2023, 20:21 przez Loretta Lestrange.)  

Milczące towarzystwo myśli, rozbijające się śnieżnobiałym pyłem o posadzkę umysłu, tak wielkie, że nieomal dojmująco bolesne – kakofonię w uszach przerywało tylko tykanie zegara, który znalazła gdzieś na giełdzie starych przedmiotów; uważała w końcu, że to one mają duszę, której nie da się podrobić. Westchnięcia niknące w eterze, gdy kołysała kieliszek wypełniony krwistym winem, spowijane przez samotność upstrzonego w gwiazdy nieboskłonu raniły przestrzeń gęstą i niewyśrubowaną – na jej wargach nie kołysał się miękki uśmiech; ciało jednak zdobiła wykwintna sukienka, stająca się nieomal opozycją do spędzanego wartko czasu. Prawdopodobnie miała być gdzie indziej; gdzieś, gdzie błyszcząca skóra na dekolcie, kuse odzienie i woń perfum moszczących się w zgięciu szyi byłoby należycie docenione.

Docenione przez co innego, niż ociekająca martwością cisza.

Siedząc w głębokim fotelu, zatapiając się w skórzanej miękkości, kołysała tak tym kieliszkiem, jakby była niepewna, czy faktycznie chce zabarwić karminowym odzieniem wargi. Prawdopodobnie jej samotność szyta grubymi nićmi byłaby jedynie ułudą nieistniejącego – stała się jednak faktem; spędzała sylwestra w własnym atelier, z brylantami zdobiącymi szyję i czernią pukli opierających się akwarelą na policzkach.

List nadszedł do niej prędko; nie spodziewała się żadnej konwersacji tego wieczoru – niepoprawnie głodna ekscytacji jednak, otworzyła go, nie dbając o kurtuazję i prędko sunęła wzrokiem po literach układających się w zwięzłą całość.

Uśmiech wymalował się na obliczu mimowolnie i nie chcąc dać znać, iż zależy jej za bardzo, odczekała kilka spopielonych momentów, nim teleportowała się przed drzwi Murtagha. Zapukała do drzwi, początkowo niepewnie, a gdy ten otworzył jej drzwi, uśmiechnęła się urokliwie.

– Nie myśl, że to dla ciebie się tak wystroiłam – naprostowała prędko. – Miałam być dzisiaj w innym miejscu. Zaoferujesz mi alkohol? – zabrzmiała pytaniem, wciskając się do środka.

Coś targało jej myślami; coś, co było nieoczywiste i niebanalne, a przynajmniej nie na tyle, aby cechowało się łatwością rozszyfrowania. Widać to było nad nie ciemnych tęczówek, które – choć roziskrzone miliardem gwiazd – kryły u kryz pewne zawahanie. Miękki uśmiech jednak, rozlewający się po wargach, czyniący fizjonomię zgoła bardziej przystępną, posłała ku Macmillanowi.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#3
23.11.2023, 21:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2023, 21:52 przez Murtagh Macmillan.)  

Chwile skapywały leniwie wraz z każdym uderzeniem jego serca, zamieniając oczekiwanie w opowieść o samotności i wyostrzając zmysły. Serce, którego istnienia dawno już się wyrzekł, a które wciąż jakimś cudem napędzało maszynę jego organizmu przedłużając agonię bytu w miesiące i lata, dzisiaj akurat postanowiło zamanifestować swoją obecność w niechętnej wyliczance narządów.

Wszystko było takie proste, kiedy obok niego siedziała Lorraine, biorąc jego twarz w swoje dłonie i wdzierając się do jego umysłu głębiej i głębiej, wydzierając z niego wszystko co prywatne i w ten pokręcony sposób uwalniając go od bólu. "Jeszcze raz." brzmiał mu w głowie jej cichy, ale zdeterminowany i natarczywy głos, kiedy nawzajem próbowali postawić dookoła swych umysłów bariery, tylko po to żeby to drugie przedarło się przez nie bez najmniejszego problemu.

Tego wieczoru jednak Malfoyówna miała własne plany a Murtagh wiedział lepiej, niż wparowywać jej w interesy, kiedy była zajęta. Jak na tak drobną i niepozorną kobietę, potrafiła być czasami naprawdę przerażająca, trochę jak starsza siostra, której nigdy nie dane mu było mieć.

Czy Loretta mogła podejrzewać, że nie była dla niego pierwszą opcją? Cóż, nigdy nie krył się ze stylem swojego życia intymnego, ale też specjalnie nim nie epatował. Mimo tego, że nie był z nikim w oficjalnym związku, to za stałą bywalczynię jego sypialni można było uznać co najwyżej Sandie, która jednak była niczym więcej jak tylko przelotnym uniesieniem, niczym spadająca gwiazda, która zanim na dobre mogła zagościć na nocnym niebie spalała się i znikała bezpowrotnie.

Z rozmyślań wyrwał go charakterystyczny dźwięk towarzyszący aportacji - połączenia strzelającego bicza i syczącego strzelania polan ogniska - i mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, wstając z fotela. Aż do tego momentu, wcale nie był pewny, czy panna Lestrange zaszczyci go swoją obecnością. W kilku krokach znalazł się przy drzwiach, otwierając je dziewczynie z kurtuazją. Nie mógł oprzeć się pokusie, i dokładnie przeskanował jej sylwetkę, widocznie odznaczającą się pod szykowną suknią. Wciągnął powietrze przez usta z cichym sykiem, czując, że gdzieś głęboko w nim budzi się jakaś pierwotna istota, unosząc leniwie swój ciężki łeb i wlewając wrzącą lawę w jego krew. Słysząc jej komentarz, uniósł lekko jedną brew zamieniając to nieproszone uczucie w sarkazm.

- Randka z ukochanym nie poszła najlepiej? Czyżby nie stawał na wysokości zadania? - Merlinie, sam ją tu zaprosiłeś! Nie jej wina, że jesteś brudny jak rynsztok na Nokturnie! Zbeształ samego siebie, choć musiał przyznać, że droczenie się z nią sprawiło mu przyjemność.

Odstąpił od niej, odwracając się tyłem, bo miał wrażenie, że ciepło jego krwi promieniuje od niego w jej kierunku w niemal namacalnych falach. Podszedł do barku, korzystając z tego, że dzielił ich teraz zdrowy dystans i mógł normalnie oddychać nie czując zapachu jej perfum. Pachniała nieziemsko! Spojrzał na czyste szklanki i kieliszki w środku i rzucił przez ramię, nie patrząc na nią, a jednocześnie czując całym sobą jej obecność z tyłu, każdy jej krok.

- Wino, piwo, whiskey? - Starał się, by jego głos brzmiał nonszalancko i nawet mu to wyszło. Co jej wpadło do głowy?! Czemu musiała odstawić się, jak szczur na otwarcie kanałów (wink), kiedy byli jedynie znajomymi i mieli jedynie spędzić razem czas na... Rozmowie.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
23.11.2023, 22:16  ✶  

Spojrzenie żmii ślizgało się po jego fizjonomii, zupełnie jakby te tęczówki, w których zaklęte były miliardy gwiazd, mogły przeszywać na wylot; parszywość uśmiechu nie zsunęła się z różanych warg, które zamiast tego, uniosły się kącikami szerzej, marszcząc drobny nos. W pewnych momentach wyglądała bardziej jak mikry elf, aniżeli kobieta z krwi i kości; jak ten dzwoneczek, zupełnie odmienna od dziewcząt fizycznie namacalnych. Wypalone piętno dziewczyny niejako fatalnej, coraz wydatniej odznaczało się w niewinnie marszczonych brwiach i ruchach płynnych – tak jakby sunęła wśród masywu chmur bardziej aniżeli stąpała po faktycznej ziemi. Westchnięciem zabarwiła się przestrzeń, gdy przekraczała próg jego mieszkania – teraz nieudane plany sylwestrowe przechrzciły się w dumne miano faktycznego spotkania; nie kryła się z faktem, iż ten był jej drugą, nagłą opcją.

I choć nie była kobietą bywającą w jego sypialni, bardziej odległa niż niebezpiecznie bliska – czuła jego przyspieszony oddech, zaprawiona w boju jednak, nawet nie oblała się rumieńcem młódki. Jej świat, miałki i mętny, miał się jak te przeklęte sweterki z monogramami, w które ubierana była jako dziecko; snobistyczny akcent przyległ do niej łatką, a uroda patrycjuszki, co prawda nie blondwłosej, kreowała jej osobę od zarania. Była w końcu dumna; była przy tym niesłychanie butna, a aura radości, którą roztaczała wokół siebie, stanowiła odpowiednio wyważoną kontrę dla tych wszystkich panien.

W końcu posiadała utkany wokół niej wianuszek dziewcząt i dżentelmenów – oni jednak, ich poprawność, nudziła ją ogromnie; już od zawsze uciekała ku temu, co tchnęło niebezpieczeństwem – Murtagh niewątpliwie nosił na sobie woń bezprecedensowego ryzyka i nierozwagi.

Mama mówiła, aby od takich mężczyzn trzymać się jak najdalej – cóż jednak mogła poradzić na to, że tylko oni wzniecali w niej ogień?

Poszła za nim do aneksu kuchennego, opierając łokcie na blacie, lokując na splecionych dłoniach podbródek; obserwowała każdy ruch – zupełnie jak drapieżca przyczajony wobec swej ofiary. Och, Murtagh musiał oddać jej to, iż była łowcą.

– Od kiedy dbasz o moich ukochanych? – zapytała, głosem niebywale wysokim, a wciąż melodyjnie wbijającym się w słuch. – Wino. Ale bez kieliszka – rzekła, wsuwając się do wnętrza, aby chwycić napoczętą butelkę i wychylić solidny łyk z gwinta.

Bo Loretta była szaloną kobietą; jej uwielbienie do cierpienia i zadawania bólu wykraczało poza normy jakiejkolwiek moralności, a niepozorny wygląd sprawiał, że mogła być nawet dilerką w podstawówce – nawet to nie naruszyłoby jej szarościowego spojrzenia na świat. Zamiast tego utkała przyjemny uśmiech, który prędko rozlał się na ustach, odbijając iskrami w szklistych tęczówkach.

Oparłszy się o  blat, z butelką krwistego wina w dłoni, zadarła odrobinę podbródek, aby widzieć go lepiej; aby czuć go lepiej. Pachniał ciężką, piżmową wonią – ta jednak jej nie przeszkadzała, jedynie mile kręciła w nosie.

– Będziemy odliczać do północy? – zagaiła. – Czy może będziesz zajęty czym innym? – zabrzmiała rubasznie pytaniem o podtekście tak jawnym, że nieomal płonącym.

Uniosła szyjkę butelki ku ustom ponownie, otulając ją miękko wargami.

– Pamiętasz naszą grę w galerii? Zadawaliśmy sobie pytania. Zagrajmy w to raz jeszcze. Dodajmy tylko temu jakiejś pikanterii, nudzę się – pytania mają być kontrowersyjne, a jeśli któreś z nas nie będzie chciało odpowiedzieć, musi pozbyć się jednej części odzienia. Pasuje? – zapytała, przybierając ten filuterny uśmiech sukuba.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#5
24.11.2023, 18:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2023, 19:20 przez Murtagh Macmillan.)  

Za oknem zaczął właśnie sypać drobny śnieg, kiedy Murtagh wyjął z szafki butelkę wina. Nie była pełna, chociaż wciąż zawierała większość płynu jaki się w niej oryginalnie znajdował. On sam nie przepadał za winem, pił je ostatnio chyba kiedy... Sam nie był pewien, miał poczucie, że spotykał się wtedy z kimś w sprawach biznesowych dotyczących Rose Noire. Widać jednak Loretcie zupełnie nie przeszkadzało, że trunek został już napoczęty przez kogoś innego.

Uniósł lekko brew, widząc jak jej usta, pociągnięte perfekcyjnie ciemnoczerwoną szminką, obejmują gwint butelki podczas gdy ręka wspomagana grawitacją zaprasza trunek do gardła. Nigdy nie brał Lorettę za przesadnie pruderyjną, ale był daleki od zakładania, że potrafiła być też wulgarna. Co prawda miała w towarzystwie reputację, ale on sam nie przysłuchiwał się zwykle plotkom, wiedząc że więcej niż połowa z nich nie ma w sobie nawet ziarna prawdy. Tutaj jednak chyba potwierdzał się przypadek, kiedy plotki miały dla siebie pewną bazę. Czy więc powinien wierzyć w inne jakie o niej słyszał? Że nie mogła utrzymać dłużej żadnego mężczyzny? Że zdradzała narzeczonego? Że była zdrowo walnięta?

Uśmiechnął się myśląc o tym ostatnim. Tak, to zapewne było prawdą przynajmniej do pewnego stopnia.

— Proszę cię, przypisujesz sobie zdecydowanie zbyt dużo wagi w moim życiu, jeśli myślisz, że dbam o to z kim aktualnie jesteś w związku. — odparł. Kiedy oparła się o blat, przysunął się do niej, tak że dotykał kolanem materiału jej sukienki. Wyciągnął dłoń wyjmując z jej dłoni butelkę, wpatrując się w jej oczy z osobliwą intensywnością i sam pociągnął z niej porządny łyk. Zimny, cierpki płyn spłynął po gardle, rozpalając przełyk i dołączając do whiskey, już krążącej w jego organizmie.

Oddał jej z powrotem butelkę, sam wyjmując z szafki nową nie otwartą mugolską whiskey Jack Daniels Red. Mugole jego zdaniem praktycznie na niczym się nie znali, ale alkohole robili nieziemskie. I zdecydowanie mieli ich dużo większy wybór niż czarodzieje. Może to dlaczego, że częściej jedynym lekiem na ich bóle był alkohol, podczas gdy czarodzieje mieli do tego też magię.
— Och, możesz odliczać jeśli lubisz... Ja raczej po prostu napawam się fajerwerkami. - w jego słowach również brzmiała odrobina podtekstu, a na twarzy błąkał się uśmieszek. W takiej bliskości, niemal czuł namacalnie każdy centymetr dzielącej ich przestrzeni. Wystarczyłby leniwy, niewielki ruch a jego ciało dotknęłoby jej. On jednak w pewien sposób napawał się tą elektryzującą energią i antycypacją. Lubił myśl, że musi czekać na jej ruch, choć dość go to zaskoczyło. Do tej pory raczej nie słynął ze swojej powściągliwości.

Kiedy zaproponowała mu grę, w którą grali niemal rok wcześniej, połechtało to jego ego. Więc pamiętała, choć to spotkanie w galerii do niczego nie doprowadziło i zdawało się być dość nieznaczące w skali ich żyć. A jednak zapadł jej w pamięć. Udawał jednak, że się zastanawia, jakby wcale nie był przekonany do pomysłu.
— No dobrze, ale musi być też jakaś nagroda dla zwycięzcy... Tej osoby, która jako ostatnia będzie miała na sobie jakieś ubranie. - dodał, jak gdyby wcale nie czuł, że było to oczywiste.

Odsunął się od niej, dopiero teraz, zabierając ze sobą whiskey i przechodząc do części która bardziej przypominała salon. Niedbałym machnięciem różdżki odsunął na bok dwa fotele i szklany stolik, tak że na środku pozostał odsłonięty, miękki i puchaty, beżowy dywan. Drugie machnięcie rozpaliło ogień w kominku naprzeciwko dywanu, bo skoro mieli się rozbierać - a Murtagh nie wątpił ani przez sekundę że tak będzie - to nie chciał, żeby zmarzła. W końcu postawił butelkę na stoliku i usiadł na dywanie opierając plecy o jeden z foteli.

Statystycznie miał dużo większą szansę, żeby wygrać. Przecież Loretta miała na sobie sukienkę a pod spodem prawdopodobnie jakąś bieliznę, stanik, gorset, napewno niewiele więcej. On miał na sobie czarne, prasowane w kant spodnie od garnituru, pasek, białą koszulę, skarpety, zegarek, buty i bieliznę. W takiej sytuacji bardzo chciał, żeby nagrodą było coś z czego będzie naprawdę zadowolony.

— Przegrany musi pozwolić wygranemu użyć na sobie jednego, dowolnego zaklęcia. - oznajmił, kiedy wyobraził sobie nagie ciało Loretty i to co mogło je dodatkowo udekorować. Bez czekania na jej odpowiedź, zadał swoje pytanie.
— Nadal spotykasz się z Axelem? - zapytał, bo choć oficjalnie zaręczona była z Yaxleyem to Murtagh wiedział, że od wielu lat łączyła ją jakaś zawiła relacja z jego przyjacielem. Ostatnie czego chciał, to żeby złamała Mulciberowi serce, chociaż, będąc szczerym, wcale nie był do końca pewny że tamten takowe posiadał.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#6
24.11.2023, 19:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2023, 19:46 przez Loretta Lestrange.)  

Pióra śniegu, tak masywne i posklejane, rozwinęły się w istną wichurę za szklistą powierzchnią okna, po której spływały łzy roztopionego mrozu, skrząc się milionem gwiazd, które pokrywały również rozlany kawą nieboskłon; przyjemne ciepło z kolei, moszczące wygodnie niszę wewnątrz mieszkania, rumieńcami puentujące miękkie policzki, które drgały pod wpływem niewinnych uśmiechów, które mu posyłała staccato, drżąco i niepewnie. Wicher dął silnie, uginając gałęzie masywnych drzew ku ziemi, pokrywając welonem bieli pergamin traw; a jej uśmiechy niewyważone, przypominały w gruncie rzeczy te właśnie rozłożyste gałęzie, niby wata cukrowa, upudrowane jasnym, topniejącym puchem. Ujemne temperatury nie sprzyjały; ona jednak wyglądała absolutnie nienagannie, w tej swojej postawie snobki z Exeter, o rumianych policzkach, welurze oplatającym ciało i podbródku unoszonym w geście wieczystego poczucia wyższości.

Jej reputacja – skalana wieloma bruzdami – ciągnęła się za nią jak lepka guma do żucia. Jednak przecież nie chodziło jej o bycie opiewaną miriadami komplementów; chciała być na językach, choćby miała się upodlić niemożebnie – zawsze wiedziała, że było warto. Karmiła się własnym wizerunkiem mrugającym z okładek Proroka, z wywiadami pojawiającymi się na łamach Czarownicy, z plotkami, które nieomal prześcigały ją samą. Otulając więc gwint butelki krwistymi wargami – nie przytoczyła wobec tego żadnej chyżej myśli tudzież elegancji, była przecież jej synonimem nawet gdy w najbardziej perfidny sposób uciekała na margines. Tym razem jednak, pozwoliła sobie torować drogę przełykiem trunkowi, czyniąc w myślach niespokojnie i barwiąc policzki jeszcze bardziej soczystym, pijackim pąsem.

Nauczyła się pić od Alexandra – nie miała zbyt mocnej głowy, ale potrafiła zachować stosowną gardę i przekuwać ją w sążne tak miało być.

Była przecież solidnie przetrącona moralnie i niemniej niestabilna psychicznie; gotowa ciskać przedmiotami, wybijać szyby, krzywdzić na najbardziej wyrachowanych poziomach – istniała jako nieimienny demon, który w swej krasie sukuba sprowadzał na manowce, jednocześnie tętniąc agresją, która w przedziwny sposób przyciągała. Prawdopodobnie dlatego często jej żarliwe spory z Alexandrem kończyły się w łóżku; ponadto, Mulciber w końcu uwielbiał to, jak wypuszczała ze swojego mikrego wnętrza niepohamowaną bestię.

– A nie dbasz? – zabrzmiała filuternie, przysuwając się do niego tak, że jej kolano zetknęło się z jego udem, gdy usiadła na blacie. Przekrzywiła głowę niewinnie – tak, jakby żaden z tych gestów nie był zamierzony. – Udowodnij mi to – rzekła, chwytając go za krawat, przysuwając się tak okrutnie blisko, że mógł poczuć zapach jej perfum moszczący się gdzieś za uchem.

I gdy tak trwała, wprawiając rzęsy w niewinny trzepot, zamknęła w jednej milionowej wszechświata ich obojga, nim gwałtownie się odsunęła z uśmiechem wypełnionym bezkreśnie satysfakcją.

Budziła powściągliwość niebywale rzadko; na ogół mężczyźni uganiali się za nią, a ona – świadoma własnych walorów estetycznych – bawiła się w króliczka. Prawdopodobnie dlatego nie traktowała na poważnie żadnych oświadczyn Alexa; uznawała je za pijackie porywy serca, w końcu to, że ją kochał, było oczywistym. W gruncie rzeczy, tak naprawdę, obawiała się tchu jego obojętności, gdy przestałby ją musieć gonić. Dlatego raniła jego, raniła siebie i raniła wszystkich dookoła – nie miała sobie w tym równych.

Niemniej, każde jej spotkanie z Murtaghiem nosiło znamiona istotności i wieczystej pamięci.

Przeszła do salonu, siadając na dywanie naprzeciwko niego, w dłoni dzierżąc szyjkę butelki wypełnionej winem. Podwinęła kolana pod brodę, uciekając ku niemu sarnimi oczętami – oczekując na słowa, które miały spłynąć jak późnoletni sok.

– Stoi – chyba nie tylko umowa.

Alexandrowi łamała serce dobitnie często i regularnie, nienawidziła go z mocą, z którą on nie znosił jej – zawsze jednak do siebie wracali, opadając sobie w ramiona, całując z czułością, bez tej zaborczości, która była nieodzownie obecna na kanwie emocji.

– Tak – odparła krótko. – Spotykam się z Alexem od ośmiu lat, jak wiesz. – Nie ściągnęła tym razem żadnego fragmentu odzienia i prędko zogniskowała spojrzenie w jego obliczu. – Kim się interesujesz? Tylko kobietami, czy lubisz także mężczyzn? Bo w to, że nikim, na pewno nie uwierzę – rzekła.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#7
24.11.2023, 19:49  ✶  

Nie mógł ukryć tego, że jej fizyczność działała na niego niczym iskra w stodole. Nie do końca. Nie był jednak ani pijany, ani prawiczkiem i nauczył się kontrolować tego typu odruchy swojego ciała. Nie sądził, że będą w jej towarzystwie aż tak silne, ale mimo to zadowolona mina nie opuściła jego twarzy ani na sekundę. Ani wtedy kiedy złapała za jego krawat jak za smycz, ani kiedy jej ciało dotknęło jego. Mimo to nie mógł do końca oszukać rzeczywistości - nie był mnichem ani ascetą - i jego oddech nie był już tak spokojny, a mięśnie pod aksamitem koszuli napięły się.

Chciał jej, coraz lepiej to sobie uświadamiał. Chciał jej, ale nie tak. Nie jako spadającej gwiazdy, supernowy rozkoszy, która kolejnego dnia byłaby już tylko wspomnieniem. Nie był kimś, kto zadowalał się okruchami z cudzego stołu. A był pewien, że Loretta nie przy jednym stole jadała. Nie miał więc wyrzutów, kiedy odsunął się od niej, przerywając ich kontakt.

— Nie. - powiedział tylko, czym właściwie po części przyznawał jej właśnie rację. Przecież gdyby naprawdę o to nie dbał, to mógłby ją pocałować, dotykać, mnąc materiał sukienki i ciesząc się nią, a potem odrzucić i dołączyć jej imię do listy w swojej głowie. A jednak dbał o to czy i z kim się spotykała, bo wolałby do końca życia pozostać samotnym i wypalać się, niczym wątlący się knot świecy, niż być tym drugim czy przelotnym romansem Loretty Lestrange.

Kiedy oboje usadowili się wygodnie na dywanie, jej usta wypowiedziały odpowiedź na jego pytanie nim jeszcze dobrze przebrzmiało w powietrzu. Widać było, że nie sprawiało jej problemu otwarte mówienie o tym, a jednocześnie nie było dla niej problemem parę chwil temu bardzo jednoznacznie szukać kontaktu u Macmillana. Czy Alexander był aż tak dupnym kochankiem? Czy Loretta po prostu nie uznawała związków na wyłączność? Murtagh szanował, że wcale nie musiała, chociaż wiedział, że gdyby była jego to na innych mężczyzn mogłaby co najwyżej popatrzeć, jak na okazy za szybą.

Jej pytanie starło z jego twarzy uśmiech na kilka sekund. Grając na zwłokę, odkręcił korek butelki i napił się porządnego łyka whiskey, czując jak wlewa się w niego z rozgrzanym do czerwoności płomieniem, wyostrzając zmysły i myśli.

— Kobiety... - zaczął. Przed jego oczyma pojawiła się rozciągnięta w pijackim uśmiechu twarz młodego Mulcibera, rozświetlona tylko magicznym światłem różdżki, gra światłocienia zamieniająca ją w obcą maskę. Potem rozmyła się, a jej miejsce zastąpiła inna twarz i inne ciało. Delikatne, prawie dziewczęce, o jasnych włosach i przeszywających niebieskich oczach. — ... głównie. - nie skłamał, bo przecież nigdy z żadnym mężczyzną nie łączyła go intymna relacja. Tamto było tylko mgnieniem i wcale nie musiało znaczyć nic konkretnego.

— Byłaś kiedyś z więcej niż jedną osobą naraz w łóżku? A jeśli nie, to czy myślałaś o tym? - z jednej strony w jego głowie kłębiły się zupełnie inne pytania. Dlaczego wciąż jest z Alexem, skoro słyszał, że spotyka się z Yaxleyem? Co jest takiego w Mulciberze, co sprawiało że wciąż do niego wracała, po każdym burzliwym rozstaniu? Ile potrzeba, żeby z jej delikatnej, uroczej twarzy zniknął ten nieprzyjemny uśmieszek samozadowolenia? Ale naprawdę chciałby wygrać, a coś mówiło mu, że tego typu pytania nie byłyby takimi jakich oczekiwała.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#8
30.11.2023, 22:08  ✶  

Zawierała w sobie, pomimo tej całej kokieterii, niewinność letniej rosy; coś, co ujmowało, zamykało w szczerozłotej klatce uległości wobec jej czaru; nie była wilą, nie posiadała także jej krwi wartko płynącej w żyłach – mimo tego, każde jej odrzucenie włosów osuwających się na oblicze, zmrużenie niewielkie oczu, czy też przygryzienie wargi w geście uwodzicielskim nosiło znamiona nieodparcie hipnotyzującego. Całokształt zawierał się w końcu w jej niedoskonałości; w tych odrobinę nierównych kłach, piegach porozrzucanych po obliczu bez należytej konsekwencji, w smukłej sylwetce balansującej na granicy sowitej, niezdrowej chudości i w czerni welonu rzęs, okalającego ciemną toń tęczówek. Dlatego też igrała, nęciła i odpychała jednocześnie, pełniąc rolę tej umykającej szponom zwierzyny.

Lubiła, jak na nią patrzył pożądliwie.

Wzięła odrobinę większy wdech, gdy podzielił ich dystans, przekrzywiając nieznacznie głowę, ognisko spojrzenia umiejscawiając gdzieś między jego oczami, aby spuentować je przeciągle, uśmiechem moszczącym się na czerwieni warg. Ślad szminki pozostał na gwincie butelki, jednocześnie nieznacznie rozmazując karminową barwę w kąciku ust. Nie przejęło jej to jednak – wyglądała wręcz jeszcze bardziej rozbrajająco niewinnie i dalece od tych pięknych, dojrzałych femme fatale.

Lubiła być obiektem jego westchnień.

Murtagh miał w sobie wszak coś nęcącego wydatnie i niebanalnego w swej prostocie, a ona – przybierając pozę niewinnej rusałki – poddawała się temu czarowi wyłącznie dla własnej obrzydliwej satysfakcji i samego faktu bycia pożądaną.

Loretta bywała niebywale parszywą istotą.

On jednak przejrzał ją na wylot. Było coś urokliwego w jego chęci głębi ich relacji.

Zdarzało jej się traktować mężczyzn jak trofea, a w tej całej ułudnej grze pozorów była urokliwa, miękka i pogodna – tak daleka Loretcie, którą Murtagh znał z wypadów na mugolaki. W gruncie rzeczy, bestię więzioną w płucach wypuszczała na świat nader rzadko, a jej codzienna uwertura bardziej przypominała świeży poranek, aniżeli skutą mrokiem noc. Prawdopodobnie dlatego była tą niezdobytą twierdzą, która pozostawała dominantą ponad kochankami.

– Głównie? – zabrzmiała pytaniem, przeciągając słowo z tym swoim charakterystycznym, snobistycznym akcentem. – Chcę usłyszeć więcej – dodała, pochylając się ku niemu konspiracyjnie.

Wybuchła niepohamowanym paroksyzmem śmiechu na jego pytanie; chwilę przyglądała się mu, zupełnie jakby dusza opuściła jej ciało pozostawiając zawieszoną w czasie wydmuszkę, po chwili jednak podniosła się i powolnym ruchem podwinęła welurową sukienkę i z okrutnym uśmiechem rozpięła pas trzymający pończochy, chyląc się ku ściąganiu jednej z nich z nogi.

– Robię to nie ze wstydu, po prostu musimy nadać pikanterii naszej grze – rzekła miękko, a gdy ponownie umościła się na dywanie – uboższa o jedną z pończoch – oplotła ramionami kolana.

– Jakie są twoje nietypowe preferencje seksualne? – zabrzmiała podszytym ciekawością pytaniem. – No wiesz, lanie pasem, podduszanie, udawanie psa, cokolwiek – doprecyzowała, obarczając go tym rozmytym pasją i podsyceniem spojrzeniem, które łamało serca.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#9
05.12.2023, 12:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2023, 12:15 przez Murtagh Macmillan.)  

Loretta miała piękny śmiech. Niezależnie od tego, że jego kataliza akurat w tym momencie nie bardzo mu odpowiadała, to nie mógł nie docenić jego tembru i głośności, przywołującego mu na myśl perły rozsypujące się po marmurowej posadzce. Wiele kobiet śmiało się szczekliwie lub piskliwie i Murtagh tego nie lubił. Zdecydowanie bardziej wolał kiedy jęczały, albo szeptały mu na ucho z uwielbieniem. Jej śmiech jednak był przyjemny dla uszu, więc i on mimowolnie się uśmiechnął. Sam nie widział nic bardziej zabawnego w swoim pytaniu, niż te, które ona zadawała jemu.

Kiedy Loretta wstała i sięgnęła do pasa podtrzymującego pończochy, nie odwrócił wzroku nawet na sekundę, choć świadomy był tego, że tak wypadałoby zrobić. Nie tylko dlatego, że ona była niezamężną dziewczyną a on (również nieżonatym) starszym od niej mężczyzną. To akurat nie były normy społeczne, których przestrzegał będąc sam na sam z kobietami w swoim mieszkaniu. Bardziej przeszkadzał mu fakt, że Loretta dosłownie chwilę temu potwierdziła, że owszem, wciąż spotyka się z jego najlepszym przyjacielem, a jeśli czegoś Murtagh nienawidził, to zdrady zaufania. Tego jednak wieczora był zbyt głodny kontaktu, zbyt głodny jej, żeby myśl o Alexie odciągnęła jego wzrok od jej kształtów. Przecież tylko patrzył. Wolno było mu patrzeć. Tylko. Patrzeć.

Mimowolnie zaschło mu w ustach, więc podniósł do nich butelkę whiskey i pociągnął z niej znów solidnie. Jednocześnie uniósł lekko brew, słysząc jej tłumaczenia. Czy uwierzył jej, że zrobiła to tylko po to, żeby podkręcić ich grę? Przypuszczał raczej, że faktycznie nie miała ochoty odpowiadać na to pytanie. Kiedy usiadła z powrotem, nieco bliżej niż poprzednio, niemal czuł promieniujące od jej nagiej skóry ciepło.

- Jeśli chciałaś usłyszeć więcej, trzeba było wykorzystać na to swoje pytanie. - odpowiedział, dając sobie cenne sekundy na przemyślenie odpowiedzi na to, które faktycznie zadała. Czy to był moment kiedy się podda, skapituluje i zdejmie skarpety, krawat, albo koszulę? W końcu nikt nie mówił w jakiej kolejności mieli zdejmować garderobę. W zasadzie, nie wstydził się swoich preferencji, ale tu nie chodziło o wstyd. Raczej o to, że chciał aby Loretta poznawała je po kolei, odkrywając stopniowo ich głębię i to jak bardzo były pokurwione, zamiast wyrwać je z niego jednym prostym pytankiem.

Wciąż patrząc na nią, zaczął po jednym guziku rozpinać koszulę aż w końcu odsłonił gołą klatkę piersiową - jej środek i górna część pokryte były bardzo delikatną siatką włosów. Loretta mogła też dostrzec nieco ciemniejszą linię włosów, zaczynającą się nieco ponad pępkiem i kierującą się aż do paska, gdzie znikała pod linią spodni. Następnie rozpiął mankiety rękawów, aby w końcu zdjąć koszulę całkiem, dwoma sprawnymi ruchami. Rzucił ją nieco niedbale na bok, tam gdzie wcześniej wylądowała jej pończocha.

- Nie chcę ci o tym opowiadać... Wolałbym ci to pokazać. - skomentował, z dłuższą pauzą pomiędzy pierwszym zdaniem a drugim. To ostatnie, ta deklaracja była dużo bardziej otwartym rozłożeniem pomiędzy nimi kart niż kiedykolwiek wcześniej do tej pory. Praktycznie przyznawał się do tego, że jej pożądał i czekał, jakie karty wyłoży ona w odpowiedzi. Tymczasem mógł skorzystać z chwilowego rozproszenia, jakim było zadanie własnego pytania.

- Dlaczego wciąż wracasz do Alexa? - pytał, bo naprawdę go to ciekawiło. Bo chciał zobaczyć emocjonalną stronę Lestrange'ówny, nie tylko jej wyuzdaną i bezpruderyjną wersję. Pytał też dlatego, że gdyby raz i na zawsze go rzuciła to wtedy... Wtedy... Coś co chował bardzo głęboko w sobie, do czego się nie przyznawał nawet w snach w obawie przed wieszczym darem przyjaciela, mogłoby mieć szansę, żeby się zmaterializować i stać się realnym marzeniem, celem czy planem a nie tylko rzeczą z innego uniwersum.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#10
05.12.2023, 21:51  ✶  

Gotowa kąpać się w narkotycznej przyjemności czegokolwiek, co zaspokajało chorą żądzę posiadania; nie można było jej za to winić, działała w imię swojej wiekuistej rozkoszy – czy było coś bardziej dotkliwego i rzeczywistego niż jej pragnienia i tlone na dnie serca pożądanie?; prawdopodobnie dlatego wybuchła perłami krystalicznego śmiechu, który roztłukł się o podłogę, jak te obrazy w umyśle, pozostawiające po sobie jedynie blade duchy plam na ścianach – obecne i nieodzowne, a jednak dostrzegalne dopiero przy bliższym skupieniu wzroku na ich śladach. Westchnięcie ciche i miękkie, opuściło jej usta gdy tylko przerwała nagły paroksyzm śmiechu, który ogarnął jej ciało. Już milcząc, spokojnie, o roziskrzonych przejrzystym lustrem oczach, skupiła wzrok na nim odrobinę zbyt długo; odrobinę zbyt intensywnie, aby mógł to przeoczyć.

Zasuwała pończochę powoli, intrygująco kokieteryjnie – jakby prowadziła niewiadomą grę z jego potrzebami i żądzami; pas pończoch puścił materiał, przerywając martwą ciszę cichym kliknięciem – ona z kolei, pozbywszy się części odzienia, odrzuciła ją jedynie gdzieś w głąb mieszkania; jakby przewidując, że tej nocy już jej się nie przyda.

Nie wstydziła się nagości w żadnej mierze, a ciepło tchnące od jej skóry było tak rzeczywiste, jak jej osoba filuternej, odrobinę niewinnej w swojej butności, jeszcze niedorosłej kobiety. Wszystko było tak bezdennie pokurwione, dziwne i niespodziewane, że mimowolnie sięgnęła po butelkę, otulając gwint dłonią, aby pociągnąć solidny łyk alkoholowego trunku – ten rozlał się przełykiem cierpko, szumiąc w głowie i czyniąc w niej niespokojnie.

Patrząc na niego, rozpinającego zwolna guziki koszuli, aby po chwili ją ściągnąć, przygryzła mimowolnie dolną wargę, wbijając natrętne igiełki spojrzenia w jego fizjonomię.

Jednak dopiero to jego pytanie, rozbudziło ją do żywego.

Przysunęła się do niego blisko; niebezpiecznie blisko, pochylając się ku niemu – tak, że mógł poczuć subtelną, szczypiącą woń wina, z którą mieszała się słodycz jej oddechu. Trwała tak przez ulotne momenty, dłonią sunąc wzdłuż jego klatki piersiowej.

– Pokaż mi zatem – rzekła półgłosem, a uśmiech kwitnący na jej wargach sugerował, jaki ogrom pikanterii zawarł się w głoskach; jak bardzo się z nim drażniła, jak wiele arogancji w swoich ruchach zawierała i jaki ogrom emocji niósł za sobą ten rozkaz.

Loretta nie prosiła; ona zawsze rozkazywała.

Wtem usłyszała jego pytanie, na które zmarszczyła brwi niewinnie, jakby ważyła odpowiednie dictum, jakby szukała w swoim wnętrzu należytej odpowiedzi. W gruncie rzeczy, nie wiedziała czym rzucić – czy pokusić się o zaklętą we wnętrzu szczerość, czy zbyć go prostym frazesem, absolutnie nieszczerą kantyczką, która wybijała rytm jej życia – szponów harpii, miękkości puchu i ulotności nitek babiego lata sierpniową porą.

– Nie wiem, nie mam pojęcia. Za każdym razem, gdy odchodzi, myślę sobie, że już nigdy go nie przyjmę do siebie; a on za każdym razem wraca do mnie na kolanach i ja za każdym razem pozwalam sobie zasnąć w jego objęciach. Wydaje mi się, że traktuje mnie poważniej niż jakąkolwiek kobietę, z którą spał – rzekła, przerywając na wychylenie solidnego łyka wina z butelki. – Nie mogę być pewna jego uczuć, bo nie mogę być pewna niczego w życiu. On jednak, mam wrażenie, dałby się zabić za mnie – spuentowała, odpływając myślami gdzieś w dalsze meandry umysłu, niż posiadała pod kontrolą.

– Czy dalej kochasz Dianę? – spytała łagodnie, przekrzywiając nieznacznie głowę.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (6022), Murtagh Macmillan (6332)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa