- Ciężko żeby na szybko doprawić farsz, ale może jakiś sos... - zmarszczyła brwi, czytając co napisał na kartce. No tak, zapomniała o sosie. Trudno, już zjadł i wyglądało na to, że mu smakuje: następnym razem będzie mądrzejsza i będzie pamiętać. Powróciła na chwilę spojrzeniem do świetlików, a potem znowu do Tristana. - Wiesz, przeszło mi ostatnio przez myśl, żeby je złapać do słoika. Bardzo ładnie by wyglądały przy łóżku, na szafce nocnej.
Zaczęła, poprawiając się na kocu. Z reguły plotła głupoty, ale tym razem chciała podzielić się ważną lekcją, które dało jej życie.
- Ale przypomniałam sobie, że za dzieciaka złapałam motyla do słoika. Nawet go nie zakręciłam tylko zablokowałam otwór gazą, żeby motyl się nie udusił. A i tak następnego dnia był martwy. Nie wiem czy one krótko żyją, czy ja zrobiłam coś nie tak, ale wtedy postanowiłam że już nie będę łapać owadów. Są piękne takie jakie są, w swoim naturalnym środowisku - uśmiechnęła się do własnych myśli. Teraz podejrzewała, że motyle po prostu krótko żyją, ale wtedy to była dla niej prawdziwa tragedia. Była w końcu dzieckiem i nie rozumiała pewnych rzeczy. Gdy przeczytała, że Tristan nie wie więcej o świetlikach, nie wyglądała na zawiedzioną. Po prostu przyjęła ten fakt do wiadomości. Podniosła się jednak do siadu i sięgnęła do kieszeni. Mieli jeszcze trochę czasu, zanim Ward nie zniknie w drugiej pracy. Ten czas kurczył się w zatrważającym tempie, większość z niego zmarnowali na dojście tu.
Olivia wyciągnęła z kieszeni małe zawiniątko. Przedmiot w materiałowej, malutkiej chustce. Chwilę się wahała, a potem ostrożnie podała go mężczyźnie.
- Gdy zobaczyłam na wystawie, od razu pomyślałam o tobie. Poprosiłam by wygrawerowali, jest jedyny w swoim rodzaju - uśmiechnęła się lekko, nieco z zawstydzeniem. Jej policzki pokryły się rumieńcem ekscytacji, jak zwykle gdy nie mogła zapanować nad emocjami. Dlatego też gdy podała mu zawiniątko, odwróciła głowę z powrotem w stronę świetlików. W materiale znajdowała się malutka metalowa koperta jak od listu. Można ją było otworzyć: w środku była metalowa karteczka, na której starannie wygrawerowano runę, mającą przynosić szczęście. Całość znajdowała się na niewielkim kółku, mógł przewlec przez nie łańcuszek lub po prostu do czegoś przyczepić. - Pomyślałam, że skoro już cię karmię, to przydałoby ci się trochę szczęścia, żeby przeżyć.
Roześmiała się. A jeśli teraz po pójściu do drugiej pracy zwróci to, czym go nakarmiła, to najzwyczajniej w świecie zrzuci to na teleportację. Sama rzygała po niej jak kot i to za każdym razem. Czarodzieje nie powinni poruszać się w sposób, który wywracał żołądek do góry nogami.