Pośród trzech pociągów spisanych przez Dorę tylko jeden odjeżdżał o dziesiątej.
Tropy zebrane przez trzy grupy łączyły się ze sobą i dawały im już jakiś punkt zaczepienia. Może mieli po prostu szczęście, może była to kwestia współpracy i połączenia różnych umiejętności, ale wszyscy przyczynili się do znalezienia informacji.
Trzask.
W jednej chwili Mavelle i Erik byli gdzieś na dworcu, zapewne w jakiejś łazience. W kolejnej aportowali się pośród drzew w Regent's Park. Był to duży teren, zajmujący dobre sto siedemdziesiąt hektarów, z jeziorem po środku, licznymi altanami, ogrodami, a nawet Zoo. Mimo nosa Mavelle musieli dość długo krążyć alejkami, nim wreszcie złapała trop - z racji na sam rozmiar parku.
Kiedy jednak poczuła zapach, ten zdawał się zaskakująco wyraźny. Wwiercał się w nozdrza i przez ułamek sekundy Bones mogła nawet pomyśleć, że jednak Carherine wciąż tu jest. Gdy jednak dotarli do jego źródła, do siedzącej na jednej z ławek kobiety... przekonali się, że nie jest to Barlow.
Ale nią pachniała.
Być może dlatego, że miała na sobie koszulę nocną i jeden but, przesiąknięte wonią Barlow.
Uniosła na nich spojrzenie, lekko nieprzytomne. Prawdopodobnie potraktowano ją jakimś zauroczeniem. Raczej nieszkodliwym i już mijającym, bo w powietrzu nie unosiła się woń żadnego dymu ani siarki.
- Dzień dobry - przywitała się pogodnie.