18.11.2022, 02:22 ✶
Coś mu mówiło w kościach, gdzieś głęboko w środeczku, że dzisiaj był dobry dzień. Wstał, ubrał się, dolał do kawy goblińskiego bimbru i od razu świat stał się bardziej kolorowy, ciesząc oczy i pozwalając jakby z nowym zapałem spojrzeć na malującą się przed nim perspektywę spędzenia dnia w warsztacie. Miał na dzisiaj parę umówionych klientów, z czego dwóch z nich miało odebrać wcześniej oddane do naprawy przedmioty, a to oznaczało gotówkę. Zawsze na myśl o galeonach uśmiechało się jego wewnętrzne dziecko, a teraz nawet, stojąc w oknie i wyglądając na ulicę przez brudną zasłonkę, pozwolił sobie na lekki, błogi uśmieszek.
Odetchnął z zadowoleniem, kiedy upił ostatni łyk kawy i zebrał się do wyjścia.
Jedyne co mu pozostawało, to kupienie paczki papierosów. Ostatniego właśnie trzymał między palcami i zaciągając się papierosianym dymem, który dawno nie smakował mu tak dobrze. Musiał tylko dojść do końca ulicy, skręcić w prawo, przejść przez ukryte podwórko, gdzie zawsze ktoś zostawiał otwartą bramę, a tam za winklem czekał na niego sklep. Wyszedł właśnie z bramy, skręcił za róg... i dostał zaklęciem.
Aż nim zakręciło. Co prawda nigdy nie uczył się baletu, ale czuł że za ten piruet dostałby owacje na stojąco, nawet na scenie międzynarodowej klasy. Na moment też przestraszył się, że oto właśnie dokonało się - stracił źródło utrzymania i pozostanie mu granie smętnych piosenek na grzebieniu po spożywczakiem na Horyzontalnej, bo pociemniało mu na moment przed oczami. Krzyknął, ryknął, a może warknął, albo wszystko to na raz, co sprowadziło się do nieartykułowalnego brzmienia zakończonego chrumknięciem, bo się zatchnął.
Może to po prostu magimilicja? Wreszcie znaleźli na niego dowody. Ktoś z szajki znowu chlapnął jęzorem. Po tylu latach życia w spokoju. Tyle uczciwej pracy oszusta na marne. Niech on się tylko dowie, który to, jak już go wypuszczą, a zaraz trafi tam z powrotem.
Jego wewnętrzne biadolenie zostało przerwane ukłuciem paniki, kiedy uświadomił sobie, że osunąwszy się po powierzchni półkolumny, która zdobiła wejście do bramy, zaczęło mu się robić tak jakoś zimno. Za zimno.
Odetchnął z zadowoleniem, kiedy upił ostatni łyk kawy i zebrał się do wyjścia.
Jedyne co mu pozostawało, to kupienie paczki papierosów. Ostatniego właśnie trzymał między palcami i zaciągając się papierosianym dymem, który dawno nie smakował mu tak dobrze. Musiał tylko dojść do końca ulicy, skręcić w prawo, przejść przez ukryte podwórko, gdzie zawsze ktoś zostawiał otwartą bramę, a tam za winklem czekał na niego sklep. Wyszedł właśnie z bramy, skręcił za róg... i dostał zaklęciem.
Aż nim zakręciło. Co prawda nigdy nie uczył się baletu, ale czuł że za ten piruet dostałby owacje na stojąco, nawet na scenie międzynarodowej klasy. Na moment też przestraszył się, że oto właśnie dokonało się - stracił źródło utrzymania i pozostanie mu granie smętnych piosenek na grzebieniu po spożywczakiem na Horyzontalnej, bo pociemniało mu na moment przed oczami. Krzyknął, ryknął, a może warknął, albo wszystko to na raz, co sprowadziło się do nieartykułowalnego brzmienia zakończonego chrumknięciem, bo się zatchnął.
Może to po prostu magimilicja? Wreszcie znaleźli na niego dowody. Ktoś z szajki znowu chlapnął jęzorem. Po tylu latach życia w spokoju. Tyle uczciwej pracy oszusta na marne. Niech on się tylko dowie, który to, jak już go wypuszczą, a zaraz trafi tam z powrotem.
Jego wewnętrzne biadolenie zostało przerwane ukłuciem paniki, kiedy uświadomił sobie, że osunąwszy się po powierzchni półkolumny, która zdobiła wejście do bramy, zaczęło mu się robić tak jakoś zimno. Za zimno.