adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
—23/11/1962—
Klub nocny „Sala wymiarów”, Aleja Horyzontalna
Erik Longbottom & Laurence Selwyn
To była zimna i mokra listopadowa noc, ale atmosfera w „Sali Wymiarów” nie mogła być bardziej ciepła i żywa. Lokal słynął z występów na żywo, w których brały udział zarówno zespołu złożone z ludzi, jak i skrzatów domowych. Od lat schodziły się tu tłumy modnych i bogatych ludzi, stanowiąc w dni powszednie miejsce spotkań towarzyskich i biznesowych, aby w weekend przekształcić się w przystań dla spragnionych alkoholu i wrażeń młodych czarodziejów i czarownic.
Nic dziwnego, że nowe pokolenie upodobało sobie lokal na Horyzontalnej. Podstawą głównej sali był parkiet taneczny z podłogą wykonaną z polerowanego drewna. Ściany zdobiły ciemne kolory i geometryczne figury. Scena z podwyższeniem znajdowała się w rogu, wzniesiona ponad tłum i otoczona od strony ścian lustrzanymi panelami, które odbijały światło i ruchy bawiących się gości.
Żyrandole pod sufitem były najbardziej uderzającym aspektem wystroju klubu. Pośród szkiełek umieszczono magiczne ognie, które zmieniały kolor i kształt w zależności od nastroju i typu muzyki. Tworzyły w ten sposób oszałamiający spektakl świateł i cieni, potęgując wrażenia gości. Kolory wahały się od ciepłych czerwieni i pomarańczy po chłodne błękity i fiolety, a kształty od prostych okręgów i gwiazd po złożone fraktale i spirale.
Z parkietu po kilku schodkach można było przejść na swego rodzaju galerię, odgrodzoną od parkietu barierkami i zaklęciami wygłuszającymi. Na tym poziomie znajdował się między innymi bar i przejście do dodatkowych pomieszczeń lokalu. Roiło się tutaj od stołków i stolików, przy których mogą zasiąść goście. Były tu też schody prowadzące na wyższe piętra; na pierwszym znajdowała się kolejna strefa dla gości wypełniona stolikami i lożami, a na drugim strefa VIP, przeznaczona dla tych, którzy są gotowi zapłacić więcej za chwilę spokoju... Lub zaprosić gości z niższych pięter na swój koszt.
Nie wierzę, kurwa, własnym uszom, powtarzał w myślach Erik, bawiąc się kołnierzykiem białej koszuli. Przecież to musiał być jakiś cholerny dowcip. To miał być ten elitarny klub, który wszyscy tak chwalili na jesiennym bankiecie? Merlinie, dokąd ten świat zmierzał. Ponownie zmierzył nieprzyjemnym wzrokiem ochroniarza broniącego wejścia do strefy VIP. Wyglądał jak wyrośnięty psidwak broniący podwórka tego jednego wrednego sąsiada, którego każdy miał lub kiedyś będzie mieć.
— Posłuchaj mnie — zwrócił się do niego po raz kolejny, podnosząc nieco głos, Zaklęcia wyciszające ten segment słabły. Były dawno nieodnowione, albo grająca od kilku dobrych godzin muzyka stawała się po prostu za głośna. — Hej! — Pstryknął palcami, chcąc zwrócić na siebie uwagę faceta. Ten w odpowiedź napiął mięśnie. Byli niemalże równi wzrostem, jednak budowa ciała pracownika lokalu niestety działała na niekorzyść ledwo dwudziestoletniego Brygadzisty. — Na pewno mnie kojarzysz. Siedziałem tam pół wieczoru, a teraz ty nie chcesz mnie wpuścić? To jakiś żart?
Co to w ogóle była za kultura? Tam zostały wszystkie jego rzeczy! Co z tego, że to nie on opłacił strefę? Był tam w gościach u dalekiego znajomego, świętował przy okazji pierwszy rok spędzony w pracy dla Ministerstwa Magii, a ostatnią godzinę... Po prostu spędził na parkiecie i przy barze, z dala od reszty swych kompanów. Trochę się poprztykali w kwestii tego, kto ma zapłacić za kolejną kolejkę. Erik się ewakuował na parkiet. Czy to była jakaś zbrodnia? Nie, oczywiście, że nie! To było normalne zachowanie w takim lokalu. Ale ten trep tego po prostu nie rozumiał! Longbottom ostatkiem rozsądku powstrzymał się od zagrania kartą pod tytułem: Czy ty wiesz, kim ja jestem?
— Ile razy mam ci powtarzać...? — „Psidwak” wbił w niego ciężki wzrok. — Typki, z którymi byłeś już stąd poszli. Nie wykupiłeś wejścia, to tam nie wrócisz. To chyba logiczne, czy mam ci to wytłumaczyć bardziej dosadnie?
— Ty wcale nic takiego nie... — zaczął, jednak po chwili zakręciło mu się w głowie. Może to jednak była prawda? Wlał w siebie całkiem sporo alkoholu. Fakt faktem odreagował trochę na parkiecie, ale trzeźwy w stu procentach to nie był. — Dobra, wiesz co? Daruj sobie! Nieważne. Poradzę sobie sam!
Ruszył w stronę schodów, przeklinając pod nosem tę upartą gnidę. Czy naprawdę tak trudno było wpuścić go tam na pięć minut? Albo po prostu pójść z nim, żeby mógł zabrać swoje rzeczy? Chociaż skoro mówił, że ktoś je zabrał... Może faktycznie zabrał je znajomy z Brygady i odzyska je rano? Tylko, czy ochroniarz mógł być tego pewien? Tam była jego marynarka, jego odznaka... Bones go rozszarpie, jak się okaże, że ją stracił.
Erik zatrzymał się przy barierce, wbijając tępy wzrok w scenę na dole. Dochodziło do niego jedynie lekkie dudnienie, jednak z tego, co widział, ludzie całkiem nieźle się bawili. Dzisiaj na scenie dominowało trio rudowłosych wiedźm z Irlandii. Podobno grały rocka „doprawionego odrobiną magii”. Może któraś z nas była potomkinią wiły? Pomimo tego, że śpiewały w swoim ojczystym języku, ich piosenki były tak porywające, że bariera językowa zdawała się nie mieć znaczenia. Tłum ich uwielbiał.
Pieprzyć to, pomyślał, odpychając się od balustrady i schodząc na niższe piętro, przeskakując po kilka schodków na raz. I w momencie, gdy miał zeskoczyć na pół-piętro... Zza zakrętu wychylił się wysoki nieco starszy od niego mężczyzna. Erik nie był w stanie wyhamować, mógł jednak zminimalizować szanse na swój upadek... Objął na wpół obcego, starając się złapać równowagę, aby chwilę później się od niego odkleić.
— Na Merlina! Przepraszam, nie powinienem... — w tym momencie zerknął na niższe piętro, z którego nadszedł facet.
U stóp schodów podążało za nim jeszcze kilka osób w naprawdę drogich i wysokiej jakości kreacjach... A dalej stał tłum gapiów i... Reporterów z aparatami. Erik momentalnie pobladł i baaardzo powoli zerknął na faceta, którego prawie powalił na ziemię. Otrzeźwiał nawet nieco.
— Ja... Ja... Pan — Ku własnemu zdumieniu rozpoznał go. Nie znali się osobiście, ale kojarzył z plakatów wywieszonych w magicznej dzielnicy. — P-pan Selwyn. Laurence Selwyn. Najmocniej przepraszam, nie chciałem nic..
Język zaczął mu się plątać. Mokre od potu włosy opadły mu na czoło, tworząc krótką grzywkę, a wzrok Erika miotał się od Selwyna po reporterów, jakby nie wiedział, czy powinien przesunąć się na bok, czy uciekać. A jeśli uciekać to w którą stronę? W górę, w dół? Przez barierki ku parkietowi, żeby oszczędzić sobie kolejnego zastrzyku wstydu?
Nic dziwnego, że nowe pokolenie upodobało sobie lokal na Horyzontalnej. Podstawą głównej sali był parkiet taneczny z podłogą wykonaną z polerowanego drewna. Ściany zdobiły ciemne kolory i geometryczne figury. Scena z podwyższeniem znajdowała się w rogu, wzniesiona ponad tłum i otoczona od strony ścian lustrzanymi panelami, które odbijały światło i ruchy bawiących się gości.
Żyrandole pod sufitem były najbardziej uderzającym aspektem wystroju klubu. Pośród szkiełek umieszczono magiczne ognie, które zmieniały kolor i kształt w zależności od nastroju i typu muzyki. Tworzyły w ten sposób oszałamiający spektakl świateł i cieni, potęgując wrażenia gości. Kolory wahały się od ciepłych czerwieni i pomarańczy po chłodne błękity i fiolety, a kształty od prostych okręgów i gwiazd po złożone fraktale i spirale.
Z parkietu po kilku schodkach można było przejść na swego rodzaju galerię, odgrodzoną od parkietu barierkami i zaklęciami wygłuszającymi. Na tym poziomie znajdował się między innymi bar i przejście do dodatkowych pomieszczeń lokalu. Roiło się tutaj od stołków i stolików, przy których mogą zasiąść goście. Były tu też schody prowadzące na wyższe piętra; na pierwszym znajdowała się kolejna strefa dla gości wypełniona stolikami i lożami, a na drugim strefa VIP, przeznaczona dla tych, którzy są gotowi zapłacić więcej za chwilę spokoju... Lub zaprosić gości z niższych pięter na swój koszt.
~~*~~
Nie wierzę, kurwa, własnym uszom, powtarzał w myślach Erik, bawiąc się kołnierzykiem białej koszuli. Przecież to musiał być jakiś cholerny dowcip. To miał być ten elitarny klub, który wszyscy tak chwalili na jesiennym bankiecie? Merlinie, dokąd ten świat zmierzał. Ponownie zmierzył nieprzyjemnym wzrokiem ochroniarza broniącego wejścia do strefy VIP. Wyglądał jak wyrośnięty psidwak broniący podwórka tego jednego wrednego sąsiada, którego każdy miał lub kiedyś będzie mieć.
— Posłuchaj mnie — zwrócił się do niego po raz kolejny, podnosząc nieco głos, Zaklęcia wyciszające ten segment słabły. Były dawno nieodnowione, albo grająca od kilku dobrych godzin muzyka stawała się po prostu za głośna. — Hej! — Pstryknął palcami, chcąc zwrócić na siebie uwagę faceta. Ten w odpowiedź napiął mięśnie. Byli niemalże równi wzrostem, jednak budowa ciała pracownika lokalu niestety działała na niekorzyść ledwo dwudziestoletniego Brygadzisty. — Na pewno mnie kojarzysz. Siedziałem tam pół wieczoru, a teraz ty nie chcesz mnie wpuścić? To jakiś żart?
Co to w ogóle była za kultura? Tam zostały wszystkie jego rzeczy! Co z tego, że to nie on opłacił strefę? Był tam w gościach u dalekiego znajomego, świętował przy okazji pierwszy rok spędzony w pracy dla Ministerstwa Magii, a ostatnią godzinę... Po prostu spędził na parkiecie i przy barze, z dala od reszty swych kompanów. Trochę się poprztykali w kwestii tego, kto ma zapłacić za kolejną kolejkę. Erik się ewakuował na parkiet. Czy to była jakaś zbrodnia? Nie, oczywiście, że nie! To było normalne zachowanie w takim lokalu. Ale ten trep tego po prostu nie rozumiał! Longbottom ostatkiem rozsądku powstrzymał się od zagrania kartą pod tytułem: Czy ty wiesz, kim ja jestem?
— Ile razy mam ci powtarzać...? — „Psidwak” wbił w niego ciężki wzrok. — Typki, z którymi byłeś już stąd poszli. Nie wykupiłeś wejścia, to tam nie wrócisz. To chyba logiczne, czy mam ci to wytłumaczyć bardziej dosadnie?
— Ty wcale nic takiego nie... — zaczął, jednak po chwili zakręciło mu się w głowie. Może to jednak była prawda? Wlał w siebie całkiem sporo alkoholu. Fakt faktem odreagował trochę na parkiecie, ale trzeźwy w stu procentach to nie był. — Dobra, wiesz co? Daruj sobie! Nieważne. Poradzę sobie sam!
Ruszył w stronę schodów, przeklinając pod nosem tę upartą gnidę. Czy naprawdę tak trudno było wpuścić go tam na pięć minut? Albo po prostu pójść z nim, żeby mógł zabrać swoje rzeczy? Chociaż skoro mówił, że ktoś je zabrał... Może faktycznie zabrał je znajomy z Brygady i odzyska je rano? Tylko, czy ochroniarz mógł być tego pewien? Tam była jego marynarka, jego odznaka... Bones go rozszarpie, jak się okaże, że ją stracił.
Erik zatrzymał się przy barierce, wbijając tępy wzrok w scenę na dole. Dochodziło do niego jedynie lekkie dudnienie, jednak z tego, co widział, ludzie całkiem nieźle się bawili. Dzisiaj na scenie dominowało trio rudowłosych wiedźm z Irlandii. Podobno grały rocka „doprawionego odrobiną magii”. Może któraś z nas była potomkinią wiły? Pomimo tego, że śpiewały w swoim ojczystym języku, ich piosenki były tak porywające, że bariera językowa zdawała się nie mieć znaczenia. Tłum ich uwielbiał.
Pieprzyć to, pomyślał, odpychając się od balustrady i schodząc na niższe piętro, przeskakując po kilka schodków na raz. I w momencie, gdy miał zeskoczyć na pół-piętro... Zza zakrętu wychylił się wysoki nieco starszy od niego mężczyzna. Erik nie był w stanie wyhamować, mógł jednak zminimalizować szanse na swój upadek... Objął na wpół obcego, starając się złapać równowagę, aby chwilę później się od niego odkleić.
— Na Merlina! Przepraszam, nie powinienem... — w tym momencie zerknął na niższe piętro, z którego nadszedł facet.
U stóp schodów podążało za nim jeszcze kilka osób w naprawdę drogich i wysokiej jakości kreacjach... A dalej stał tłum gapiów i... Reporterów z aparatami. Erik momentalnie pobladł i baaardzo powoli zerknął na faceta, którego prawie powalił na ziemię. Otrzeźwiał nawet nieco.
— Ja... Ja... Pan — Ku własnemu zdumieniu rozpoznał go. Nie znali się osobiście, ale kojarzył z plakatów wywieszonych w magicznej dzielnicy. — P-pan Selwyn. Laurence Selwyn. Najmocniej przepraszam, nie chciałem nic..
Język zaczął mu się plątać. Mokre od potu włosy opadły mu na czoło, tworząc krótką grzywkę, a wzrok Erika miotał się od Selwyna po reporterów, jakby nie wiedział, czy powinien przesunąć się na bok, czy uciekać. A jeśli uciekać to w którą stronę? W górę, w dół? Przez barierki ku parkietowi, żeby oszczędzić sobie kolejnego zastrzyku wstydu?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞