• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3
27.03.1972, Posiadłość rodowa Burke'ów pod Londynem || Elijah&Deborah

27.03.1972, Posiadłość rodowa Burke'ów pod Londynem || Elijah&Deborah
The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#1
31.10.2022, 12:23  ✶  

27.03.1972
Posiadłość rodowa Burke'ów pod Londynem



Deborah nie zostawiała zbyt wiele miejsca w swoim życiu przypadkowi. Lubiła znany, utarty schemat dnia niemal tak samo, jak widok równo ułożonych szpilek w swojej przepastnej garderobie albo wieczornego drinka o idealnie odmierzonych proporcjach, którego zazwyczaj sączyła, siedząc na kanapie z podwiniętymi pod siebie nogami przy dźwiękach muzyki leniwie wypełniającej spokojny salon.

Dlatego obchodzenie swoich urodzin było dla niej rzeczą nie tyle drugorzędną, co raczej zepchniętą na plan o wiele odleglejszy.

Wiedziała oczywiście, że kiedyś tam wypadają i nigdy nie starała się tej myśli uparcie pozbyć, bo nie postrzegała tego w aspekcie porażki, a już z pewnością nie należała do tych osób, które użalają się nad sobą z powodu nieustępliwego procesu starzenia się ciała. Tego dnia rano obudziła się nawet ze świadomością, że kiedyś tam wypada właśnie dzisiaj, ale na tym skończyło się całe celebrowanie tego faktu, jak i w ogóle rozmyślanie o nim. Miała dużo na głowie; po południu czekała ją głośna i trudna rozprawa, do której przygotowywała się ostatnimi tygodniami, niejednokrotnie urywając długie godziny snu, poza tym musiała porozmawiać z opiekunką Alexandra — to znaczy pozbyć się jej i znaleźć nową, bo dziewczyna dawno już wyczerpała nie tak ograniczoną cierpliwość Deborah — i zająć się szukaniem nowej. W międzyczasie chciała poćwiczyć, bo ostatnio zaniedbywała treningi utrzymujące jej sylwetkę we względnych ryzach, a także spotkać się z koleżanką na kawie, żeby zapytać o nowy model bezobsługowych maszyn do pisania i zasięgnąć języka w kwestii trendów na rynku, bo dawno już miała wymienić denerwujące ją zasłony wiszące w sypialni Burke’ów.

Żeby to wszystko załatwić, inne osoby potrzebowałyby siedemdziesięciu dwóch godzin, ale dla niej przy dobrej organizacji osiemnaście powinno być wystarczające. Mimo wszystko był to czas tak do bólu wypchany aktywnością, że wychodząc z kominka we własnym domu grubo po dziesiątej, Deborah marzyła tylko o relaksującej kąpieli i kieliszku czegoś mocniejszego. Nie uprzedziła męża, że dzisiaj nie będzie jej aż do nocy, mimo to w domu panował harmonijny spokój i zaczęła się nawet zastanawiać, czy Elijah nie został przypadkiem dłużej w warsztacie.

W salonie zorientowała się, że jednak nie. Elijah był w kuchni, więc skierowała się prosto w jego stronę.

Po drodze zatrzymała się jeszcze, żeby zdjąć szpilki prostym, choć pełnym gracji szarpnięciem i na boso pokonała resztę odległości dzielącą ją od wyspy w kuchni. Echo kroków ucichło, czyniąc ją teraz nie tylko subtelną, ale też o głowę niższą od Elijaha. Różnicę wzrostu Deborah nadrabiała zadartym podbródkiem, surowością naturalnie rzeźbiącą rysy jej twarzy i nienaganną elegancją; jak zwykle.

— Zwolniłam Margaret — oświadczyła bez żadnych powitań czy innych słodkich słówek, które zazwyczaj są wymieniane między czułymi małżonkami, zwłaszcza jeśli nie widzieli się od niemal doby mimo mieszkania pod jednym dachem. Oni tacy nie byli. Może dlatego Deborah wyszła właśnie za Elijaha. — Była bardziej zajęta oglądaniem twojego tyłka niż wydobywaniem talentu magicznego naszego dziecka. — Uśmiechnęła się złośliwie i nieco zmrużyła przy tym mimochodem oczy. Znał ją. Zazdrość i terytorialność wibrowały w niej naprawdę mocno, ale te słowa były tylko niewinnym żartem. — A jutro kupię wreszcie materiał na kotary, więc bądź tak miły… — i zdejmij je jeszcze dzisiaj. Słowa zamarły jej na ustach. Zmieniła zdanie. — I zrób mi drinka.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
golden usurper
If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, ciemna karnacja, dobrze zbudowana sylwetka. Zarost na twarzy, krótko ścięte włosy i oczy, czarne niczym obsydian, odziedziczone po matce z rodu Blacków. Przeważnie na ustach gości kpiący, pewny siebie uśmieszek, który nie sięga tęczówek, czujnych i dziwnie poważnych. Ubiera się nienagannie, wysławia elegancko.

Elijah Burke
#2
31.10.2022, 12:49  ✶  

Nie planował niczego.

Zwykle lubił dać się ponieść spontaniczności, tym szalonym ideom, które nachodziły go niemalże regularnie. Przypisywał to głównie swojemu zawodowi, w którym – poza perfekcją i starannością – niejednokrotnie musiał wykazywać się sprytem i kreatywnością. Plany wszelkiej maści, od urlopowych wyjazdów po menu obiadowe na najbliższy tydzień zostawiał w rękach najbardziej zorganizowanej osoby, jaką poznał w życiu.

Szczęśliwie się złożyło, że tą personą była jego własna żona.

Wiedział, że to ten dzień gdy tylko otworzył oczy skoro świt, i nie zastał Deborah śpiącej u jego boku. Praca w Ministerstwie i piastowanie tak wysokiej pozycji miały swoją cenę, chociaż czuł, że nie chodziło tylko o natłok obowiązków. Znał panią Burke równie dobrze, co siebie samego – i wiedział, że nie celebrowała swoich urodzin w specjalny sposób. Wolała, by wszyscy wokół traktowali tą datę jako kolejny punkt do odhaczenia w kalendarzu – ale Elijah nie nazywałby się Burke jeśli faktycznie na tym by poprzestał. Nie pokusił się o to, by wysłać sowę z jakąś niebotycznie wyzłoconą kartką urodzinową i niekoniecznie grzeczną treścią w środku, postanawiając oszczędzić Rhiannon gęstych tłumaczeń; chociaż sama myśl wywołała nazbyt radosny uśmiech na twarzy jej męża. Finalnie, po zjedzeniu śniadania i spędzeniu około godziny z Alexandrem, zostawił syna w bezpiecznych objęciach opiekunki i ruszył do warsztatu.

Pracownia stanowiła swego rodzaju azyl. Rzadko zdarzało się, by Elijah zarywał całe noce bądź dnie w atelier, bo chociaż jubilerstwo wymagało kunsztu i szczegółowości, był przecież sam sobie szefem – a to pozwalało mu na planowanie przebiegu dnia wedle własnego widzimisię. W środku zastał już ojca, którego naburmuszona mina nie była niczym nowym; minęli się bez słowa, każdy zajęty czymś innym. Elijah kończył właśnie kolię dla pewnej starszej damy, która dobiegała szczęśliwej siedemdziesiątki – okrutnie drogi prezent był finansowany przez pięcioro wnucząt owej niewiasty. Przez chwilę rozważał, czy nie rzucić zamówienia w kąt i nie zająć się czymś dla Deborah; szybko jednak uznał, że jeśli wręczy żonie kolejną sztukę biżuterii, to ta wkrótce otworzy mu konkurencję. Na przestrzeni lat nie skąpił jej tego typu podarków – nawet wtedy, gdy tylko ze sobą sypiali, i żadne z nich nie sądziło, że to coś na zawsze.

Niesamowite, że mógł nazywać ją żoną; on, który sądził, że nigdy się nie ożeni.

A już na pewno nie z miłości.

Gdy wrócił do domu zajął się Alexandrem; zjadł z synem kolację, pobawił się z nim i oddał go pod opiekę uszczęśliwionej babci, zakochanej we wnuku bez pamięci. Dzisiejszy wieczór miał należeć do niego i Rhiannon, chociaż wiedział, że kobieta wróci późno. Zdążył przyzwyczaić się do specyfiki jej zawodu – dla Deborah doba mijała zdecydowanie zbyt szybko.
Charakterystyczny trzask dochodzący z kominka, a potem odgłos cichych kroków – była tu. Stał przy kuchennym blacie, układając na srebrnej tacy umyte przed chwilą winogrona, tuż obok przeróżnych serów i innych zakąsek; zerknął na Deborah, gdy wkroczyła do kuchni, lekko unosząc brwi na dźwięk jej słów.

- Spójrz mi w oczy i bądź ze mną szczera, dziwisz się jej? – rzucił swobodnie, doskonale wiedząc, że słowa jedynie podbiją zazdrość; chociaż tym razem utrzymaną w granicach wspólnego żartu. – Nasz syn nie potrzebuje pomocy. Jego potencjał przerasta nasz razem wzięty. Jest idealny. – w głosie mężczyzny brzmiała przede wszystkim duma; był święcie przekonany, że tak właśnie było. Gdy żona znów się odezwała, Elijah wywrócił oczami, opierając dłonie na blacie w wyrazie udawanej dezaprobaty. – Kobieto, czy ty myślisz, że poślubiłaś amatora? Tu jest drink – sięgnął po przygotowaną wcześniej szklaneczkę, wypełnioną ognistą whisky i jedną kostką lodu w środku. – A zasłony zdjąłem dwie godziny temu, więc serio, kup je w końcu i miejmy to z głowy.

Bez ostrzeżenia chwycił Deborah za smukły nadgarstek, przyciągnął ją do siebie i pocałował, krótko i mocno.

- Przygotowałem ci kąpiel. Gorąca woda, mnóstwo piany i te wszystkie pachnidła, których używasz. Alexander jest u rodziców, mamy dużo alkoholu i dobrego jedzenia.

Spojrzał wprost w oczy żony; ten porażający błękit, dla reszty lodowaty. Dla niego; jedyny ogień, w którym był gotów dobrowolnie spłonąć.

- Nie mam tortu, bo nie lubisz. Poza spokojnym wieczorem mam w planach zabrać cię do Egiptu, ale musisz ustalić, kiedy dostaniesz wolne, bo inaczej mnie zamordujesz, pracoholiczko. – ujął jej twarz w dłonie i uśmiechnął się; szczerze, zawadiacko, tak typowo dla siebie. – Wszystkiego najlepszego, kochanie.

The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#3
31.10.2022, 13:39  ✶  

W ogóle się jej nie dziwiła. I chociaż hardo spojrzała mężowi w oczy, nie spełniła jego prośby — czy raczej rozkazu? — i nie przyznała tego na głos. Prawdopodobnie nie musiała, bo Elijah mógł to spokojnie wyczytać wprost z jej błyszczących oczu, kiedy gapiła się na niego ponad stołem wypełnionym pysznie wyglądającymi przystawkami, choć w gruncie rzeczy tak mało istotnymi w obliczu przepychanki słownej z mężem.

Oczywiście to, że się jej nie dziwiła nie zmniejszało nawet o cal poczucia zagrożenia, które dziewczyna stanowiła w jej postrzeganiu rzeczywistości. I oczywiście, mogłaby zapanować nad zazdrością, przymknąć oko na trochę zbyt powłóczyste spojrzenia wiodące za jej mężem, ale czy wtedy wciąż mogłaby nazywać się Deborah Burke? Z pewnością patrzenie na siebie w lustrze byłoby trudniejsze.

— Zawsze mógłby być lepszy — odparowała na słowa o potencjale magicznym ich synu zanim zdążyła ugryźć się w język.

Natychmiast bowiem zrozumiała swój oczywisty błąd; nie chciała się dzisiaj kłócić z mężem, a takie uwagi zazwyczaj drażniły Elijaha, który syna darzył miłością bezgraniczną oraz bezwarunkową i robiłby to pewnie nawet wtedy, gdyby dziecko nie było tak bezproblemowe, jakim stało się w rzeczywistości; gdyby Alexander miał trzecie oko, szósty palec albo — bogowie, jeśli jacy istniejecie, strzeżcie — okazał się być charłakiem albo zainteresował się podejrzanymi poglądami dotyczącymi rzekomej równości czystokrwistych i szlam.

Ale ona taka nie była. Nie zamierzała za to ani przepraszać, ani próbować się zmieniać.

Żeby nie doprowadzić do kłótni, uśmiechnęła się uroczo tak, jak tylko ona potrafiła, kiedy chciała coś osiągnąć; lekko marszcząc przy tym nos, z przeszywającym spojrzeniem wciąż wbitym w jego twarz. Wierzyła, że poradzi sobie z każdą furią, w jaką mógł wpaść mężczyzna za którego wyszła — choć ona też nie spodziewała się że małżeństwo kiedykolwiek stanie się jej udziałem — ba, była też święcie przekonana, że przy mniejszym albo większym wysiłku z jej strony mogłaby spowodować, że zapomniałby o całym świecie.

— Przy zatrudnianiu następnej upewnię się, że zapomniała w którym roku przekroczyła sześćdziesiątkę — dodała aż do bólu przesłodzonym głosem, po czym mruknęła przeciągle, przyjmując szklankę i przestając interesować się tematem opiekunki dla Alexa.

Nie mogła nie zauważyć, że lód w szklance jeszcze nie zdążył stopnieć. Elijah musiał wrzucić go do drinka na kilka minut przed jej przybyciem i to wyczucie męża niemal ją rozczuliło. Choć oczywiście o wiele bardziej rozczulał ją, kiedy był tak stanowczy, że prawie brutalny, gdy łapiąc ją za nadgarstek, szarpnął w swoją stronę. Pocałunek wyciśnięty na ustach zmył z niej zupełnie resztki chęci do rozmowy o rzeczach tak przyziemnych, jak jakieś pieprzone kotary czy jakaś równie pieprzona gówniara nie radząca sobie z powierzonymi jej zadaniami.

Rozbudził za to zdecydowanie inne pragnienia, których się po sobie nie spodziewała po tak ciężkim dniu. Ale Elijah już tak miał i to nie zmieniało się pomimo spędzonych razem lat; potrafił jednym władczym gestem rozpalić w niej pożądanie, jakiego nie czuła względem innych mężczyzn. Potrafił spowodować, że dominacja mężczyzny nad sobą jawiła się ekscytująco, a nie poniżająco.

Tylko on tak na nią działał.

— Jebać tort — szepnęła mu prosto w usta, kiedy trzymał ją przy sobie jak zwykle w ten sposób, że nie chciała być nigdy puszczona; ona, która ceniła sobie niezależność bardziej niż cokolwiek na świecie. — Teleportujmy się do Egiptu teraz. Albo gdziekolwiek indziej, byle dalej stąd. Ucieknijmy od obowiązków i schematów… Cholera, brzmię jak marzycielka, co? — prychnęła i przewróciła oczami. Może faktycznie się starzała. — Chociaż te przystawki wyglądają zajebiście. Je możemy wziąć ze sobą. — Uśmiechnęła się złośliwie.

Wulgaryzmy jak zwykle wypowiadała niczym melodię, a nie zwykły rynsztok. Przy nim nie zwykła przebierać w słowach; zrzucała te maski, które kazał narzucić jej świat i ramy, do których dostosowania się ją zmuszał.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
golden usurper
If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, ciemna karnacja, dobrze zbudowana sylwetka. Zarost na twarzy, krótko ścięte włosy i oczy, czarne niczym obsydian, odziedziczone po matce z rodu Blacków. Przeważnie na ustach gości kpiący, pewny siebie uśmieszek, który nie sięga tęczówek, czujnych i dziwnie poważnych. Ubiera się nienagannie, wysławia elegancko.

Elijah Burke
#4
02.11.2022, 19:57  ✶  

Kąciki ust mężczyzny nieznacznie drgnęły ku górze; jawny znak, że zauważył dobitny upór żony w tej drobnej kwestii. Nie spodziewał się oczywiście, że przyzna mu rację, nawet w żartach; pod względem zazdrości byli z Deborah identyczni. Gdyby sytuacja była odwrotna, potencjalny kandydat do rzucania znaczących spojrzeń w stronę pani Burke miałby zarezerwowane łóżko w Mungu – ale tego nie musiał przecież mówić. Zamiast tego skubnął winogrono leżące na srebrnej tacy, po chwili spłukując słodycz z języka sporym łykiem whisky; alkohol przyjemnie rozgrzał gardło.

Słowa żony zadziałały momentalnie i były niczym celny cios w żołądek; Elijah zesztywniał, wyprostował się znacznie i spojrzał wprost w lodowate tęczówki kobiety. Jego spojrzenie mówiło wyraźnie: nawet nie zaczynaj, chociaż tyle równie dobrze mogła wyczytać z jego mowy ciała. Nie był pewien kiedy dokładnie zaszła w nim ta ogromna, niespodziewana przemiana; w nim, w człowieku, który święcie uważał, że nie nadawał się na ojca. Nie planowali dzieci, przynajmniej nie tak szybko po ślubie – ale nagle w ich życiu pojawił się Alexander i wszystko się zmieniło. Ich syn był idealny tak, jak tylko mogło być idealne dziecko dwójki czarodziejów ze szlachetnych rodzin: piękny, spokojny, utalentowany. Najmniejsze sukcesy syna Elijah odbierał jak własne, i chętnie okazywał tą dumę wobec wszystkich. Deborah z kolei zachowywała się zupełnie inaczej – i niejednokrotnie już stoczyli batalię w tym temacie. Dzisiaj jednak nie było miejsca na kłótnie i roztrząsanie tego typu spraw; na szczęście, gdy tylko uśmiechnęła się w swój charakterystyczny sposób, jej mąż od razu się rozluźnił. Jedno trzeba było przyznać pani Burke – znała swojego partnera na wylot.

- Chcesz, żebym dostał zawału, jak zobaczę jej twarz rano przy śniadaniu? – wywrócił oczami znacząco, udając rozczarowanie decyzją żony. Oczywiście nie miał nic przeciwko, to nie on zatrudniał te stada opiekunek dla syna – było mu wszystko jedno, dopóki te kobiety faktycznie wywiązywały się ze swoich obowiązków.

Chwilę później Deborah znalazła się w jego objęciach; stanowczych, lecz zarazem niemal czułych, chociaż on lubił podkreślać dominację. W tym aspekcie pasowali do siebie idealnie; w dzień to jego żona była tą bardziej stanowczą, decyzyjną jednostką – noce należały do niego.

Zmrużył nieco oczy, słysząc jej cichy, lekko zachrypnięty głos; uśmiechnął się powoli, niemal leniwie, doskonale zdając sobie sprawę z efektu, jaki wywarł na żonie. Przekleństwa w jej ustach zawsze brzmiały dla niego niczym melodia, i nigdy nie miał nic przeciwko, by słuchać jak najdłużej; dzięki temu był jedynym, który znał prawdziwą Deborah Burke, pozbawioną codziennych masek. Odgarnął niesforny, jasny kosmyk włosów z jej twarzy, muskając przy tym palcami gładką skórę policzka i schodząc dotykiem niżej, na szyję.

- Teraz tak mówisz, bo jesteś zadowolona, ale jak tylko się tam przeniesiemy, myślami wrócisz do pracy – mruknął łagodnie, odsuwając się jednocześnie na krótki moment. Sięgnął po własnego drinka i podał go kobiecie. – Wolę zaczekać z wakacjami aż uporządkujesz wszystko w Ministerstwie. I tak, brzmisz jak marzycielka, podoba mi się to – bez ostrzeżenia wziął żonę na ręce, jednocześnie uważając na alkohol w jej rękach. – Nie polej mi koszuli – rzucił prośbę, chociaż nie przywiązywał do tego wagi; wspólnie ruszyli do łazienki.

Wanna była już wypełniona po brzegi wonną pianą; pomieszczenia oświetlały płomienie świec, nadając odpowiedniego nastroju. Elijah postawił żonę, bezpardonowo zabierając się za rozpinanie guzików jej eleganckiej, białej koszuli; pochylił się, by znów ją pocałować, tym razem nieznośnie powoli i zmysłowo.

- Zgarnąć przystawki czy wolisz od razu przejść do deseru?

The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#5
05.11.2022, 18:23  ✶  

Wszystko to wydawało się tak do bólu słodkie i romantyczne, że jeszcze kilka lat temu Deborah okrutnie wyśmiałaby każdego, kto przewidziałby jej przyszłość w takich właśnie barwach. Zdawało się jej, że nic nie jest w stanie skruszyć tego chłodu, którym się otaczała, że nikt nigdy nie wprawi jej serca w szybszy rytm. Ale pojawił się Elijah Burke, prawdopodobnie jedyna osoba w dziejach ludzkości, która była zdolna namówić Królową Lodu na zmianę swojego rodowego nazwiska.

Mimo wszystko Deborah wcale nie była marzycielką. Zdawała sobie sprawę, że wciąż są młodzi. Że burzliwy romans bardzo szybko, wręcz gwałtownie przeszedł w małżeństwo, a następnie w macierzyństwo — to drugie wbrew jej woli — i ich dwójka jeszcze nie zdążyła się wypalić emocjonalnie, rutyna nie zmieniła się jeszcze w nudę. Ostatecznie, te kilka cudownych lat wciąż było krótkim okresem znajomości i Deborah wiedziała, że w końcu nadejdzie ta nieunikniona szarość, że obojętność wypali w nich wszelkie porywy romantyzmu i namiętności, aż w końcu zaczną sypiać w osobnych pokojach. W osobnych łóżkach. Może z innymi ludźmi.

Ale jeszcze nie teraz.

Bo teraz mąż całował ją po szyi i mruczał wprost do ucha. Lekko odchyliła głowę w tył tak, żeby wyeksponować szyję i dać mężczyźnie jasny sygnał, na co teraz ma ochotę. Jego słowa, które oczywiście były wręcz boleśnie prawdziwe, ukazywały jeszcze jedną cechę Elijaha: to, jak dobrze znał swoją żonę.

— Taak… Pewnie tak.

Oczywiście, że nie wyjechałaby bez uprzedzenia, w życiu nie porzuciłaby swoich spraw ani obowiązków, ryzykując w ten sposób degradację dla chwilowej, niewiele znaczącej przyjemności, jaką były wakacje.

— Uporządkuję? W Ministerstwie? — parsknęła śmiechem w odpowiedzi na jego słowa, stojąc tak bez ruchu, z przymkniętymi powiekami i lekko odchyloną w tył głową. — Oszalałeś chyba, nie będziemy przecież czekać z wakacjami do emerytury — uzupełniła po chwili, jasno dając mu do zrozumienia, że spraw w Ministerstwie Magii nie da się tak po prostu uporządkować, po czym wreszcie się wyprostowała.

Wzięła od niego drugiego drinka odruchowo, nie zastanawiając się za wiele po co jej go podaje. Elijah natomiast podniósł ją tak, jakby nic nie ważyła. Posłała mu w odpowiedzi roziskrzone spojrzenie. Spojrzenie, w którym czaiło się coś niebezpiecznego. A następnie niby przypadkiem przechyliła szklankę trzymaną w dłoni tak, że część płynu chlapnęła na koszulę Elijaha. Kiedy wreszcie poczuła stabilny grunt pod stopami, odpowiedziała pospiesznie na czuły pocałunek, po czym odsunęła się nieznacznie.

— Zdecydowanie poproszę deser — odpowiedziała, niespiesznie cedząc słowo po słowie przeciągając tę chwilę w nieskończoność. — Dziwne, że przed chwilą kazałam jebać tort, bo nagle nabrałam na niego okropną chęć. — Po tych słowach oczekiwanie miało dobiec końca, ustąpić miejsca działaniu. Deborah odstawiła szklanki gdzieś na bok, pospiesznie i niedbale, żeby mieć wolne ręce i wreszcie móc jednym nieco zbyt agresywnym szarpnięciem rozpiąć koszulę męża. Zdarła mu ją z ramion bezpardonowo, zdecydowanie niedelikatnie. Przez kilka sekund głodny wzrok kobiety biegał po jego torsie — zapewne Elijah był już przyzwyczajony do takiego zachowania z jej strony — żeby po chwili pochyliła się do przodu. Językiem przeciągnęła po jego skórze, od mostka aż do obojczyka, wspinając się przy tym na palce. Na podniebieniu rozlał się jej pikantny smak wylanej wcześniej przypadkiem whisky zmieszany z gorzkim smakiem perfum mężczyzny.

Kiedy się odsunęła, jej oczy błyszczały w półmroku.

Jeszcze chwilę wcześniej koszmarnie zmęczona całym tym długim dniem, teraz Deborah czuła jak adrenalina przyspiesza jej tętno i jak natychmiast wracają jej siły.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
golden usurper
If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, ciemna karnacja, dobrze zbudowana sylwetka. Zarost na twarzy, krótko ścięte włosy i oczy, czarne niczym obsydian, odziedziczone po matce z rodu Blacków. Przeważnie na ustach gości kpiący, pewny siebie uśmieszek, który nie sięga tęczówek, czujnych i dziwnie poważnych. Ubiera się nienagannie, wysławia elegancko.

Elijah Burke
#6
19.11.2022, 16:42  ✶  

Inna odpowiedź nie wchodziła w grę; nie w przypadku tej kobiety. Elijah doskonale wiedział, że karierę i pracę Deborah stawiała na piedestale; ambicja zdawała się być jej siłą napędową. Nie była typową kobietą z wyższych sfer, która prędzej czy później zamieniała pracę na ciepło domowego ogniska. Wszystko w niej było inne, ekscytujące, pociągające; być może dlatego to, co początkowo było jedynie przelotnym romansem, szybko przekuło się w uczucie, które trwało do dzisiaj. To, że taka kobieta wybrała właśnie jego – spośród wielu mężczyzn, nie miał tu wątpliwości – sprawiało, że ego Burke’a urastało do niepokojąco dużych rozmiarów.

Dla postronnego obserwatora byli przecież parą idealną; nikt nie wiedział, że w rzeczywistości mierzyli się ze zbyt wieloma problemami.

Dzisiaj jednak nie było miejsca na odgrzewanie starych dyskusji i powracania do kłopotliwych tematów. Elijah chciał, by ten dzień – pozornie zwykły, pozornie pozbawiony otoczki świętowania – był w gruncie rzeczy inny od wszystkich pozostałych. Chciał okazać wdzięczność za tak wiele – za jej nieustającą obecność, siłę, wsparcie. Za syna, który spał teraz smacznie u dziadków, nieświadomy tego, jak wiele razy był prowodyrem rodzicielskich sporów.

Za to, że po prostu była – tak cudownie nieprzewidywalna, tak niesamowicie piękna.

Wiedział, co się szykowało, gdy tylko podniósł Deborah z lekkością; błysk w błękicie jej oczu był ostrzeżeniem, które postanowił zignorować. Nawet nie mrugnął, gdy wbrew wcześniejszej uwadze, alkohol celowo spłynął po materiale koszuli, plamiąc ją okrutnie. W odwecie bezczelnie i zupełnie bez ostrzeżeń ugryzł ją w bok szyi, nie siląc się na delikatność, ale jednocześnie zaśmiał się cicho, co zepsuło efekt udawanej nagany. Gdy dotarli do łazienki rozprostował ręce, ignorując mokry materiał przywierający do ciała. Zerknął na żonę, mierząc ją od stóp do głów w początkowym milczeniu.

- To wyrwijmy się za tydzień. Spróbuj zorganizować to tak, żebyś nie ślęczała nad papierami podczas wakacji – doradził iście uprzejmie, przyciągając kobietę bliżej siebie. Z jego gardła wyrwał się cichy pomruk aprobaty, gdy tak bezceremonialnie zdarła z niego koszulę. Dotyk jej ust i języka działał jak najlepszy narkotyk; w oczach Elijaha zapłonął znajomy głód, gdy – już nie bawiąc się w wstrzemięźliwość – brutalnie rozdarł jej koszulę jednym, wprawnym ruchem rąk. Resztki materiału zsunęły się z miękkiej skóry i opadły na podłogę łazienki, gdy Burke chwycił żonę w ramiona i pocałował ją namiętnie. Niecierpliwe palce, sunące po gładkiej skórze, natrafiły na materiał spodni. Nie było w nim już zupełnie nic miłego, nic grzecznego, gdy kolejne warstwy ubrań lądowały na podłodze. Wspólnie weszli do wanny wypełnionej po brzegi pianą, by przypieczętować całe to pożądane, które wisiało między nimi od zawsze – a w tej chwili szczególnie. Nie liczyło się nic więcej poza Deborah, poza ciepłem jej ciała, dotykiem drobnych dłoni i jękach raz po raz wymykających się z rozchylonych ust.

- Jesteś miłością mojego życia – wymruczał jej do ucha, gdy było po wszystkim; gdy oparł się plecami o brzeg wanny, a ona opierała się swobodnie o jego tors, zamknięta w ramionach męża. Poczucie spełnienia po seksie i ogólne zrelaksowanie nie opuszczało go jeszcze dobrą chwilę; nim jednak zdążył dodać coś więcej, w okno łazienki zastukała sowa.

- Czekałaś na przesyłkę? – zapytał rozleniwiony, całując ją w czubek głowy; niechętnie wyplątał się z objęć kobiety i wstał, by otworzyć okno. Owinął biodra ręcznikiem i wpuścił sowę, która dzierżyła coś zawinięte w szary, ochronny papier. Elijah bez wahania rozwinął opakowanie, odkrywając skryty w nim bukiet kwiatów. Chryzantem. Złotych.

Wpatrywał się w kwiaty z nieprzeniknioną miną, a całe zadowolenie sprzed chwili ulotniło się w mgnieniu oka; zacisnął zęby, powoli odwracając się w stronę żony, nadal tkwiącej w wannie.

- Wygląda na to, że ktoś jeszcze postanowił obdarować cię na urodziny, i to w dodatku wyjątkowo paskudnym bukietem. Jakieś pomysły, kto był na tyle uprzejmy, by wysłać kwiaty do mężatki? – bez ostrzeżenia cisnął bukiet na podłogę; płatki rozprysnęły się na kafelkach pod wpływem siły uderzenia. – Bez kartki, bez życzeń, bez słowa. W co ty ze mną pogrywasz, Deborah? Uważasz, że to jakiś prześmieszny żart? Myślisz, że to coś, co mogę zignorować?

Agresja narastała w nim z każdą sekundą; słynna i paskudna zazdrość Elijaha dobitnie dawała o sobie znać. Obiecał sobie, że nie będą się kłócić w jej urodziny… Ale ten jeden, anonimowy gest przechylił szalę goryczy.

The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#7
19.11.2022, 18:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2022, 00:55 przez Deborah Burke.)  

Przymknęła powieki, kiedy zmęczona po wysiłku fizycznym oparła się o tors męża i zrelaksowała się w jego objęciach oraz gorącej wodzie, w której oboje siedzieli zanurzeni po szyje. Przez tych kilka chwil życie wydawało się takie przyjemne i lekkie; swobodne jak rzadko w ciągu ostatnich lat. Przez kilka uderzeń serca pozwolił kwitnąć myśli, że już osiągnęła w życiu wszystko i nie musiała się już tak starać — wszystko to, co liczyło się naprawdę.

Dlatego dobijanie się do okna zignorowała. Pozwoliła Elijahowi zająć się sową, a sama smakowała na języku jego słowa. Miłością życia. Tym właśnie była? Otworzyła oczy, kiedy Elijah zaczął szeleścić papierem i leniwie spojrzała w jego kierunku. Zmianę na twarzy męża obserwowała jakby w zwolnionym tempie. Każda sekunda rozciągnęła się w nieskończoność, kiedy nikł ten typowy dla niego, pewny siebie uśmiech odsłaniający rząd równych zębów, żeby przerodzić się w neutralność — a ostatecznie zatrzymać na wykrzywionym grymasie wściekłości. Zaciśnięte zęby mocniej zarysowały szczękę Elijaha, upodabniając go do drapieżnika. Wkurwionego drapieżnika. Deborah zamrugała szybko, jeszcze nie rozumiejąc powodu zmiany. Ale jej rozleniwienie przeminęło bezpowrotnie. Włączyły się wszystkie alarmy ostrzegawcze.

Dopiero wzrok zatrzymany na kwiatach pozwolił jej połączyć fakty.

Wiedziała doskonale kto wysłał bukiet. Bez listu z podpisem i bez żadnych słów wyjaśnienia; Deborah ich w tym wypadku nie potrzebowała, bo tylko jedna osoba mogłaby wykazać się takim niesmacznym brakiem wyczucia przy jednoczesnym wstrzeleniu się idealnie w punkt, który mógłby ją urazić. Jak kwiaty na jej własny grób, mające przypomnieć o upływających latach — i to tuż po seksie z mężem, kiedy jej ciała nie opuściło jeszcze przyjemne rozluźnienie. Tuż po chwili, w której wydawało jej się, że stoi na szczycie i ma wszystko. Choć skłamałaby, gdyby powiedziała, że się takiego gestu spodziewała ze strony byłego narzeczonego.

Wiedziała więc kto je wysłał, ale powinna tą wiedzę zatrzymać dla siebie. Uspokoić męża, rzucić jakiś lekceważący tekst, który zbagatelizowałby całą sprawę. I może by to nawet zrobiła, gdyby nie gwałtowne zachowanie Elijaha, w jej opinii zupełnie niestosowne do sytuacji. Gdyby nie wściekłość i bezpodstawne pretensje wycelowane wprost w nią, choć przecież była tylko adresatką, a nie prowodyrem.

Tak jakby prosiła kogoś o przysłanie tych pogrzebowych chwastów.

Oskarżenie zapiekło niczym wymierzony celnie policzek. Deborah nie potrzebowała więcej; to wystarczyło. Wściekłość zagotowała krew w żyłach, ale oczy przybrały lodowato zimny ton.

— Właściwie to całkiem zabawne — rzuciła więc w odpowiedzi na jego słowa głosem zimnym, wypłukanym z wściekłości. To opanowanie i ten chłód były nawet gorsze niż wszelkie przekleństwa jakie mogłaby wykrzyczeć w płomiennym szale. Podniosła się wreszcie z wanny i nie zważając na to, że jej nagie ciało ocieka wodą, że zostawia za sobą plamy na płytkach, przeszła przez łazienkę w stronę męża. Idąc boso, ominęła zniszczony bukiet i zatrzymała się bezpośrednio przed nim. — Perseus Black to chyba twój kuzyn? — szepnęła. W jej słowach dźwięczał jad, a w oczach błyszczało nienaturalne rozbawienie, które  m u s i a ł o  rozjuszyć Elijaha.

Jakby to był dla niej jakiś jebany żart.

Jego furia w chory sposób ekscytowała Deborah, a odpłacenie się bezczelnością za jego zazdrość wydało się niezdrowo fascynujące. Jakby to jej nie wystarczyło, kobieta sięgnęła do kieszeni spodni rzuconych na posadzę nieco dalej i wyjęła różdżkę, a następnie skierowała ją na zniszczony bukiet. Krótkim machnięciem naprawiła papier, a kolejnym uniosła bukiet na wysokość ręki, żeby mogła go złapać za łodygi.

Gardziła tymi kwiatami całą sobą, choć Elijah nie mógł o tym wiedzieć. A jednak powoli, odgrywając okrutną rolę w swoim przedstawieniu, przysunęła je do twarzy i powąchała. Mdlący zapach kojarzący się z cmentarzem wdarł się do nosa niczym trucizna.

— Ładne — mruknęła, nie poruszywszy się za wyjątkiem oczu. Wbiła prowokacyjne spojrzenie znad bukietu prosto w twarz męża. Prowokowała go. Bardzo. Była to gra niebezpieczna, ale Deborah nie umiała powstrzymać się przed igraniem z ogniem — nawet jeśli mogła boleśnie się przy tym poparzyć.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
golden usurper
If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, ciemna karnacja, dobrze zbudowana sylwetka. Zarost na twarzy, krótko ścięte włosy i oczy, czarne niczym obsydian, odziedziczone po matce z rodu Blacków. Przeważnie na ustach gości kpiący, pewny siebie uśmieszek, który nie sięga tęczówek, czujnych i dziwnie poważnych. Ubiera się nienagannie, wysławia elegancko.

Elijah Burke
#8
20.11.2022, 00:06  ✶  

Chciałby potrafić inaczej.

Chciałby – szczególnie teraz, w tym szczególnym dniu – schować dumę i zazdrość do kieszeni, zapomnieć o tym chorobliwym pragnieniu, by trzymać tą kobietę tylko przy sobie. Gdyby to zależało od niego, Deborah pozostałaby w domu, wychowując ich syna i czekając na kolejne dzieci; była to myśl, której nigdy by jej nie powiedział. Z jednej strony cenił niezależność żony, jej silną wolę i ambicję, a z drugiej – momentami pragnął tego, co zyskał jego własny ojciec. Spokoju i stabilizacji, jawnego podziału ról w małżeństwie. I nawet fakt, że gardził sobą za te myśli, nie pozwolił zupełnie się ich wyzbyć.

Gniew buzował gdzieś pod skórą i przyćmił zupełnie rozluźnienie i uczucie miłości sprzed chwili. Teraz oczywiście zwrócił uwagę nawet na to, że jego słowa zostały zwyczajnie pominięte, chociaż Deborah nie należała do kobiet z sercem na dłoni. To on był tym, który nocą przytulał ją mocno do siebie; tym, który potrafił mówić piękne i romantyczne rzeczy, byleby poczuła się wyjątkowa i kochana. Dzisiaj nie odwzajemniła tego, i w dodatku dostała te pierdolone kwiaty bez żadnej notki – a to wzbudziło podejrzliwość. Elijah wiedział, że zazdrość stanowiła jeden z największych – o ile nie faktycznie największy – z jego problemów, bo nie potrafił tego uczucia kontrolować. Teraz nawet nie chciał, bo nie wyobrażał sobie, by mogli wrócić do słodyczy sprzed ledwie kilku minut.

Zaciśnięte zęby zgrzytnęły niemiło o siebie, dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści; gdy Deborah wstała, sam Burke pozostał kompletnie nieruchomy. Z pozorną obojętnością przesunął spojrzeniem po nagim, ponętnym ciele żony, po którym spływały krople wody i piany; zachował jednak lodowaty dystans, chociaż ciało wręcz krzyczało, by wziąć to, co jego. Widział, jak zmienił się wyraz oczu kobiety, jak musiało dotknąć ją jego zachowanie – mimo to pozostał nieugięty.

Być może powinien odpuścić, ale wtedy nie nazywałby się Burke.

Obserwował ją, wychwytując każdy gest i każde słowo, przesycone jadem i wycelowane precyzyjnie po to, by go zranić. Elijah z trudem zdusił w sobie impuls, by wyrwać te pierdolone kwiaty z jej rąk i cisnąć je ponownie na ziemię.

Zamiast tego po prostu się uśmiechnął.

Inaczej niż zawsze; oschle, zimno, niemal okrutnie, nie odrywając spojrzenia od małego show, które Deborah z taką chęcią prezentowała. Miał wrażenie, że te kłótnie stanowiły siłę napędową ich małżeństwa, wydzierając ich z ram rutyny; jego żona szczególnie upodobała sobie ten właśnie sposób, by doprowadzać go do szaleństwa i puszczać wodze zazdrości, której nie potrafił kontrolować.

- Perseus – powtórzył jak echo imię kuzyna, lekko kręcąc przy tym głową. – Owszem, kuzyn. Ten sam, którego z taką ochotą zdradziłaś od razu po ukończeniu Hogwartu. Być może wybór iście cmentarnych kwiatów z jego strony nie był przypadkiem? Zawsze był pomysłowy. – lekkim gestem dotknął główki jednego z naprawionych przez panią Burke kwiatów; palce zacisnęły się, miażdżąc delikatną chryzantemę.

- Nie istnieje rzeczywistość, w której wybrałby ciebie ponad Eunice.

To miało być zwyczajnie złośliwe, zwyczajnie bolesne; nawet, jeśli zupełnie pozbawione przecież znaczenia.

Podchwycił spojrzenie jej oczu, teraz zupełnie lodowatych, prowokujących. Elijah uśmiechnął się – powoli, niemal leniwie, ostrzegawczo. A potem bez cienia zawahania (ostrzeżenia?) chwycił Deborah za szyję i pchnął ją na ścianę łazienki, przyciskając do chłodnych kafelków.

- Jak tak bardzo ci się podobają, postaw je przy łóżku – szepnął cicho, zwiększając nacisk na drobną krtań. – Będziesz mogła zachwycać się dalej, kiedy będę cię pieprzył.

Nie chciał dłużej być miły, nie chciał już okazywać uczuć; żona wprawnie zabiła w nim wszelką przyzwoitość tego wieczoru. Teraz po prostu musiał zachować się jak mężczyzna, posiąść ją tak, jak najbardziej lubiła; przypomnieć dobitnie, dlaczego nosiła jego nazwisko, a nie jakiegoś innego typa.

Nikt nie doprowadzał go do szału bardziej, niż ona; nawet we własne urodziny nie potrafiła się powstrzymać.

The Law
If I ever let my head down,
it will be just to
admire my shoes.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Deborah Burke
#9
20.11.2022, 21:09  ✶  
I'm just right here dancing around to the rhythm
The rhythm that you play when you're breaking my heart


Niespodziewany spokój Elijaha spowodował dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa kobiety. Słowa o zdradzie, choć prawdopodobnie miały ją zaboleć, nie niosły żadnego znaczenia ani ciężaru, bo Deborah nigdy nie obarczała się zbędnym poczuciem winy za to, co zrobiła wiele lat temu. Zniszczenie jednej główki kwiatów też było zwykłą częścią ich gry.

Dopiero uśmiech Elijaha był preludium do upiornego requiem, jakie nastąpiło chwilę później.

Kiedy przycisnął ją do ściany całym swoim ciałem, kiedy jego silna dłoń zaciśnięta na jej gradle ograniczyła dech, początkowa ekscytacja zmieniła się w pierwotny  s t r a c h. Przez ułamek sekundy krótszy niż mrugnięcie oka, Deborah bała się własnego męża. Tego samego, który zapewniał ją o miłości jeszcze kilka minut wcześniej. Strach był ukryty na dnie źrenic szeroko otwartych oczu. I to szczery; wyzbyty teatralnej otoczki, którą Deborah lubiła dodawać w wielu aspektach swojego życia. Deborah bała się tego, do czego Elijah byłby zdolny się posunąć — a znała go na tyle dobrze, że miała świadomość daleko przesuniętych granic moralnych mężczyzny — ale bała się również krótkiej chwili, w której odebrano jej tlen. Wspomnienie topienia się lata temu w Tamizie wróciły i uderzyły z nienacka. Uderzyły brutalnie. Bukiet wypadł jej z dłoni, ale on nie miał już znaczenia.

Była to chwila słabości łatwa do przeoczenia albo zignorowania, a natychmiast po niej nadeszła kolejna fala zalewającej ją od stóp do głów furii. Wściekłości, którą Elijah rozpalał celowo, każdym okrutnym słowem, każdym niesprawiedliwym osądem i wyrzutem. Ona wymyła strach i obudziła drzemiące w niej zwierzę, które też było okrutne. W tym polu nie ustępowała mężowi ani na krok.

Jak pięknie się dobrali, ona i on.

— Jeśli chcesz dzisiaj kogoś pieprzyć, musisz iść poszukać jakiejś naiwnej dziwki na ulicy — wycedziła, gniewnie mrużąc oczy. Głos Deborah nie był już opanowany i spokojny jak jeszcze chwilę temu; chociaż wyraźnie zduszony uściskiem Elijaha, teraz dało się w nim czuć żar niepohamowanej furii, jaka pulsowała jej w żyłach żywym ogniem. Po wypluciu tych słów zaparła się mocno łopatkami o ścianę, do której Elijah ją przycisnął i wykorzystała jej solidną stabilizację, żeby, najpierw położywszy dłonie na jego torsie, odepchnąć od siebie męża. Mocno, brutalnie, wkładając w to całą fizyczną siłę którą przecież posiadała. Poskutkowało częściowo; musiał ją puścić. — Może chociaż ona doceni twoją godną podziwu pasję spierdolenia wszystkiego, czego się złapiesz. Bo mnie już więcej, kurwa, na pewno nie tkniesz — warknęła, zupełnie bezwiednie palcami dotykając szyi w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu zaciskały się palce Elijaha.

Wyprostowała się i wyminęła go, sięgnęła po szlafrok, który chwilę później zarzuciła sobie na ramiona zamaszystym gestem zdradzającym czystą wściekłość, która nie znalazła ujścia ani w przemocy, ani w przekleństwach. Szarpała się w jej klatce piersiowej chaotycznie. Dlatego nagłe zatrzymanie się w miejscu mogło wydać się dziwne. Odwróciła się w jego stronę i nie trudząc się wiązaniem szlafroka, zrobiła pierwszy krok.

— Nie istnieje rzeczywistość, w której wybrałabym jego ponad ciebie — oznajmiła nagle. Parafraza jego słów była przemyślana, celowo okrutna; miała uświadomić mu bezkres pomyłki, jaką poczynił przy swoich założeniach, kiedy zaczął ją obrażać. Brzydki grymas wykrzywił jej wargi. Podeszła do niego znów, nawet jeśli wszystko w jej wnętrzu wrzeszczało, żeby tego nie robić. Aż stanęła z nim twarzą w twarz, na tyle blisko, na ile pozwalała jej różnica wzrostu pomiędzy nimi. Upewniła się, że Elijah widzi każdy cal z ogromu pogardy i nienawiści, jaki w tym momencie czuła. — Ale jakie to ma znaczenie, skoro wystarczy jeden pierdolony bukiet kwiatków stawianych na grobie, żebyś w to zwątpił, co, Burke? — wycedziła wolno, słowo po słowie, po czym popchnęła go jeszcze raz. Bardziej z frustracji niż faktycznej chęci zrobienia mu krzywdy, bo w ten sposób miała na to nikłe szanse.

Odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia i zakończenia tej farsy. Pozostała jej tylko jedna myśl, jedna paląca podświadomość potrzeba:

Zamorduję Blacka za to upokorzenie.



She wasn't fragile like a flower.
She was fragile like a bomb.
golden usurper
If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, ciemna karnacja, dobrze zbudowana sylwetka. Zarost na twarzy, krótko ścięte włosy i oczy, czarne niczym obsydian, odziedziczone po matce z rodu Blacków. Przeważnie na ustach gości kpiący, pewny siebie uśmieszek, który nie sięga tęczówek, czujnych i dziwnie poważnych. Ubiera się nienagannie, wysławia elegancko.

Elijah Burke
#10
21.11.2022, 19:09  ✶  

Na krótki moment wszystko zasnuła mgiełka czerwieni.

Nie myślał o niczym, gdy jego dłoń wystrzeliła w stronę kruchego gardła kobiety; nie rozważał niczego, gdy własne, silne ciało naparło na znacznie drobniejszą sylwetkę, uniemożliwiając ucieczkę. W umyśle nie pozostała chociażby jedna, zupełnie trzeźwa myśl; chociażby jeden głos mówiący przestań. W tej chwili był do cna przeżarty przez złość, słuszny jedynie w odczuwanej przez siebie wściekłości. Negatywne emocje kumulowały się tuż pod skórą i znalazły ujście w palcach zdolnych przecież do tworzenia rzeczy przepięknych, a teraz skupionych jedynie na brutalności.

Wobec jedynej osoby na tym marnym świecie, której utraty się obawiał.

Coś w nim było w tej chwili dokumentnie spierdolone, i to na tyle, że nawet widok przerażenia w błękitnych tęczówkach Deborah – a tą emocję dojrzał wyraźnie jak na dłoni – nie powstrzymało go od podjęcia pozbawionej sensu próby siły. W tym starciu nie było przecież szans na równość; wynik był przesądzony z góry.

Gdyby zacisnął palce bardziej, żona musiałaby zacząć walczyć o każdy oddech.

To, że tego nie zrobił, nie było wynikiem nagłego przebudzenia z jego strony, nie – ona po prostu zareagowała odpowiednio szybko.

Gniew topniał leniwie, a wraz z tym uczuciem powracała świadomość. Rozprostował palce i cofnął się o krok, chyba bardziej wstrząśnięty tym wszystkim niż ona sama; i niezdolny do wyduszenia chociażby słowa w tej właśnie chwili. Serce załomotało w piersi jak oszalałe w nagłym odczuciu czegoś, co przypominało panikę. Nigdy przecież nie podniósł ręki na żonę, to nie zdarzyło się wcześniej, i gdyby ktoś powiedział mu, że byłby w stanie to uczynić, wkurwiłby się okrutnie. Teraz jednak jego dłoń opadła bezwiednie wzdłuż ciała, a adrenalina szumiąca w żyłach zmuszała do szybszego, nerwowego oddychania.

Wszelkie chęci do ciągnięcia tej kłótni – która teraz faktycznie wydawała mu się zupełnie pozbawiona sensu – zniknęły, niesprowokowane nawet przez kolejne słowa Deborah. Pozwolił się odepchnąć, robiąc kolejny krok do tyłu, i obserwując żonę wzrokiem kompletnie pozbawionym emocji; pustym.

- Rób co chcesz – nie był nawet pewien, czy te pozbawienia znaczenia głoski faktycznie opuściły jego gardło. Normalnie ich kłótnia osiągnęłaby pewnie kosmiczne rozmiary, bo Elijah nigdy nie odpuszczał. Emocjonujące dyskusje były ich siłą napędową, i jedno prześcigało drugie w próbach nieustannego ranienia się – a potem lądowali w łóżku, godzili się i zapominali.

Teraz było inaczej.

Jedynie kątem oka śledził gwałtownie ruchy kobiety, gotowy na to, by pozwolić jej odejść; gdy się zbliżyła, zacisnął zęby i ledwo zauważalnie pokręcił głową: nie rób tego. Nie wiedział, czy sytuacja sprzed chwili nie miała się powtórzyć, ale nie chciał się o tym przekonywać; musiał ochłonąć, musiał się wyciszyć. Niestety, Deborah miała zupełnie inne plany. Jej słowa były niczym ostrze, które precyzyjnie wbiło się w ciało. Ząbkowana, ostra stal, którą kobieta przekręcała z satysfakcją – a on powinien się teraz poddać.

- Musiało dojść do tego wszystkiego, żebyś była w stanie wydusić z siebie cokolwiek, co nie jest obrazą w moim kierunku. To najbardziej żałosna rzecz, jaką powiedziałaś przez te lata.

Nie wiedział jakim cudem jego głos zabrzmiał tak spokojnie, chociaż w środku wszystko w nim wrzeszczało. Pozwolił Deborah na oddalenie się i opuszczenie łazienki; i dopiero gdy został sam, zacisnął pięść i z całej siły grzmotnął w lustro wiszące nad umywalką. Kawałki szkła z hukiem rozprysnęły się po kafelkach, kilka zraniło jego dłoń, lecz to nie przyniosło ulgi.

Musiał wyjść z tego domu. Teraz.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Deborah Burke (2977), Elijah Burke (3123)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa