• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[5.01.1972] Łabędzi śpiew | Tristan, Camille

[5.01.1972] Łabędzi śpiew | Tristan, Camille
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
15.12.2023, 12:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 21:47 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
5.01.1972
Szpital Św. Munga

To był ostatni dzień Tristana w Mungu. Trauma, której doznał, mocno odbiła się na jego psychice - uzdrowiciele zadecydowali, że w takiej sytuacji nie może być mowy o wypuszczeniu aurora wcześniej niż po upływie kilku tygodni. Nie dlatego, że fizycznie nie doszedł do siebie, bo rany zadane przez napastników zaleczyły się szybko. Wszystkie prócz jednej: głosu. Głos... Ten głos, utrata mowy, był zagadkowy. Nikt nie wiedział, co się stało, a i Tristan nie potrafił tego logicznie wytłumaczyć. Próbowano przełamania klątwy, odprawienia rytuału, leczenia farmakologicznego, lecz Ward nadal nie potrafił mówić. Nie wydobywał z siebie żadnych dźwięków, jakby nie chciał tego robić. Ale tak naprawdę czuł, że nie mógł. Coś mu nie pozwalało.

Jego przypadek był poważny na wielu różnych płaszczyznach. Po pierwsze: był aurorem, pracownikiem Ministerstwa. Uzdrowiciele zajęli się nim lepiej, niż wieloma innymi pacjentami. Po drugie: doznał takiej traumy, że nawet serce z kamienia zostałoby skruszone, i absolutnie każdy chciał mu pomóc. Tylko nikt nie potrafił. Zrobili wszystko co mogli, ale problem mógł leżeć zarówno w fizycznych ranach, jak i w czarnej magii, oplatającej jego struny głosowe. Mogła to być też psychika. W jeden miesiąc nie da się stwierdzić, co dokładnie mu było: takie przypadki leczyło się długimi miesiącami, jeśli nie latami. Tak przynajmniej zakładano, bo do tej pory nikt się z czymś takim nie spotkał osobiście. Owszem, dokumenty mówiły o podobnych sytuacjach, ale właśnie - podobnych. Tutaj trzeba było działać na wielu poziomach, a szpital Św. Munga nie miał takich zasobów. I nawet to, że Ward był aurorem, nie było w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Pozostawiono go więc na oddziale, na którym leczono urazy pozaklęciowe i zajmowano się klątwami. Dostał przykaz, by skontaktować się z magiterapeutą - dostał kilka wizytówek. Naprawdę robili, co mogli, żeby mu pomóc, ale czasem niektórym nie dało się pomóc.

- Panie Ward? - miękki głos popłynął od strony drzwi, w których stanęła kobieta. Jedna z tych, które zajmowały się jego przypadkiem. Niewysoka blondynka o niebieskich oczach, która stała niejednokrotnie przy jego łóżku z podkładką, notując spostrzeżenia starszych kolegów. Nie odzywała się zbyt często - bardziej analizowała to, co mówili inni uzdrowiciele, czasem wtrącając się do rozmowy, żeby wrócili do meritum. Tylko nie potrafili tego meritum złapać. To ją drażniło, chociaż starała się tego nie pokazywać. To ona próbowała jako pierwsza przełamać klątwę. Jak łatwo szło się domyślić: nie dało to efektu. Kolejne, przy pomocy innych uzdrowicieli, także. - Pański wypis jest gotowy.
Podeszła do łóżka, ściskając w dłoniach drewnianą podstawkę, na której spoczywało kilka spiętych ze sobą kartek. Wszystkie były zapełnione ciasnymi literami. To nie był zwykły przypadek, więc i wypisanie Tristana ze szpitala nie należało do najprostszych rzeczy.
- Potrzebujemy tylko podpisu - Tristan był fizycznie zdrowy, co ją okropnie drażniło, bo przecież coś mu dolegało. Na wiele chorób nie było lekarstwa, ale to, co się stało, nie było chorobą. Było wypadkiem, magicznym wypadkiem, urazem który odcisnął na mężczyźnie piętno. Piętno, które powinno dać się zmazać. Delacour jednak nie potrafiła w tak krótkim czasie dociec, co się stało z głosem Tristana, co drażniło ją jeszcze bardziej niż to, że Ward chciał wyjść ze szpitala. Nie miała prawa go zatrzymywać, ale już mu kilkukrotnie wspominała, że to nierozsądne posunięcie. - Zanim jednak pan podpisze - możemy porozmawiać?
Opuściła podkładkę i spojrzała na mężczyznę uważnie. Mógł przeczuwać, że znowu będzie się powtarzać jak zdarta płyta. Że powinien zostać, że mu w końcu pomogą. Camille przymknęła drzwi, nie zamykając ich jednak na klamkę. To było u niej typowe zachowanie: pytała, czy coś może, ale nie czekała na odpowiedź, tylko parła do przodu, robiąc to, co uważała za słuszne.
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#2
15.12.2023, 16:48  ✶  

Od dnia tragedii, kiedy Tristan trafił do świętego Munga, nie odezwał się ani razu. Pozwolił opatrzyć swoje rany, przebrać w odzież szpitalną i pozostać na obserwacji. Nie miał gdzie iść, skoro z jego domu, została większość gruzu. Jako Auror, otrzymał zdecydowanie bardzo dobrą opiekę i specjalistyczne leczenie. Niektórzy jednak uzdrowiciele, bywali może trochę niezbyt przyjemni, mając pod swoją opieką szlamę. Młody Ward tak to rozumiał. Skoro każdego dnia, tygodnia, pojawiał inny uzdrowiciel. Ordynator czy specjalista. Odkąd przy badaniach, przyznał się, go braku wypowiedzenia czegokolwiek z użyciem głosu, zainteresowali się bardziej tym przypadkiem. Ich bezradność nie pomagała mu. Mimo zapewnień, głosu nie odzyskał.

Wiedział, że medycyna mugoli go z tego nie wyleczy. To była klątwa, użyta jakaś czarna magia. Nie potrafił nawet przypomnieć sobie słów zaklęcia. Brzmiały dla niego obco. Powrotu wspomnień, także nie chciał. Były bolesne. Zbyt, bolesne.

Z taką sytuacją, nie pozostał sam. Dostał jedynie przepustkę na możliwość pochowania rodziców. Sprawami pochówku zajął się jeden z jego bliższych kolegów, przyjaciel. Tristan chciał, aby mimo skremowania, zostali pochowani na cmentarzu. Nie było trumien. Były urny. Było to jeszcze przed świętami. Towarzyszył mu cały czas uzdrowiciel, pilnując przy tym, aby po uroczystości, wrócił do szpitala.
Ubrania pożyczone miał od kolegi z pracy, który miał podobne rozmiary co Tristan. Kiedyś odwdzięczy się wszystkim za pomoc. Doceniał to, choć w tej chwili, nie zostawili go samego. Lecz i tak, czuł pustkę.


Święta przeleżał w szpitalu. Nie skorzystał z propozycji kolegów i koleżanek, aby dołączyć do ich rodzin. Potrzebował spokoju, izolacji, samotności. Fizycznie dochodził do siebie. Rany się goiły, lecz blizny pozostawały. Magia mogła zdziałać cuda, aby usunąć. Być może to on nie chciał. Chcąc, aby leczyły się naturalnie. Zostawiły ślad piętna swojej porażki. Że walczył, ale przegrał. Nie ocalił życia najbliższych mu osób, które dały mu życie. Popełnił błąd, zostając czarodziejem? Aurorem? Że w ogóle poszedł do Hogwartu? Psychicznie było jednak źle. Wciąż się obwiniał, zamknął w sobie, odpływał myślami, nawet mógł przejawiać skłonności samobójcze.

Nie spał wiele nocy. Bez eliksirów uspokajających i nasennych, nie mógł normalnie funkcjonować w tym miejscu. Kiedy stwierdził, że ich badania nic nie przynoszą, podświadomie wiedząc, że to dość poważny problem i musiał pogodzić z tym, że głosu nigdy nie odzyska. Kto tu chce pomagać szlamie? Może to wszystko robili po to, aby mu jednak nie pomóc, ale pokazać, że coś robią?

Na początku stycznia, poprosił o wypisanie. Najwyżej zatrzyma się w Dziurawym Kotle, na czas znalezienia sobie czegoś. Do pracy nie chciał wracać i myślał, aby złożyć wypowiedzenie, pomimo bycia na zwolnieniu chorobowym. Musiał poszukać innej pracy. Tylko, kto go będzie chciał zatrudnić? Niemowę?

Jeden ze znajomych załatwił mu ubrania. Torba przez pewien czas leżała pod łóżkiem. Odnalezioną i zwróconą mu różdżkę trzymał pod poduszką. Wlał mieć zawsze pod ręką.

Tego dnia, czekając na wypis, ubrał się w ciepły sweter i spodnie. Obok leżał płaszcz i szali. Ścielił akurat łóżko. Był gotów, aby opuścić to miejsce. Nic mu już nie pomogą. Do kontaktu z osobami z nim rozmawiającymi, zostawiono notes i długopis, które spoczywały na szafce nocnej obok łóżka, jakie zajmował.

Usłyszawszy swoje nazwisko, spojrzał w kierunku uzdrowicielki. Przez cały ten pobyt w szpitalu, nie golił się. Zarost miał dość widoczny.

Wypis był gotowy. Miał tylko podpisać. Czekał na jego otrzymanie, lecz kobieta znów chciała z nim rozmawiać. Westchnął zrezygnowany. Jeżeli miała zamiar znów odtwarzać tę samą płytę co inni, miał dość. Czuł się jak królik doświadczalny. Ale jeżeli odmówi, czy da mu ten wypis, czy ma się wynieść po swojemu, poprzez teleportację?
Skinął głową w zgodzie, że wysłucha ją i usiadł na brzegu łóżka, czekając na to, o czym chciała z nim porozmawiać.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
17.12.2023, 10:40  ✶  
Delacour nie była osobą, o której można by powiedzieć, że to postać prosta i przejrzysta. Jako uzdrowicielka powinna leczyć wszystkich bez wyjątku, odkładając na bok osobiste sympatie i antypatie. Lecz czy to było w ogóle możliwe? Przez lata wpajano jej, że mugolaki to zupełnie odrębna kasta, brudna krew. I chociaż w to wierzyła, bo nie miała wyjścia, to jednak daleka była od świętowania, że właśnie oto jeden z ich przedstawicieli oberwał tak mocno, że chciał umrzeć. Z jednej strony wierzyła, że czarodzieje pochodzący z niemagicznych rodzin nie powinni mieć prawa, by uczyć się w Hogwarcie tak samo zaawansowanych zaklęć, ale z drugiej nie popierała przemocy i sposobu, w jaki chciano się pozbywać "szlamowatego problemu".

To było bardzo trudne - takie zachowanie balansu. Nigdy jednak nie okazała Wardowi otwartej wrogości: potrafiła trzymać nerwy na wodzy i odpychać emocje, pozwalając by chłodny profesjonalizm i rozsądek wzięły nad nimi górę. Tak było i w tej chwili. Nie miała problemu, by leczyć Tristana, chociaż nie można było powiedzieć, żeby bardzo jej zależało na tym, by ten odzyskał głos, bo go lubiła. Nie - chciała, by odzyskał głos, bo widziała w tym swoją szansę na awans. W tej kwestii Ward miał rację, był poniekąd królikiem doświadczalnym.
- Dziękuję - powiedziała, robiąc dwa kroki w stronę łóżka. Nie usiadła jednak na nim, nie skorzystała także z krzesła. Tego typu rozmowy wolała przeprowadzać na stojąco, wtedy łatwiej było jej kontrolować sytuację. - Fizycznie panu nic nie dolega, rany się zaleczyły. Psychicznie... Dostał pan kilka kontaktów do osób, które otoczą pana opieką.
Zaczęła, zerkając na wypis. Jak już było wspomniane, był dość długi. Musieli podsumować w nim to, co zaobserwowali w przypadku Tristana. Najbardziej jednak irytował dopisek "na żądanie" u dołu kartki. Camille ściągnęła brwi w zamyśleniu, ale szybko powróciła wzrokiem do Tristana. Jej spojrzenie odrobinę złagodniało.
- Uważam, że to nierozsądne tak szybko nas opuszczać. Rozumiem, że nie każdy lubi szpitale i uzdrowicieli, ale obiecaliśmy panu pomóc. Wypisując się na żądanie związał nam pan poniekąd ręce - powiedziała powoli, odruchowo starając się dostrzec, czy Ward przejawia jakiekolwiek emocje poza zrezygnowaniem i być może zniechęceniem, że znowu musi słuchać wykładu? Ale trudno, jeśli chciał wypis, to musiał jej wysłuchać. Nie musiał się na nic godzić ani jej odpowiadać, tylko posłuchać. - Problem w tym, że ja nie lubię przegrywać, wie pan?
Delacour dopiero teraz odłożyła podkładkę z wypisem na stolik, a sama zajęła krzesło naprzeciwko łóżka. Założyła nogę na nogę i splotła dłonie na kolanie, świdrując Warda wzrokiem.
- Proszę mi wybaczyć słownictwo, ale pański przypadek medyczny traktuję jako osobistą porażkę. Odnoszę wrażenie, że rozwiązanie mam na wyciągnięcie ręki, leczy gdy tylko staram się je pochwycić - natrafiam na pustkę. Jest pan aurorem, na pewno miał pan wiele spraw, których rozwiązanie było nieoczywiste lub być może nie udało się do niego dojść. Rozumie pan moją frustrację, prawda? Ja nie przypuszczam: ja wiem, że mogę panu pomóc. Potrzebuję tylko czasu, który mi pan zabrał - mówiła spokojnym, jednostajnym głosem. Nie pozwalała, by irytacja o której mówiła, wypłynęła na wierzch, zniekształcając ton jej głosu. - Wiem jednak, że spotkała pana ogromna tragedia, która również ma wpływ na to, co się z panem dzieje. Dlatego rozumiem, czemu nie chce pan tu zostać. Proszę tylko, by rozważył pan kontynuację badań w przyszłości, najlepiej od razu gdy uporządkuje pan sprawy prywatne. U mnie, poza szpitalem, bez oceniających spojrzeń i szeptów po kątach. Wyłącznie w celu rozwiązania problemu medycznego.
Lekko przekrzywiła głowę. Nie miała pojęcia, czy się zgodzi, ale to nic. Jak nie teraz, to może za kilka miesięcy. W jej niebieskich oczach Tristan mógł dojrzeć determinację. Mimo ładnej aparycji i smukłej sylwetki ta kobieta wydawała się być bardziej uparta niż wielu przewyższających ją o głowy mężczyzn. Nic dziwnego: w tym świecie trzeba było umieć dążyć po swoje. Jak nie przemocą, to sposobem. Pytanie jakie sposoby miała Delacour?
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#4
18.12.2023, 14:05  ✶  

Dostawał wizytówki czy inne możliwości kontaktowe z różnymi uzdrowicielami. Ale żadnemu nie dał gwarancji, że się odezwie czy nawet zjawi. Miał już tego dość. Miał dość bycia ich eksperymentem, skoro wyczerpali wszystkie możliwe sposoby na przywrócenie mu głosu. Być może będzie musiał szukać w innym miejscu, u zupełnie innych osób z innymi umiejętnościami, zdolnościami. Być może trzeba sięgnąć po inne rozwiązania niż medycyna czarodziei. Mugole mu nie pomogą, to wiedział już z góry.

Siedząc na brzegu łóżka, słuchał co kobieta miała do powiedzenia i nie było to nic nowego. Fizycznie doszedł do siebie. Choć rany się zagoiły, blizny pozostały. Psychicznie było zgoła inaczej. Trudniej. Nawet nie był pewny, czy uda mu się załatwić swoje prywatne sprawy. Podobno mógłby dostać mieszkanie załatwione przez Ministerstwo jako poszkodowany z utraconym dachem nad głową. Przywileje aurorskie? Nigdy nie myślał, że przeżyje taką tragedię i że aż tyle straci.

Nie zareagował na jej wspomnienie o jego stanie psychicznym. Miał nie jedną rozmowę i obserwację przez tutejszych psychologów a nawet psychiatrów? Byli jednoznaczni, że nie jest na tyle dobrze z nim, aby mógł nawet myśleć o powrocie do pracy. Co więcej, na pozostawienie go samego sobie.

Słowa uzdrowicielki jakby, jasno dawały mu do zrozumienia, że liczył się sukces. O ile mu cokolwiek pomoże i odzyska głos, ona może to sobie pomóc w karierze. Lecz nie działało to dla dobra obu stron? Może nie powinien na to patrzeć krytycznie? Przytoczyła podobny przypadek z jego pracą Aurora, gdzie to podczas rozwiązywania spraw, też natrafiał na… pustkę. Brak rozwiązania. Brak powiązań. Czy to znaczy, że w pracy Uzdrowiciela mieli tak samo? Podobnie?

Uzdrowicielka nie nakłaniała go po zostania tutaj w szpitalu. Wyszła z propozycją utrzymywania leczenia i terapii, w prywatnym jej gabinecie? Musiałby się wtedy stawiać na spotkania. Westchnął i sięgnął po notes i długopis, ujmując w lewą dłoń. Zapisał to, co chciałby jej powiedzieć, ale nie mógł. Musiał do tego przywyknąć. Niekiedy zdarzało mu się otworzyć usta i wypowiedzieć słowo, ale żadnego głosu nie wydobywał. Chwilę zastanawiał się, jak to obrać w słowach. Pisanie chyba było trudniejsze od braku możliwości użycia słów w mowie. Coś jak pisanie listów.

"Doceniam pomoc. Ale… Zrobiono już wiele. Nikt niczego nie poprawił. Męczy mnie już to. W czym miałyby mi pomóc osobiste konsultacje? Jaką mam od Pani gwarancję na to, że odzyskam głos? Każdy mi to zapewnia ale nic się nie zmienia."
Gdy to napisał, odwrócił notes w jej kierunku, czy nawet podał aby odczytała jego słowa na papierze. Tym samym patrząc na nią, aby odczytać reakcję. On sam wyglądał na zmęczonego badaniami, życiem i takim stanem zdrowia, że nic tylko się pociąć. Bądź zatopić się w butelce alkoholu, aby zapomnieć.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
18.12.2023, 14:28  ✶  
Widziała, co się z nim dzieje. Przez lata nauczyła się obserwować ludzi i ich reakcje, interpretować je, by móc zareagować odpowiednio, gdy ktoś zaczynał się odsuwać lub przeciwnie: zaczynał być agresywny. Tristan jednak zdawał się być zrezygnowany. Wzięła ostrożnie notes od niego, a potem przeleciała szybko wzrokiem po literach. Westchnęła, ale nic poza tym. Nie wydawała się zdeterminowana, smutna czy zirytowana. Po prostu przyjęła jego słowa do wiadomości. Oddała mu notes.
- Uważam, że poświęciliśmy panu za mało czasu, jednak jednocześnie widzę, jak działa na pana pobyt w szpitalu i uważam, że on wcale nie pomaga. Fizycznie jest pan zdrowy, więc nie mamy podstaw, by pana tu zatrzymywać na siłę. Co więcej - myślę, że wyrządzilibyśmy tym panu krzywdę. Przedłużenie leczenia i konsultacji, które będą odbywać się w miejscu, które zawsze będzie pan mógł opuścić, powinno dać jednak lepsze efekty. Ale decyzja należy do pana, panie Ward. Muszę jednak pana zmartwić - nikt nie da panu stuprocentowej gwarancji na żaden zabieg. Powtórzę: żaden. Zawsze może pójść coś nie tak lub po prostu nie dać efektu. Ale tutaj mam wrażenie, że przy dokładniejszym zbadaniu problemu, przy wsparciu magiterapeuty i wnikliwszym zbadaniu klątwy, która nad panem ciąży - mamy spore szanse na to, by mógł pan znowu mówić. Nie teraz, może nie za rok. A może za pół roku? Lub dwa lata. Klątwy to skomplikowany temat, panie Ward, a ta jest wyjątkowo dziwna i mroczna. Jedyne co mogę panu obiecać to to, że nie odpuszczę, jeżeli pan wyrazi zgodę. Ale jednocześnie nie będę naciskać, jeżeli pan się nie zgodzi - wyjaśniła, ponownie splatając dłonie na kolanie. Nie miała prawa, by go do tego zmuszać, lecz jednocześnie ciężko jej było odpuścić. Zresztą nie tylko jej - to nie było tak, że uzdrowiciele postawili na nim krzyżyk. Po prostu każdy wiedział, że potrzebowali czasu. Gdyby wszyscy w szpitalu zajmowali się wyłącznie sprawą Tristana, bez snu, to może po pół roku znaleźliby rozwiązanie. Ale to było niemożliwe: musieli jeść, spać i opiekować się innymi pacjentami. Nie liczyła, że Tristan to zrozumie: wiele osób tego nie rozumiało. Dla wielu byli jedynymi przypadkami, tymi najważniejszymi. A to nie była prawda, mieli wiele poważniejszych, na przykład tych zagrażających życiu. - Sam pan zauważył, że zrobiono już wiele. A może należy zrobić wszystko?
Zapytała, przekrzywiając głowę. Ostatnie zdanie było dość zagadkowe, ale nie miała zamiaru rozwijać tej myśli tutaj, w szpitalu. Może nie mogli tutaj używać pewnych... Metod, które byłyby sprzeczne z etyką? A które byłby skuteczniejsze? Czy miała na myśli czarną magię? A może wcale nie, a po prostu chciała poświęcić więcej uwagi temu przypadkowi, niż poświęcano mu do tej pory?
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#6
18.12.2023, 23:46  ✶  

Agresji może nie okazywał. Ale zrezygnowanie życiem, po tym ile stracił. Brakiem nadziei na pełne wyzdrowienie. Został okaleczony dotkliwie, pozbawiony jednego z ważnych zmysłów. Jak mógłby czuć się inaczej? Kiedy tutejsi uzdrowiciele nie wiele mogli zdziałać? Był tym zmęczony. Tego nie ukrywał. Chciał już stąd wyjść, choć nie miał dokąd.
Czy faktycznie poświęcili za mało czasu? Mieli na to miesiąc. Wykluczając może okres świąteczny, który przeleżał tutaj samotnie.

Słuchając Uzdrowicielki Delacour, musiałby przyznać jej rację. Mówiła zgodnie z tym, co on sam odczuwał. Szpital go krzywdził. Ale też pomógł choćby fizycznie dojść do siebie. Miał zapewnioną odpowiednią opiekę. Kobieta jednak zalecała aby nie przerywał dosłownie leczenia. Konsultacji i podjęcia się dalszych badań, lecz w innym stopniu. Prywatnie. Pojawiając na spotkaniach. Mogąc je też opuścić w każdej chwili. Nie brzmiało to źle. Słuchał, patrząc na nią, trzymając oddany mu notes. Potrzebował czasu aby to przemyśleć. Nie miał teraz nikogo takiego, kto by mu doradził. Decyzję musiał podjąć sam. Skierował spojrzenie w stronę okna. Jakby potrzebował zebrać myśli. Chciał się uwolnić od tej klątwy, czy cokolwiek to było, co odebrało mu mowę, głos.

Niestety, nie było stuprocentowej gwarancji, że go wyleczą. Chodziłby pewnie na marne. Czy warto? Nie był przekonany. Spojrzał na kartkę papieru notesu. Na treść jaką sam napisał. Zastanawiał się. Analizował, choć było to dla niego przytłaczające. Kobieta dodała jeszcze dwa zdania, w tym pytanie. Przeniósł swoje zrezygnowane i zmęczone tym wszystkim spojrzenie na trzymany w dłoni i na kolanie zeszyt. Umiała mówić. Jakby miała wyuczone przekonywanie do siebie pacjentów.
Co szkodzi mu spróbować? Skoro i tak po miesiącu może stwierdzić, że to bez sensu. Że nic to nie daje.

"Chcę to przemyśleć… Nie chcę od razu podejmować decyzji."
Napisał i skierował notes w stronę kobiety. Licząc na wyrozumiałość. Miał mętlik w głowie. Chciał poukładać swoje sprawy. Może do czasu podjęcia decyzji się nie zabije z tej samotności. Załatwi swoje sprawy zawodowe. Już wiedział, że nie ma szans być nadal aurorem. Zwalniając się z pracy, straci też wszelkie przywileje jakie miał. Co taki niemowa może zdziałać w tym zawodzie? Nie chciał być ciężarem. Czuł się zbędny. Śmierciożercy osiągnęli to, co chcieli. Stał się niczym.
Nie odmówił pomocy od Pani Delacour. Ale też nie przyjął jej od razu. Być może postąpi tak, jak zasugerowała mu wcześniej. Załatwi swoje sprawy prywatne i rozważy powrót do dalszego leczenia. Podejmie kolejną próbę.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
19.12.2023, 11:00  ✶  
Czy potrafiła przekonywać do siebie pacjentów? W zasadzie od lat musiała z nimi rozmawiać. Aparycja na pewno jej w tym pomagała, chociaż prawdę mówiąc potrafiła być też przekleństwem. Niektórzy nie chcieli słuchać kobiety - inni reagowali na nią nawet dość alergicznie. Ale to również hartowało charakter i zmuszało do odpowiedniego doboru słów, by przekazać to, co chciała, a i być może zmienić zdanie osoby, która nie chciała podjąć leczenia. Jak Ward. Nie każdego dało się przekonać, oczywiście, ale Delacour wychodziła z założenia, że zamiast bawić się w półsłówka lepiej jest postawić sprawę jasno. Wtedy rozmówca czuł, że jest partnerem do rozmowy, a nie królikiem doświadczalnym.
- To zrozumiałe - powiedziała łagodnie, zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znalazł. Co ona zrobiłaby na jego miejscu? Czy w ogóle by to przeżyła? Czy szukałaby rozwiązania na własną rękę? A może zareagowałaby agresją, odpychając nieudolnych lekarzy od siebie, zirytowana, że obiecują jej gruszki na wierzbie, a wychodzi z tego jedno wielkie nic? Nie wiedziała. Była empatyczną osobą, ale nigdy nie potrafiła postawić się na miejscu ofiary. Rozumiała emocje i różne motywy, które takimi osobami kierowały, ale nigdy nie potrafiła tego odnieść do siebie, postawić się w ich sytuacji. Może i dobrze, może to była dobra cecha dla kogoś, kto wykonywał zawód taki, a nie inny.

Camille wyciągnęła z kieszeni kartonik z wypisanym na nim imieniem, nazwiskiem i adresem. Oczywiście że to nie był jej domowy adres, nie posiadała też własnego, osobnego gabinetu, ale współdzieliła go na takie wypadki z jedną ze znajomych. Nie wchodziły sobie w drogę, a przynajmniej próbowały. Czasem musiała więc przekładać spotkania, gdy tamta akurat zajmowała lokal. Nie pasowało jej to, ale nie mogła zaprosić kogoś pokroju Warda do siebie. I tak sporo ryzykowała, interesując się jego przypadkiem - po co ryzykować bardziej? Poza tym nie wyobrażała sobie kogoś takiego w jej prywatnej sferze.
- Tu jest adres. Niech pan najpierw pośle sowę, nawet jeżeli uzna pan, że woli z tym żyć - powiedziała, wręczając mu wizytówkę. A raczej coś na jej kształt. Raczej nie rozdawała ich byle komu na ulicy. - A nawet szczególnie, jeśli postanowi pan odmówić. Nie jestem osobą, która czeka w nieskończoność, panie Ward, ani tym bardziej osobą, która się komukolwiek narzuca. Proszę tu podpisać.
Podsunęła mu dla odmiany wypis. Skopiuje go później, będzie jej potrzebny, tak samo jak dokumenty dotyczące Tristana w ogóle. To nie było nic nielegalnego, ot, po prostu przepisze to, co "pamiętała". A że będzie wkuwać to wszystko po godzinach, to nikt jej nie zabroni. Nie tylko ona zainteresowała się tym przypadkiem, jego papiery latały z rąk do rąk, a gdy przechodził obok ktoś wyższy stopniem - były chowane za plecami. Chciałaby, by w Mungu pracowali sami profesjonaliści pod tym względem, ale wtedy pewnie zostałaby tylko garstka uzdrowicieli.
- Chyba że ma pan jakieś pytania?
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#8
21.12.2023, 00:27  ✶  

Tristan był teraz w takim położeniu, że nie miał siły na cokolwiek. Nawet na życie. Żałoba po stracie rodziców nadal go trzymała. Został dosłownie sam. Co z tego, że miał jakieś koleżeńskie wsparcie z pracy i nieliczne po szkole Hogwart. Oni nie wypełnią mu tej pustki. Nie zastąpią mu straconych bliskich. Nie miał nawet rodzeństwa. Nie miał drugiej połówki. Był sam. Dosłownie, sam.

Uzdrowicielka Delacour była wyrozumiała, mimo swoich słów, w których brzmiała szczerze. Nie dawała żadnej stuprocentowej gwarancji, że mógłby odzyskać mowę, przez chodzenie do niej na leczenia. Dostawał wizytówki nawet psychologów, którzy woleliby, aby przychodził do nich na terapię, radzenia sobie z problemami psychicznymi. Potrzebował też eliksirów na sen. Nie zamknie oczu, kiedy w ciemności widzi obraz torturowanej matki. Ten koszmar nie opuszczał go. To były początki stadium bezsenności u niego. Nie praca wtedy była główną przyczyną, na którą zwalał winę, ale przeszłość. To, co przeżył. Jakimś cudem, przeżył.

Kobieta podała mu swoją wizytówkę, na którą Ward spojrzał. Imię, nazwisko, specjalizacja. Adres, gdzie mógłby wysłać Sowę z listem. Spojrzał na nią, kiedy prosiła o jakąkolwiek wiadomość od niego. Czy podejmie się leczenia, zrezygnuje, czy cokolwiek innego przyjdzie mu do głowy. Kiwnął głową, że przyjął do wiadomości. Pytań więcej nie miał, zatem przy kolejnym pokręcił głową, że nie ma pytań.

Na tym widocznie skończyła się rozmowa między nimi. Odłożył notes na łóżko, odbierając od kobiety podkładkę z wypisem. Gdy spojrzał na całą treść, rzeczywiście dużo się rozpisali. Nawet nie chciał tego czytać. Podpisał się, gdzie mu wskazała i oddał. Wypis otrzymał. Pożegnali się i Tristan na powrót został sam w pomieszczeniu. Chwilę jeszcze siedział, nim schował ostatnie swoje rzeczy, z otrzymaną wizytówką do torby. Upewnił się, że wszystko ma, włącznie z różdżką i wyszedł. Opuszczając dosłownie Szpital Świętego Munga.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2140), Tristan Ward (1714)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa