Moi bracia uciekli z klatki chlip chlip
Proponuję, aby stworzenia odnalazły się w jakimś magicznym zagajniku.
Miał to być przyjemny dzień. Jeden z wielu. Mieli po prostu zmienić miejsce lokalizacji cyrku, nie brzmiało zbyt skomplikowanie, prawda? Robili to przecież ciągle, co chwila odwiedzali kolejne miasta. Nic nadzwyczajnego. Przynajmniej z pozoru. Kto bowiem mógł spodziewać się tego, że Jim okaże się być bardzo chujowym kierowcą? Na pewno nie Fiery, uważała, że jego Bóg zawsze jest przy nim i mu pomoże, przecież te modlitwy musiały do niego dochodzić. Może był to znak, że Boga wcale nie ma, a to, w co wierzy Jim nie na najmniejszego sensu? Nie był to dobry czas na takie rozważania, ale na pewno wróci do tego później.
Podniosła się na nogi po tym, jak wylądowała na ziemi, gdy wóz się przewrócił. Musiała wyjść na zewnątrz, aby zobaczyć, jak wygląda cała sytuacja. Martwiła się o zwierzęta, może powinna również o swoje rodzeństwo, jednak oni byli w stanie poradzić sobie sami, te biedne stworzenia nie bardzo. Miała nadzieję, że nie spotkało ich nic złego. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby się poturbowały, nie tylko sobie, bo i Jimowi by tego nie wybaczyła i Alexowi, bo to on pozwolił mu prowadzić. Trafiliby na jej czarną listę.
Udało jej się jakoś wyleźć na zewnątrz. Widok jaki zastała nie należał do najprzyjemniejszych. Zrobił się straszny syf, miała teraz jednak tylko jeden problem - musiała zobaczyć, co stało się ze zwierzętami. Ruszyła w stronę klatek, a kiedy tam dotarła stanęła w miejscu. Był puste. - JOP TWOJU MAĆ - Burczała pod nosem. Nie miała pojęcia, co powinna teraz zrobić. Zniknęli jej bracia animagowie, zniknęła reszta zwierząt, zniknął Zdzisiek, od czego miała zacząć. Pisnęła głośno wkurzona, nie miała nawet za bardzo kogo poprosić o pomoc, bo wszyscy biegali gdzieś wokół, co było całkiem zasadne, pewnie każdy ucierpiał w tym wypadku. Wolała nie myśleć, czy ptaki Atheny również nie spierdoliły, bo nie tak łatwo będzie je złapać.
Na całe szczęście, obok niej znaleźli się dwaj wielkoludzi, wzięła więc głęboki oddech i spojrzała na mężczyzn. - Musimy ich złapać, wszystkich! - W jej głosie mogli słyszeć dramatyzm, bo naprawdę przejęła się tą sytuacją. - Nie ma Theo i Leo i ZDZIŚKA nie ma, musimy go złapać przed pełnią. - Wolałaby nie myśleć, co się stanie, gdyby podczas pełni kogoś ugryzł, niby pełnia była dwa dni temu, ale lepiej mieć się na baczności.
Podróżowanie z Bellami za każdym razem wiązało się z mniejszą lub większą katastrofą. Harvin o tym wiedział z doświadczenia i wydawało mu się, że przygotował się na każdy możliwy wypadek. Jeszcze przed wyjazdem obejrzał wszystkie wozy, by nie musieli zatrzymywać się na wymianę koła, albo – co gorsza – cofać się, bo coś zleciało z dachu. Plan był dobry. Wykonanie też. Co zawiodło? Jeszcze nie wiedział, ale jak się dowie to… zapewne nic z tym nie zrobi.
— Nic wam się nie stało? — zapytał, stojąc już przy klatkach. Z oczywistych powodów o Titiana się w tej kwestii specjalnie nie martwił, jednak Fiery wydawała się istotą dość kruchą fizycznie. Pytanie wydawało mu się dość zasadne, gdyż nad jego własną lewą skronią pod zaczerwienioną skórą już formował się guz. Gdy jego przyczepa się przechyliła, przebywający w środku mężczyzna poleciał na podłogę, uderzając głową w swoją metalową skrzynkę na większe narzędzia. W urazach tej części ciał nie był amatorem, poboli i przestanie. Jak zawsze wydawał się dość spokojny, chociaż widząc otwarte na oścież drzwiczki, poczuł, jak stres zaczyna powoli wdzierać się i do jego głowy.
— Zdzichu wróci. Jest samodzielny. — w przeciwieństwie do kobiety, wolał myśleć o tym, co mogło zdarzyć się i z innymi zwierzątkami. Pospiesznym krokiem przeszedł kawałek dalej, by zobaczyć, kto jeszcze uciekł. Zdziwił się na widok erklinga. W końcu po elfie pożerającym dzieci można się spodziewać, iż skorzysta z okazji do ucieczki na łono natury. Zabrakło ghula, który z braku w zasobie słów zazwyczaj przedstawiał się jako Yyy. Najbardziej jednak zaniepokoiła Bella pusta klatka smoczogników. Jeśli one zdążyły już wylecieć, to iskry z ich ogonów mogły wywołać pożar, a szalejący ogień był w tej chwili ostatnim, czego w tej chwili potrzebowali.
— Musimy się streszczać — jednak sam wzrok wbity miał w nieboskłon. Nie szukał tam Boga, choć to zapewne by ucieszyło Jima, wypatrywał małych, skrzydlatych jaszczurek.