Do trzeciej nad ranem siedzieliśmy w mojej przyczepie, która kiedyś należała właściwie do Jima, malując na dużym prześcieradle ogromny transparent. Podstawą były skołowane przeze mnie farby w puszkach, do których Elaine dodała jakieś magii dzięki której napis mienił się różnymi kolorami. Arya pozwoliła nam też zabrać trochę ścinków materiałów, które Felix - lepiej lub gorzej - doszywał do materiału, żeby uczynić go jeszcze wyraźniejszym. Czułem niesamowitą ekscytację na myśl o kolejnym dniu, kiedy to miał się odbyć pierwszy w historii Marsz Praw Charłaków. A ja miałem w nim uczestniczyć - czułem siłę sprawczą, która miała odmienić oblicze świata i przyznać podobnym mi osobom wreszcie prawo do istnienia, do bycia częścią społeczności magicznej, która do tej pory się nas wypierała. Powietrze pachniało wypalonymi przeze mnie papierosami, propan-butanem i zmianą. W końcu wszyscy rozeszliśmy się, obiecując sobie spotkanie następnego dnia rano i wyruszenie wspólnie na protest.
Obudził mnie zapach jajecznicy, dochodzący zza okna. Przetarłem twarz dłonią, poprawiłem bieliznę i narzuciłem na siebie wzorzysty ale bardzo powycierany szlafrok. Tak odziany, w bosych stopach wyszedłem z przyczepy i dołączyłem do Jima robiącego śniadanie w zaimprowizowanej jadalni pod chmurką. Nie byłem pewny czy Elaine i Felix już wstali, ale domyślałem się, że było na tyle wcześnie, że jeszcze siedzieli w swoich przyczepach. Podziękowałem Jimowi za jajecznicę, odwdzięczając się papierosem, sam odpalając jednego i w głowie planując wydarzenia dzisiejszego dnia. Część mnie obawiała się konsekwencji tego co mieliśmy zrobić, a druga część bardzo chciała, żeby to miało jakieś konsekwencje. Żyłem otoczony magią odkąd skończyłem dziesięć lat i naprawdę dość miałem już stanowiska Ministerstwa Magii jakoby charłacy byli zupełnie nieistotnym promilem i nie wymagali żadnej legislacji ani oficjalnego uznania z ich strony, bo przecież byli praktycznie mugolami. Wiedziałem, że nie jestem czarodziejem - przez wiele lat budziłem się z tą myślą i z nią zasypiałem - ale zupełnie nie czułem się mugolem.
Czy mogłem oczekiwać, że dwójka przyjaciół - praktycznie rodzeństwa - podąży za mną, skoro oni mieli potencjalnie o wiele więcej do stracenia? Może powinienem po prostu wstać, zabrać transparent i pójść na protest sam, pozostawiając ich w zaciszu i bezpieczeństwie cyrku. Alexander z pewnością nie pochwaliłby tego, że narażam tamtą dwójkę na niebezpieczeństwo. Czy będzie wściekły, kiedy się dowie? Podejrzewałem, że raczej bardzo zawiedziony - Tully po prostu sprałby nas na kwaśne jabłko za coś takiego, co z jakiegoś powodu wydawało mi się nawet lepsze, niż poważna rozmowa, która czekała nas ze strony Overseera. Z takimi czarnymi myślami odprowadziłem wzrokiem Jima, odchodzącego gdzieś na bok, żeby zjeść i jadłem śniadanie, zaciągając się papierosem. Musiałem pamiętać, żeby zabrać broń. Nie chciałem jej używać, ale bez różdżki byłbym kompletnie bezbronny.
![[Obrazek: protest-rally.gif]](https://media.tenor.com/El3JIi8O6t4AAAAC/protest-rally.gif)