Szpital Św Munga, późne popołudnie
Zbliżał się koniec dnia, chociaż jedyną wskazówką o tym świadczącą była ta na zegarze. Camille powoli rozpinała białe szpitalne odzienie, czując jak słodkie zmęczenie ogarnia jej ciało. Dzisiejszy dzień nie różnił się zbytnio od innych - praca od rana, z krótkimi przerwami, a potem papierologia. Dla niektórych to była właśnie najgorsza, najtrudniejsza część pracy uzdrowiciela. Staranność i skrupulatność, którą inni przelewali na pacjentów potrafiła gdzieś się ulotnić, gdy przychodził czas na wypełnienie raportów, spisanie wszystkich pacjentów i sprawdzenie, czy w kartotekach panował porządek. Często nie panował - pojawiały się drobne błędy, kleksy na pergaminie. Krzywo zapięte teczki potrafiły wypuszczać kartki, które salowe odkładały na jedną kupkę, by potem jakiś nieszczęsny stażysta musiał odkryć, w które miejsce je włożyć i pomiędzy które strony. To była niewdzięczna robota i niewiele było osób, które to lubiły. Camille jednak to nie przeszkadzało. Nie można było powiedzieć, że była fanką wypełniania raportów, ale zdawała sobie sprawę z tego, że porządek wokół siebie był kluczowy do tego, by móc podejść kompleksowo do sprawy. Wystarczyła jedna zagubiona tabelka, by podać nie ten lek lub przesunąć zaplanowane, skomplikowane leczenie na późniejszy termin. A Delacour dała się poznać już na stażu jako osoba, która nie lubiła, gdy należało coś przesuwać przez głupie błędy ludzkie. Dlatego też starała się ich sama nie popełniać.
Blondynka 3 lata temu otrzymała dyplom - była jeszcze, jak wielu jej kolegów z pracy - dopiero na początku swojej drogi. W zamyśleniu wygładziła bluzkę, która podczas całego dnia zdążyła trochę się wygnieść. Potrzebowała odpocząć, dzisiejszy dzień nadwyrężył ją fizycznie. Pracowała nie tylko przy urazach pozaklęciowych, ale również przy łamaniu klątw. To ostatnie nierzadko wymagało użycia środków dość drastycznych, jak krępowanie rzucających się pacjentów, ale to była norma przy pracy z ludźmi. Na pewno nie było to częściej spotykane niż w przypadku osób z zaburzeniami psychicznymi, ale się zdarzało. Tak jak dzisiaj. Z cichym westchnięciem kobieta zamknęła szafkę i wyszła na korytarz, mijając po drodze Laurenca.
- Kończysz już? - uśmiechnęła się do niego lekko, lecz nie bez odrobiny zdziwienia. Zdążyła już go poznać na tyle, by wiedzieć że jest nie mniej ambitny od niej. Oboje potrafili siedzieć po nocach nad daną sprawą, zastanawiać się tygodniami nad rozwiązaniem danego problemu. Lestrange jednak nosił nazwisko, które znaczyło w Mungu więcej, niż jej samo. Nie było to do końca sprawiedliwe, ale wbrew pozorom nie demotywowało kobiety - można było rzec, że było wręcz przeciwnie. - To niespotykane jak na ciebie, by wychodzić o czasie.
Lubiła go. Był inteligentny, dobrze wychowany, nigdy nie przekraczał granic. Laurence miał bystry umysł, a rozmowa z nim potrafiła być przyjemna na poziomie koleżeńskim. Był jedną z niewielu osób, z którymi Camille zamieniała chętnie więcej niż kilka zdań. Drugą była, paradoksalnie bo do wygadanych nie należała, Florence.