• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972

Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#1
12.01.2024, 21:11  ✶  
Breathing dreams like air
Fleamont & Laurent

Flynn nie był kimś, kto lubił zapadać w pamięć tak głęboko, aby burzyć komukolwiek spokój, jaki dawały sny. Dla jednych były przedsmakiem zaświatów, dla niego bardziej przedsmakiem czekającej go, zupełnej nicości, ale ta nicość nie przerażała go wcale, a popołudnie po długim, dobrym, nieprzerwanym śnie zdawało się napełniać mężczyznę uczuciem głębokiego spokoju. Nawet po najgorszym dniu, gdzieś na końcu przychodził ten moment, w którym zamykasz oczy i znikasz, a po pobudce nawet najburzliwsze, nieujarzmione emocje wydawały się ledwie lekką mgłą, widmem przeszłości niemającym nad nim żadnej kontroli. To był jedyny czas, kiedy mógł być całkowicie wolny od pułapki, jaką był jego umysł. Ale niektóre sny takie nie były. Niektóre sny były tak prawdziwe, tak żywe, że stanowiły kontynuację udręki, jaką żyło się za dnia. Takich snów nienawidził, ale nigdy nie potrafił się z nich obudzić - otworzywszy oczy z samego rana, zlany potem, nie czuł się nawet minimalnie wypoczęty. I nic co wyczytał w książkach - szczypanie się, patrzenie w okna, skakanie w dół - nic nie działało, te sny były jak więzienie, w którym zamykała cię twoja własna psychika, żebyś zdał sobie z czegoś sprawę, a ty i tak odwracałeś wzrok i doszukiwałeś się w nim jakiegokolwiek innego sensu niż prawda.

To był jeden z takich snów. Ku jego szczęściu - to nie on musiał bać się nocy. To Laurent czuł, jak jego ciężkie powieki ciągną go w dół, ale nawet w takim stanie nie mógł spać. Wpatrywał się w sufit godzinami, myślał o wszystkim, o czym nie chciał myśleć już nigdy więcej. Dopiero oderwanie się od tychże myśli sprawiło, że ciemność pokoju owiniętego nocą, przylgnęła mu do umysłu na tyle, że odpłynął - uczucie pustki przebiło echo obijających się w jego umyśle rozterek i zasnął niespokojnym, nieprzyjemnym snem, który w ogóle nie przypominał snu. Nie, to nie był sen. To nie mógł być sen, to było jak podróż w nieznane - przez gęstą mgłę o nieregularnym kształcie, w jakiej szukał czegokolwiek innego niż mlecznobiały kolor, świeżego powietrza, aż wreszcie mgła się rozrzedziła, biel skupiła w jednym punkcie i znów był przytomny, ale na pewno nie był w swoich komnatach. Nie był w Londynie, ani w New Forest, ani w domu żadnego ze swoich kochanków - to miejsce było mu całkowicie obce - jakaż to była skrajnie beznadziejna, senna wędrówka, kiedy już na jej początku lądowałeś w miejscu obcym, w objęciu kogoś, kogo nieszczególnie lubiłeś. W wodzie wypełnionej płatkami róż, ale coś ci mówiło, że nawet w śnie to nie były róże dla ciebie.

Blondyn ocknął się w wannie, wsparty głową o klatkę piersiową obejmującego go od tyłu Crowa. Mężczyzna wodził po jego ciele dłonią - tak niespiesznie, delikatnie, trochę jakby zabijał czas mozolnym badaniem każdego zakamarka skóry. Głowę opierał o dłoń wolnej ręki, ją zaś o krawędź wanny. Ta sama twarz, podobne blizny, inne włosy - o wiele dłuższe od tych, z którymi widział go ostatnio. To nie był Crow, a jednak był nim - jeżeli cokolwiek skłaniało ku stwierdzeniu, że może to po prostu nie był chłopak z Podziemi, wystarczyło, aby otworzył usta. Wredny ton głosu, kojarzący się z rzeczami tak ordynarnymi, że na samo wspomnienie sztywniał kark - teraz ledwie o źdźbło miększy, wciąż niezbyt spójny z psimi oczyma obserwującymi zmiany na twarzy Prewetta, kiedy ten nabierał świadomości o tym, co działo się wokół niego.

- Zasypiasz? - Zapytał z lekką drwiną. - Mieliśmy iść na festiwal.

Ale im dłużej mu się przyglądało, tym więcej się w nim nie zgadzało - miał o wiele dojrzalsze rysy, niż w czasach, kiedy oboje znali się z pracy na Ścieżkach, ale nie był aż tak zniszczonym człowiekiem, jak Crow, którego Laurent spotkał w Fantasmagorii - jakby jego aparycję dotknęły lżejsze, delikatniejsze historie, niż pociętego, korzystającego z używek chłopaka z szarzejąca od braku słońca skórą. Może mógłby tak wyglądać w rzeczywistości, poza krainą snów, gdyby tylko życie było dla niego o gram łaskawsze.

- Wyłaź z wody. I tak od dłuższej chwili zgniatasz mi skrzydła. - Słowa wypowiedział równie nieprzyjemnie co wcześniej, ale jego gesty zaprzeczały złemu nastrojowi - rozgrzane palce wodzące po szyi blondyna, usta całujące go w skroń - ten Crow ze snów tylko się z nim droczył, bo miał to zapisane w naturze. To była dziwna forma okazywania komuś czułości. Nie ulegało wątpliwości, że chciał to kontynuować i zrobiłby to zapewne, ale zawahał się nagle, przekręcił głowę w bok jak zaciekawiony czymś kot, po czym nie poruszając się choćby o milimetr, szepnął: Nie jesteś moim Laurentem. I miał rację. Tuż obok wanny znajdowało się okno. Za nim - ciemna, głucha noc, rozgwieżdżone niebo i odbicie ich dwójki w otoczeniu masy palących się wokół świec. Crow oplatający go swoim jestestwem, z puchem czarnych piór wciśniętych pomiędzy swoimi plecami i metalową krawędzią, o którą się opierał. I Laurent, równie piękny co zawsze, ale z włosami sięgającymi mu za brodę, spiętymi spinką przypominającą skrzydełka motyla.

Sny nie powinny pachnieć, ale ten pachniał. Słodko, jak mleko z miodem. Jak ktoś, kogo wolałbyś wymazać ze swojej pamięci. Jak róża zasadzona przez Rosierów, gotowa do ścięcia i przekazania komuś, na kim ci niezwykle zależało.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
13.01.2024, 13:46  ✶  

Nie było tu świeżego powietrza, chociaż go poszukiwał. Mało go przecież było w samotnym domu przy plaży. Nad wydmami, gdzie ludzkie krzyki pochłonąłby huk morza. Kiedyś Ją kochał, tę Matkę Wodę, niezależnie od tego, czy była rozgniewana, czy uśmiech rozświetlał jej lico promieniami słońca, spokojem. Miłość nie wybierała trudnych i łatwych chwil, kochała za wszystkie czułe gesty, ale kochała też pomimo. Pomimo twoich humorków, pomimo twoich złości, pomimo tych małych i dużych zalet, które nakazują ci niekulturalnie pić herbatę z łyżeczką w filiżance, albo nie mieć zwyczaju zmywania naczyń, tylko odkładałaś je wiecznie w zlewie. Potem jednak zobaczył, że Matka Woda, jak niewiele matek, gotowa była pożreć swoje własne dziecko, jeśli tylko z nieuwagą wkroczy w sztorm jej oczu. Kiedy stał na klifie, kiedy wiatr wył i hulał, kiedy jeden krok dalej i wpadłby w trzaskające fale. Rozbiłyby go na tych skałach u jego nóg. Nie byłby w stanie z nimi wygrać i stałby się taką ofiarą, jak wielu żeglarzy, którzy pływali o wiele gorzej od niego i musieli przejmować brakiem oddechu pod taflą. Dziś morze nie ryczało. Było spokojne.

Niespokojne było tylko jego serce.

Nie było tu świeżego powietrza, ale go nie poszukiwał. W mgłach człowiek się gubił i odnajdował samego siebie. Nie było niczego pewnego - tylko ty. Twoja dłoń, twój ułomny wzrok niezdolny do przeniknięcia przez kurtynę mleka. Owijasz się nią jak kołdrą. I robi się ciepło. Przyjemnie ciepło, gdy mleko i miód napełniają płuca i mimo to - nie topisz się. Nie mógłbyś. Przecież jesteś tak dobrym pływakiem. Robi się ciepło, bo twoja kołdra nabiera materialnego wyrazu. Otula z każdego strony, układa w miękkości idealnie dopasowanego ciała do twojego ciała. Woń róż - jak klejnot w królewskiej koronie. Jak błękit będący podstawą nieba na obrazie mistrza. Dopełnienie, wypełnienie i podstawa. W końcu tak bardzo lubiłeś róże.

Budzenie się czasem niepokoiło serce.

Leniwie przesunąłeś nogą po dnie wanny, tylko trochę ją prostując. Odetchnąłeś, bo ta leniwość rozciągała się tak samo jak płynny miód zsuwający się z łyżeczki prosto do herbaty. To było takie miłe - budzić się przy czyimś boku. W czyichś ramionach. Uwielbiasz te poranki, kiedy pokój nie jest pusty i nawet jeśli to nie jest ktoś, kto zostanie na dłużej, to chociaż został przez parę chwil, żeby stworzyć ułudę. Ułudę spokojnego serca i spokojnego budzenia się. Ułudę tego, że świeże powietrze pasuje bardziej od zapachu wręczonych w dłonie róż. Tylko że ty nie byłeś w łóżku. Nie byłeś nawet w swoim pokoju.

- Festiwal..? - Rozległ się zaspany pomruk spomiędzy jego warg. Mieli iść na jakiś festiwal? Tak, pewnie tak... tylko po co, skoro było tak...

Drgnąłeś, kiedy napotkałeś brązowe oczy tuż przy sobie. Rozluźnienie zamienił się w lekkie napięcie, rozleniwienie niepokój. O, oto jest. Niespokojne uderzenie serca po raz pierwszy, jak werbel wojennych bębnów odliczających uciekające przez palce sekundy. To była piękna twarz - ta twarz Fleamonta. Tylko jego głos ciągle tak samo niepokoił i stawiał włoski dęba na całym ciele. Ciepło wtedy ulatywało - wygrywał chłodny dreszcz obaw, które przelewały się przez skórę i wnikały w ciało. Świadomość napływała, a złoto i piękno kwiatów otaczające ich samych, wypełniających fałszywie utopijny sen w swoim podwoju, stawały się złotą klatką. Dłoń, która badała jego skórę i każde drgnięcie mięśni mogła stać się imadłem. Uśmiech, który od parady nazwać można było wręcz filuternym, zaraz mógł się wykrzywić w złości i niezadowoleniu. Słowa mówiły: wstawaj, ale zaraz mogły się zamienić w "nie waż się ruszyć". I już dłoń nie będzie badała. Stanie się więzieniem.

Ptaszek w złotej klatce.

- Skrzydła? - Powtórzył otępiale, a choć mówił o swoich skrzydłach, to dłoń Laurenta jakoś i tak powędrowała automatycznie do własnych ramion. Musnął palcem skórę Crowa. Obrócił się w jego ramionach, żeby spojrzeć na ten piękny, czarny puch pochłonięty przez mleko. Jak czarna plama na ubraniu z tuszu, którą usuwasz białym ryżem. Te dwie barwy mogły wydawać się przeciwieństwami, ale jeśli je połączysz - tworzyły idealną harmonię. Jakby były od zawsze sobie przeznaczone.

Jakiś paraliż objął jego ciało, przetoczył się iskrami z nieopatrznie dotkniętego kabla, gdy rozległ się szept. Dobrze wiedział, gdzie spojrzeć. W którą stronę obrócić głowę, żeby spojrzeć we własne, jasne oczęta i te ciemne oczy Bella.

Niepokój rodził strach.

Strach, który rozkwitał jak róża.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#3
15.01.2024, 18:56  ✶  
Mężczyzna musiał słyszeć jego słowa - dwa krótkie pytania zadane w zaspaniu i niepewności, ale nie odpowiedział nic. Te jego permanentnie zmęczone, brązowe oczy po prostu wpatrywały się w Laurenta z delikatnym uśmiechem. Posiadał w sobie wiele obcej dla tej twarzy subtelności, ale wciąż była w nim jakaś taka zabójcza iskra - jakby pod maską miękkości znajdował się wciąż ten zły człowiek, pragnący dotyku i uczuć, ale noszący to pragnienia wymieszane z grubą, szorstką dawką życiowego zepsucia.

To był sen, czy kompletnie inna rzeczywistość? Czy możliwe było, aby obie z tych rzeczy były prawdziwe? To sen - tak mówiła ludzka podświadomość, ale w snach nie odbierałeś tylu bodźców, w snach nie drętwiały ci nogi, w snach... Nie dostrzegałeś aż tylu detali, nieznane ci było uczucie bólu. A teraz Laurent nie mógł ruszyć podbródkiem, bo Crow zacisnął na nim swoje palce i zmusił go do utrzymania spojrzenia w ich wspólnym odbiciu. To nie było bolesne, ale było napełnione po brzegi dyskomfortem, mogło zamienić się w ból, jeżeli chciałeś szarpnąć twarzą w bok, uciec stąd - ale jak stąd uciekniesz, to gdzie pójdziesz? Będziesz błądził po obcym miejscu, tak jak błądziłeś wcześniej po mgle? A Crow snuł tylko jakąś swoją opowieść. Prewett był tak dziwnie ustawionym na planszy życia pionkiem, że mógł poznać go jako kogoś, kto ciągle się wymądrzał i całkiem sporo mówił. Teraz na przykład robił to wpatrując się w niego w tej szybie, jakby była lustrem. Drugą dłonią pogładził blondyna po włosach, następnie nieco bezczelnie objął go i przytulając chłopaka do siebie, odsunął ich od krawędzi wanny. Nie kłamał, kiedy mówił o zgniatanych skrzydłach - ani o ich posiadaniu, ani o niewygodnej pozycji, bo kiedy je rozprostował, wydał z siebie głośne stęknięcie pełne niewyobrażalnej ulgi. Woda spływająca z czarnych piór wylewała się na kafelki, zgasiła dwie najbliższe z wielu świec rozstawionych po malutkiej łazience. To było tak rzeczywiste.

- Przykro patrzeć, jak boisz się tego odbicia. Jestem dla ciebie złym wspomnieniem, czy wspomnieniem, którego nie pamiętasz? Nie musisz mi na to odpowiadać. Nie musisz się też bać. To twój dom. Innej wersji ciebie, ale wciąż... twój.

Powiedział to na tyle głośno, aby nie zagłuszyła go woda kapiąca na posadzkę. To byłoby łatwiejsze do wyjaśnienia, gdyby było inną rzeczywistością, ale wciąż... Miało w sobie znamiona snu - ta woda powinna przestać płynąć już kilka sekund temu, a wciąż lała się z niektórych piór strumieniem, zbierało się jej na podłodze coraz więcej. Za chwilę zgasi najniższe świeczki, które zgasłyby niedługo i bez niczyjej pomocy, ale sam fakt, że sięgała coraz wyżej... A Crow w ogóle na to nie patrzył, tylko mówił i mówił.

- Wiem, że zamieniliście się miejscami, bo poznaję cię po samym dotyku, po sposobie, w jaki oddychasz. Tak samo jak ty rozpoznajesz mnie po śmiechu i po sposobie, w jaki trzymam nóż.

Zebrało się jej na dobry centymetr wysokości. Nie znikała nigdzie, nie było tu żadnego odpływu, który doprowadziłby ją w inne miejsce. Czy zatrzymywała się przy drzwiach? A może zalewała kolejne pomieszczenie? Jeżeli jeszcze nie, to zaraz je zaleje - bo wciąż płynęła, kapała w kojącym duszę rytmie, nawet jeżeli wszystko w człowieku mówiło, że trzeba było ją wytrzeć.

- Zabaw się tym. Nadaj mi jakieś imię.

Nadal nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Może tej wody wcale tutaj nie było, tak jak ich tutaj nie było. Ale jej poziom się podnosił - dwa centymetry. Trzecia świeczka zgasła, a ręka Crowa przesunęła się po jego klatce piersiowej, testowała granice.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
15.01.2024, 23:28  ✶  
~ ➤ ~

Gdyby Crow nie doświadczył swojego życia i gdyby życie nie doświadczyło jego - czy tak by wyglądał? Gdyby życie nie doświadczyło ciebie samego i gdybyś ty doświadczył je inaczej - tak by malowali twój obraz? Nie tak nędznie chudy jak w dniu dzisiejszym, a słodko miękki, z motylimi skrzydłami we włosach? Niebieskimi, bo błękit pięknie wyglądał przy czarnych piórach. I nie współgrał z tym psim brązem, o nie. Stworzono błękit nieba po to, by stanowił ledwo tło dla wielkich pni drzew pnących się ku słońcu. Jego oczy współgrały z cieniami i mętną zielenią najgłębszych z kniei. Tak też grał jego dotyk. Nie bolał, a mógł zacząć. Tak grał jego uśmiech. Nie przerażał, a mógł błysnąć kłami, które poraziłyby mocą. Czy może pokazałby dziób i szpony, którymi wydarłby oczy spod powiek? Na razie nie było takiej woli. Na razie masz patrzeć. To nie ty leżysz w spektrum twojego własnego zainteresowania - to ta sylwetka, która przyszła być w tej wannie łożem. Chyba zabójczo wygodnym, jeśli możliwe było zaśnięcie w jego ramionach. Więc patrzył Przyglądał się temu, co wygodne i co chciało, żeby wzroku nie odwracał. Twarzy pozbawionej bruzd i ramionom pozbawionym blizn. Jego piękno nie zakrywało tylko jednego - wewnętrznej brzydoty, która nadal nakazywał mu gryźć i kąsać. Która świeciła życiem w tych czarujących oczach, które kilkoma spojrzeniami rozpalały uda człowieka i rzucały się do jego stóp potrzebą dotknięcia chociaż skrawka jego skóry. Ten blask, to zło, które się tam tliło - to ono przerażało. Tak jak paraliżujący bezruch, z którym śmieszne wręcz byłoby walczyć.

No właśnie. To nie było nawet lustro. To była ledwie mętna szyba, w której tylko wyobraźnia mogła malować dokładnie odbicia przy tym tańcu świec. Złudnym blasku. Za łatwo było zgasić te drobny promyczki i pozwolić na to, żeby ciemność goszcząca pomiędzy piórami Crowa wdarła się w tą niecodzienność. W ten... sen? Laurent wyciągnął swoje dłonie, żeby ułożyć je na brzegu wanny, ale w tej pozycji nie znalazł w tym komfortu. Podnieść się? Nie podniesiesz. Instynkt nakazywał siedzieć w miarę w bezruchu, żeby nie sprowokować bestii do dalszych ruchów w odpowiedzi. Przesuwasz się - bestia goni. Brak strachu był jedynym rozwiązaniem, bo ponoć dla drapieżników pachniał jak perfumy. Jak te róże, które teraz stały się zbyt słodkie i zbyt mdłe w połączeniu z zapachem tego miodu i mleka. Z ciepłem tej wody. Z tym, że jakoś powiększały się węzły chłonne, kiedy ta dłoń spoczywała na gardzieli. Tam, za tym oknem, powinny kołysać się drzewa New Forest, a zamiast tego kołysała się cichuteńka noc. Nieznana łaźnia, nieznane niebo. Lubił dotyk na swoich włosach, ale temu jakoś brakowało czułości, mimo że nie brakowało jej wcale. Zamiast uczucia komfortu to posłał kolejny zimny dreszcz po karku. Jak przestroga. Mógł złapać za tę szpilę spinki i wbić ją prosto w plecy. Już to było, pamiętałeś. Blizna, pamiątka po nożu, który chciał dosięgnąć bardziej witalnych punktów. Który miał zabić. Bezwładnie poruszył się razem z nim, czy raczej - został poruszony. Nawet nie próbował wyślizgnąć się z tych objęć, czując szybciutko bijące serce i pulsującą w żyłach krew. Ale nic się nie działo. Nie było tego pieczenia w klatce piersiowej, nie było dyskomfortu oddechu, rozjeżdżającego się obrazu. Wszystko było ciągle tak samo wyraźne i pewne. Więc właśnie - czy to sen? A jeśli to sen - czemu był w nim Crow?

- Jesteś złym wspomnieniem, które napotkałem w teraźniejszości. - I które teraz do ciebie przyszło, nawiedzało w snach. Skoro nie musiałeś odpowiadać, to czy cisza była odpowiednim wyborem, czy jednak nawiązanie konwersacji było tym lepszym? I co to miało znaczyć, że był... innym sobą? - Bolą cię skrzydła? - Ze wszystkich istotnych pytań jakoś to pierwsze wyrwało się na wierzch. Czy było istotne? Jakoś wydawało się, a jednocześnie jawiło jako jakieś absurdalne. Lub nie? Kiedy tkwił w tych obco-nie-obcych ramionach z poczuciem bycia zdanym na łaskę jego ruchów. Mówił o festiwalu. Zamierzał dalej na niego iść?

- Przestań... nie gaś ich. - Oczy Laurenta, które chciały namierzyć Crowa, ale nie mogły go dosięgnąć, zaczęły latać niespokojnie po pomieszczeniu, za dźwiękiem tej wody, za zapachem gaszonych świec i widokiem gasnącego światła. Miał to okropne przeczucie, że jeśli światło zgaśnie to stanie się coś strasznego. - N-nóż? - Napięcie w nim rosło i narastało. Przeniósł dłonie z krańców wanny na kolana Fleamonta, potem na jego przedramiona, którymi go oplatał, chcąc je trochę rozluźnić, zrobić sobie miejsce, którego było za mało. Albo właśnie... za dużo? Serce strzeliło mu jeszcze mocniej na to słowo klucz. Zgiął nogi w kolanach, chcąc się trochę odsunąć. I uciec... tam, donikąd? Albo jednak nie uciekać wcale. "Donikąd" nie wydawało się dobrym celem wędrówki.

- Czym mam się zabawić? - Jego głos był napięty, zadrżał wraz z nim, kiedy dłoń przesunęła się po jego klatce, a on spojrzał na tor jej wędrówki. Czy zaraz w drzwiach pojawi się ONA? Czy to jakieś... wydawało mu się, że to jakieś niedobre wspomnienie. - Po naszym ostatnim spotkaniu pewnie nazwałbym cię Fantazją. - Jakoś nawet nie musiał się nad tym zastanawiać. Kiedy tylko pojawiło się żądanie (czy zaproszenie?) o nadanie mienia, to po prostu to wiedział. Czuł. - Chyba nigdy tego nie spostrzegłaś, ale każdy twój krok niósł siłę tajfunu, który mieszał w moim sercu. - A potem strach i przerażenie mieszał się w jedno z ekstazą.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#5
17.01.2024, 02:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2024, 19:25 przez The Edge.)  
Jego dłonie nie były ładne. Twarz miał nieskalaną brutalną przeszłością, ale Crow znany mu z Londynu był człowiekiem, który smutkiem w oczach płacił za o wiele miększe dłonie. Te były szorstkie, pełne znamion pracy, pocięte, pobite, od narzędzi odbiegających daleko od typowych dla niego linijek i śrubokrętów. Ale wciąż posiadał w nich charakterystyczną dla siebie delikatność - ona nie była częścią ich aparycji, ona była częścią dotyku. Sposobu, w jaki chwytał i brał to, co uważał za swoje, a później zsuwał palce wzdłuż szyi i uśmiechał się ciepło - bo był kimś jednocześnie paskudnym i obscenicznym, ale i ciepłym jak diabli. Tak ciepłym, że łatwo się było o tę rękę sparzyć.

- Nie chciałem się ruszać, bo mówiłeś, że jest ci wygodnie. - Dla niego to było takie oczywiste. Nie skupiał się w ogóle na fakcie tego, że go bolało - skupiał się na powodzie, na człowieku, który przed nim leżał. Nie skupiał się na zalanej łazience, wodzie wciąż kapiącej i wylewającej się na podłogę, ani na absurdzie tego, że w tym tempie wanna powinna robić się pusta, a oni wciąż byli przykryci nią i kilkoma garściami płatków róż. Oczy Crowa były skupione na Laurencie, jakby go ktoś do tego zaprogramował - do tej uwagi, do bycia obok, do krążenia rękoma po jego ciele, do trwania w bezruchu z tak głupiego powodu jak to, że Prewett nie chciał poprawić pozycji, w jakiej leżeli. - I tak mieliśmy stąd iść. - Więc jaka w tym była różnica - czy zgasną, czy będą wciąż się palić? - Wolisz zostać? - Pytanie nie brzmiało na takie, które można było pozostawić bez żadnej odpowiedzi, ale skąd niby miał wiedzieć, pomiędzy czym i czym wybiera? - Ostatecznie, możesz oglądać deszcz gwiazd nawet i z wanny...

Widział i czuł ten opór. Potrzebę ucieczki z koszmaru, chociaż ucieczka nie dawała żadnych sensownych perspektyw. Nawet bez odpowiedzi musiał domyślać się, jak wielkie emocje wzbudzała jego obecność - a jednak pod przymkniętymi teraz powiekami, oprócz ognia buchało też płomienne rozbawienie. Nie było w nim krzty zimna ani poczucia odrzucenia - może dlatego, że mógłby go po prostu chwycić, szarpnąć, kazać mu siedzieć pomiędzy swoimi nogami i tak trwać, tylko on nie lubił działać w ten sposób, bo gdzież w tym była przyjemność zmusić kogoś do czegoś, jeżeli mógł spróbować urobić go tak, żeby do niego przylgnął spragniony dotyku sam z siebie? Ale Laurent był teraz skostniały. A Crow lubił, kiedy nawet mimo oczywistych, wewnętrznych oporów, ludzie wpatrywali się w niego, jakby miał stać się remedium na wszystkie ich troski. Jemu mógł dać o wiele więcej niż duszący ciężar własnego ciała - ale ten Laurent tego nie widział. Niech więc będzie i tak. To podobno jeszcze nie był koniec świata.

- Oh, mogę mieć kilka propozycji - chyba dopiero teraz naprawdę zabrzmiał jak on, bo powiedział coś wpisanego mocno we własne jestestwo - komediowo wręcz brzmiąca wypowiedź, na krótką chwilę zakłócająca rytm pary, bliskości i świec, melodię płynącą z tej sceny - ale chyba znasz mnie od najgorszej strony? Chociaż... nazywasz Fantazją swoje złe wspomnienie. To zabawne słyszeć, jak niewiele różni cię od samego siebie, niezależnie od rzeczywistości. - Bo mówił o słowach. Oczywiście, że chciał bawić się z nim słowami, ale mógł też zabawić się z nim w inny sposób, gdyby tylko poddał się temu uczuciu, gdyby nie czuł chłodu tam, gdzie Crow czuł gorąco. To była tylko kropla. Kropla czegoś znajomego w morzu pełnym obcości. Tak samo maleńka jak kropla spadająca z jego skrzydeł na zalaną posadzkę. Trzy centymetry. Zaraz zgaśnie kolejna świeczka, a w pomieszczeniu robiło cię coraz bardziej parno - w szybie nie było już ich odbić. Pokryła się drobnymi kropelkami, skutecznie uniemożliwiającymi obserwowanie tego, co działo się za oknem. - Pojawiłeś się w tych ramionach z jakiegoś powodu. Samotność, czy potrzeba usłyszenia szorstkich słów? Pewnie to drugie, skoro nie chcesz się do mnie przytulić. - Agresji dziś w nim nie było. Ale istniała frustracja. Niechęć kogoś, kto nienawidził, nie potrafił zdzierżyć, kiedy odmawiano mu dotyku. Czuł się więc teraz dosyć dwojako - z jednej strony chciał mu dać jakiś sygnał, że rozumie i do niczego nie zmusza, z drugiej - jakże te oczy go za to potępiały. Jakby go miały zrzucić do czeluści piekła, kompletnie nie współgrało to z delikatnym uśmiechem.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
17.01.2024, 12:27  ✶  

Sprzeczność. Crow był sprzecznością. Wróbel, który chciał stać się Krukiem, więc przybrał się we wronie pióra - bo te łatwiej było znaleźć. Delikatne stworzenie, które chciało wkroczyć pomiędzy kruki i wrony, więc musiał nauczyć się krakać tak jak one. Czy jego struny głosowe zostały zdarte od niekończących się prób i nauk? Czy stępił sobie dziób i stracił ten niewinny błysk w oku, czy może nigdy go nie miał, skoro nie pamiętał nawet, z którego drzewa przyszło mu wylecieć? Ta sprzeczność uderzała w człowieka, który widział smutek w oczach, a potem widział jak lśnią one z gniewem i z czystą furią okładają pięściami tego, kogo paluszkiem wskazała dama jego serca. A może..? Może to nie on wybrał dla siebie taki los. Może to był spisek tych, których nie można było dojrzeć, kryjących się za kurtynami wielkich graczy tego świata. Czy Fontaine, która złapała jego serce i poznała się na delikatnej naturze wrony, kojarzyła mu się z ciepłem? Bo Laurentowi kojarzyła się tylko z zimnymi dłońmi, które wywoływały dreszcze. W przeciwieństwie do niej ręce Crowa były naprawdę gorące. Tak gorące, że doprowadzały człowieka do szaleństwa. Zupełnie, jakby ten bogom winny pomiot piekieł uczył się, gdzie nacisnąć, żeby wygrywać na strunach głosowych partnera wszystkie z nut.

Nie chciał się ruszać, bo... było mu wygodnie? Laurent zatrzymał się w swoich niespokojnych ruchach. Jego myśli wróciły do tej paskudnie dusznej przyczepy, wozu, czy... cokolwiek to było. Rozmywał mu się moment wtoczenia się tam a wylądowania na łóżku. To było veritaserum, a może amortencja w szklance..? Paplał bez sensu, albo może właśnie z sensem? Paplał wszystko, co myśl na język przyniosła, o tych niewygodnych i wstydliwych rzeczach, albo to wszystko działo się w jego głowie? Najpierw był dym, a potem okno i haust świeżego powietrza. Najpierw był pożar serca, a potem ciepły, ale wcale nie spalający dotyk. Kolejna paplanina. Z sensem. Bez sensu. Wirujący świat powracający do normy dzięki człowiekowi, który budził tyle lęku. Czemu..? Ach, no tak - przypominasz sobie. Przecież dokładnie ten sam człowiek miał jeszcze chwilę temu mord w oczach i z całą swoją agresją wbił nogę w twój brzuch. Ten sam człowiek (czyżby?) leżał tutaj i pozwalał sobie na doznanie bólu, żeby jemu było wygodnie. Nie, nie ten sam. Ten sam... tylko inny.

- Ale... przecież cię bolało... - Nie rozumiał. Gubił się w tej myśli. Gubił się pośrodku tej ciepłej wody, tamtego łóżka w małej przyczepie i wspomnienia swoich dłoni na jego udach, kciukach przejeżdżających po tatuażu smoka. Pomiędzy teraz, wcześniej i dawniej. W tym, z jaką oczywistością w głosie ten Crow o tym mówił, dla niego nie mogło być innej odpowiedzi, nie było wątpliwości. Co to był za zwichrowany sen?

Powoli, bardzo powoli, odsunął się - tak jak oczy Fleamonta zaprogramowano, by tkwiły w nim, tak ruchy Laurenta teraz zaprogramowano na spowolnione tempo. Odsunął ledwo o parę centymetrów, żeby mieć miejsce do powolnego odwrócenia się w kierunku tych trzymających go ramion i żeby poprawić się w tej pozycji na... na jakąkolwiek inną. Nie ważne, o tym zaraz, potem, albo może nigdy. Spojrzał na twarz, która przyprawiała o jakiś... żal. Malutką iskrę współczucia, która potrafiła zaistnieć w jego sercu, zrodzona z wdzięczności za otrzymaną pomoc i delikatność. Żal, bo twarz, jaką widział, powinna być tą, którą widział na początku tego miesiąca w cyrku. Ile człowiek musi przeżyć, żeby być tak zniszczonym? Ale oczy selkie uciekły od tego ciepło-niebezpiecznego brązu i przesunęły się na wysunięte z wanny skrzydła, po których sunęła woda. Fakt, że nie ubywało jej z wanny był z jakiegoś powodu minimalnie kojący. Przysunął się znów, żeby wyciągnąć dłoń do tych skrzydeł, zaczynając od miejsca, gdzie wysuwały się zza ramienia. Gdyby miał je namalować słowem... jakby to ujął? Gdyby miał słowem namalować tę istotę, która błyskała groźbą i czułością, miękkością puchu i szorstkością dotyku - gdzie umieściłby tą Chodzącą Sprzeczność?

- Boję się ciemności. - Szepnął, bo nie musiał głośniej mówić, kiedy teraz pochylał się ku niemu, jedną dłonią opierając na jego ramieniu, żeby badać palcami z fascynacją te skrzydła. Fascynacja. Robisz to powoli, ostrożnie, ze strachem, że te pozorne zapewnienia od drugiej strony, że wszystko w porządku i nie ma czego się bać zaraz się zmienią. Zaraz pojawi się dowód, że zawsze jest czego się bać. Szczególnie, gdy już zapada zmrok. Wędrówka jego dłoni została jednak zatrzymana, kiedy usłyszał o spadających gwiazdach i obrócił twarz ku oknu. Spadające gwiazdy musiały być piękne... a jakby wyglądały odbite w tych smutno-pieskich oczach? Fleamont dawno zamienił się w spadającą gwiazdę, która zapomniała, jak lśnić. Dlatego chciał, by inni lśnili dla niego, by mógł ogrzać się w ich blasku. Laurent znów trochę się odsunął - tym razem po to, żeby móc spojrzeć w oczy istoty, która zachęcała do zabawy. Kusiła jak Wąż do zjedzenia rajskiego jabłka. - A ty? Chciałbyś iść, czy zostać? - Zapytał ostrożnie. Nagość nie była problemem. Problemem było to, jak bardzo nie znał Crowa. Tym bardziej nie znał i nie rozumiał osoby, która tu była. Próbował to wyczuć - bezpieczną drogę do... jeszcze nie wiedział, do czego. Znów z niepokojem strzelił oczami w kierunku ostatnich świec, jakie się tutaj paliły.

- Nie znam cię. - Człowieka, który chciał rozgrzewać innych, żeby poczuł, że coś znaczy. Żeby nie był pyłkiem w całym kosmosie, którego niesie wiatr bez celu, bez domu, bez dłoni, które będą czekać. - Twoja agresja i impulsywność mnie przerażają. - To tylko sen, prawda? To musiał być sen. - I jednocześnie współczułem smutku, który zawsze tkwił w twoich oczach. - Dotknął ostrożnie jego twarzy, żeby przesunąć kciukami po jego skroniach od kącików oczu do włosów. - Ale skoro tu jesteś, inna wersja ciebie samego, to możesz być tylko Koszmarem albo Fantazją. - Wydawało mu się, że z tych doznań nie mogło istnieć nic pomiędzy. - Twój dotyk nie jest czymś, co można zapomnieć. Ta mieszanka strachu i pragnienia zamieszała mi w głowie. - I chyba to jest wynik tego przedziwnego snu. Tylko jakim cudem był go świadom? Tego nie wiedział. Nie był to pierwszy taki świadomy sen, ale to tylko dodawało kilogramów przerażenia.

Irytacja? Obrażenie. Fleamont wyglądał teraz na lekko obrażonego, albo urażonego? Urażonego tym, że granica między nimi była nakreślona twoimi własnymi rękoma. Nie chciałeś szorstkich słów. Niech chociaż w snach ich nie będzie, już wystarczy. Ta cała zgnilizna świata, to całe parszywe nieszczęście, to pragnienie utknięcia w czyichś rękach na wieczność... Tak jak i wcześniej, tak powoli teraz się przysunął, żeby objąć Crowa jak najlepszego przyjaciela. Jak kochanka, który potrzebował ulgi i ciepła. Jak kogoś, kto był drugą połową, do której musiałeś idealnie pasować. Czule ułożyłeś dłoń na jego potylicy, drugą objąłeś go ponad skrzydłami. A para tańczyła wokół, jakby chciała pochłonąć ten sen jak wcześniej mleczna mgła.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#7
22.01.2024, 03:24  ✶  
Na pewno różnili się od siebie aż tak bardzo? Crow z rzeczywistości i Crow ze snu? Jeśli tak, to ta wersja, która towarzyszyła teraz Laurentowi w kąpieli, nic sobie z tego nie robiła. Zachowywał się tak swobodnie, jakby to, że ktoś w pewnym sensie obcy zjawił się tak blisko, była najnormalniejszą, najzwyklejszą rzeczą na świecie - jego ciało było napięte, spragnione dotyku. Nie unikał go, nie spoglądał na niego jak na kogoś obcego, bo...

- I mówisz mi to ty? Przecież ty uwielbiasz, jak cię boli.

...przecież go znał.

Znał go i trochę irytowało go to, jak nieznany wydawał się być drugiej stronie. Nie chciał, żeby Laurent się od niego odsuwał - oczywiście, że grał w grę bycia panem tej sytuacji, ale kto go poznał głębiej, kto poświęcił mu tyle uwagi, aby poznać jego największe lęki, ten rozumiał doskonale, co potrafiło wyprowadzić go z równowagi najmocniej: cielesne odrzucenie. Crow zacisnął więc mocniej zęby, kiedy ten się od niego odchylił, ale wracał ku spokojowi w chwili, kiedy to okazywało się jedynie zmianą pozycji. W takich momentach rozumiał, jak wolno i boleśnie potrafił płynąć czas. Kilka centymetrów, kilka sekund, ale tak piekielnie powolnych, dodatkowo podsyconych przez frustrację, coraz głośniejszy szum w uszach. Laurent się odwrócił, Crow zdążył w tym czasie zadać sobie szereg nieprzyjemnych pytań, jakich się nie powinno powtarzać na głos, więc zamiast tego nerwowo przejechał językiem po zębach, wydychając haust ciepłego powietrza. Nie zamierzał go spłoszyć - poruszył się nawet i rozłożył te skrzydła bardziej, dając mu lepsze pole do zbadania ich dotykiem, a następnie uniósł go rękoma w górę, rozprostowując własne nogi i dając mu na nich usiąść. Najwyraźniej nie pasowało mu to, że znajdował się pomiędzy nimi, kiedy spoglądali sobie w oczy.

- Obawiam się, że jeżeli nie chcesz, żebyśmy siedzieli tu w ciemności, to musisz poczuć spokój. - Nie doprecyzował dlaczego, chociaż poruszał temat drugi raz - zachował część swojej enigmatyczności, nawet jeżeli zamierzał obnażyć się z czegoś osobistego. - Ostatnio kazałeś mi ciągle pracować, a tam mają zimne ognie i ciasto. - Odpowiedział, nie zawarł w tym jednak nuty sugerującej, że jakoś wyjątkowo mu na tym zależało... Najwyraźniej młody Prewett naprawdę miał podjąć tutaj decyzję, z którą Crow się bez większego namysłu zgodzi, ale z jakiegoś powodu wisiało tutaj nieopisane napięcie, jakby ten niepozorny wybór mógł nieść za sobą naprawdę różne konsekwencje. A on lgnął do tego dotyku. Do palców sunących po jego twarzy. Obrócił ją lekko w lewą stronę, jakby chciał przytulić się do dłoni, jak kot domagający się większej ilości pieszczot, kiedy ręka jego właściciela przestała drapać go za uchem. A te słowa, jakie układały się pomiędzy nimi, nie pasowały mu - to zaś dało się dostrzec w lekko zmarszczonych brwiach. - Brzmię, jakbym był przerażająco samotny. - Przyznał, ale to też niezbyt dobrze mu leżało - wyszeptał to, ale nawet jak na szept było to tak ciche, tak delikatne, że jedynie kompletna cisza przerywana tylko i wyłącznie ich oddechami i coraz powolniejszym kapaniem wody, zagwarantowała jego słyszalność. - Próbowałeś w trosce o mój zdrowy rozsądek poudawać, że mnie rozumiesz? Oh Laurent, znasz mnie, może nie chcesz mnie znać, ale znasz mnie. Albo nas. Zależy, jak lubisz to postrzegać, ale dla mnie... choćby i świat zaczął się od nowa tysiące razy, choćbyśmy rodzili się na nowo w nieskończonej pętli, to ty. Wciąż ty, jeszcze raz ty. To zawsze byłeś ty. I za każdym razem kiedy objawiasz mi się w tym świecie, robisz to głodny. Duszony uczuciem tęsknoty za czymś, czego nie pamiętasz. Przychodzisz tutaj zaznać rzeczywistości, w której to mnie oswoiłeś. - Wychylił się w przód. Był rozgrzany. Pachniał przepięknie, tak słodkością i sobą, zapachem być może zapamiętanym przez Laurenta sprzed lat. - Masz rację, wiesz? Ta agresja, nawet jeżeli jestem twój, ona wciąż we mnie tkwi. To cicha rzecz. Czuję, jak we mnie wzrasta, kiedy się odsuwasz. Skarbie, bez ciebie jestem wrakiem. Kochaj mnie, albo zacznę gryźć, dobrze wiesz, że mam to w żyłach. - Nienawidził tego - choćby cienia porzucenia, wycofania się - a wiedział, że to mogło się wydarzyć. Bo czasami naprawdę przychodził tutaj po szorstkość. Po prawdę znaną każdemu wokół oprócz niego samego. Po pytania, jakich nie potrafił sam sobie zadać. Przerabiał te rozmowy dziesiątki razy. Bo znów szedł i wyglądał, jakby chciał zniknąć. Albo znów uważał, że zmiana jest zbyt trudna i nie potrafił postawić kroku. Znowu się bał. Znowu wszyscy myśleli, że jest ładny, chcieli go dotykać, ale nie potrafili go pokochać. Znów budował sobie więzienie kłamstwami przed samym sobą, bo z jakiegoś absurdalnego powodu uważał, że wtedy właśnie czuł się wolny. Znowu był zmęczony, ale nie mógł zasnąć, bo nie istniało już absolutnie nic, co mogło uchronić go przed jego własnymi decyzjami. Ale czy to którykolwiek z tych przypadków? Może, ale tylko może... Może faktycznie pojawił się tu tylko po to, żeby odpocząć. Żeby móc zaobserwować jak Crow wydycha kolejny haust powietrza, jak rozluźnia się od ulgi ogarniającej jego ciało - bo Laurent temu ulegał, a on mógł opleść go swoimi rękoma i przycisnąć do siebie jeszcze mocniej, jakby zwykły dotyk nie był wystarczający - potrzebował mocniejszego nacisku, dobitnej świadomości bycia obok. I na moment zrobiło się ciemniej - bo zamykając go w pewnym i silnym objęciu ramion, otoczył go też tą ścianą piór, zamykając ich dwójkę w tym małym świecie pełnym pary, ciepła i w percepcji Crowa - hałasu jego własnego serca. Z tego nie było już łatwego wyjścia, nie dało się go tak po prostu zostawić - trzeba było pogodzić się z gwałtowną reakcją, kiedy spróbuje się zawahać, albo oddać mu się przynajmniej na tę chwilę, kiedy wykorzystywał nawet najdrobniejsze gesty, żeby brać z nich więcej - tworzył pożar z iskry, znów sunąc palcami po jego ciele. - Chcesz przekonać się jak smakuję? - Był już na tyle blisko, tak sugestywnie przekręcił głowę, że wystarczyło nie odsunąć się, żeby dać mu złożyć pocałunek swoich wargach.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
24.01.2024, 14:06  ✶  

Czy w ogóle różnili się od siebie tak bardzo? Nie Crow od Crowa. Lukrecja od Crowa. Albo Laurent od Fleamonta? Od Edga? Ludzie o bardzo wielu twarzach, mogący być bardziej natarczywi i mogący bardziej się wycofać. W pewnym momencie nie chcieli spoglądać w lustro, bo jedyne co widzieli po zdjęciu maski to płaska przestrzeń czekająca na zapełnienie. Nie mogli zapełnić jej sami, więc lgnęli do dłoni, które były w stanie przybrać ich w odpowiednie rysy i odpowiednie barwy. Dla nich to były kolory - dla Flynna jednako była to szarość, ale Laurent rozróżniał dwie barwy - ten róż, kiedy z kimś byłeś. I ten chłodny, niebieski kolor, kiedy przychodziło ci zostać samemu. Nie wiem, co było gorsze - poznać barwy i stracić możliwość ich oglądania, czy nigdy nie móc poznać ich feerii? Pojąć też, czemu ktoś obcy traktuje cię jak dobrze znajomego kochanka, było poza możliwością ujęcia dłoni blondyna. Istota Flynna przeciekała mu przez palce jak płatki róż na wodzie, którą brał w garści.

- N-nie... lubię bólu. - Zająknął się w nagłym przypływie stresu, który uderzył w jego wnętrze i znów doprowadził mięśnie do napięcia się, nogi do niespokojnego poruszenia, palce do nerwowego wygięcia. Nacisk. Czarny Anioł mówił to w sposób oczywisty. W oczywisty sposób nie było również jakiegoś wielkiego przekonania w tym bardzo szybkim zaprzeczeniu Laurenta, które przy magicznym słowie "nie" uniosło się w głośności o kilka decybeli w górę. Ból. Wywoływał strach. Samo wspomnienie o tym, że mógłby lubić ból, napawało go lękiem, a ciało gotowało się do konieczności przygotowania takowego na kark. Dłonie Crowa go nie przyniosły. Z wyczuciem przesunęły go, a on nawet nie protestował. Nie miał odwagi do zaprotestowania. Rozłożył nogi, osiadł na jego udach, opleciony tą pachnącą, ciepłą wodą i parą. Powinno mi być już duszno... Powinno się kręcić w głowie, powinien złapać problemy z oddechem. Nie było żadnej takiej reakcji. Zamarł na krótką sekundę z dłonią na tym skrzydle spoglądając w napiętą twarz. Twarz, która zawsze przejawiała całą gamę emocji. Wyliczaj dalej, może w końcu zgadniesz - Ty, dalece wykluczony z grona osób, które mogłyby znać Fleamonta bliżej, lepiej, dokładniej. Jeśli jednak go nie znał, co to był za dziwny sen? Jego romantyczne wyobrażenie Flynna? Jego pełne pasji wspomnienie wspólnych nocy? Załamanie mózgu, który szeptał mu, że gdyby wrócił tam, gdzie był wcześniej, to żyłoby mu się lepiej? Od ramion do ramion, budząc się z narkotycznych snów na zjeździe, żeby potem ciałem żebrać o kolejne dawki i zatapiać się w niezdrowym hedonizmie? Budzić tak jak dziś - w wannie. Tylko bez czułych ramion, a opleciony własnymi ramionami. Z płaczem i siniakami na ramionach, bólem i obrzydzeniem. Moralność upadała. O czym myślał człowiek, którego moralność sięgnęła jeszcze niżej? Nie było nic uroczego w oczach Crowa w tym momencie. Były tak czujne jak oczy wilka, który chciał ugryźć przy byle złym ruchu, ale jednocześnie żadnego z tych ruchów nie karał pacnięciem dłoni. Skrzywdzisz mnie? Nie skrzywdzisz? Co mam robić, żebyś był zadowolony i żebyś mnie nie skrzywdził? Szukał odpowiedzi, ale panika powoli umierała w zarodku. Umierała, bo te gorące dłonie i gorące ciało przed nim było zapraszające. Bo to spojrzenie, choć takie czujne, napawało poczuciem pożądania. Wbijało mu do głowy te pawie przekonania - Laurencie, jesteś piękny. I Laurent pięknie się uśmiechnął pod spojrzeniem, jakim Flynn go teraz obdarzał.

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz odczuwałem spokój. - Nie pamiętał. To było jeszcze przed Beltane, jeszcze zanim wszystkie tragedie zaczęły trawić świat, kiedy otworzył swój kochany rezerwat i mógł tam zamieszkać. Kiedy rodzina go nie niepokoiła, kiedy wszystko się układało... chociaż przez parę chwil. Nie. Nawet wtedy nie było spokojnie, bo poczucie winy po tym, co się stało z Edgem, z Dante, zżerało go od środka. To, jak patrzył w oczy rodziny i uśmiechał się mówiąc, że nic się nie stało. Że jego stan zdrowia i chudnięcie, że to tylko stres. To po prostu praca. Jego życie było życiem mało spokojnym. Zawsze coś w nim się działo. - Jak kazałem ci pracować? - Zapytał ostrożnie, niepewny tego, czy był gotowy na odpowiedź. Dłonie, którymi o wiele śmielej przesunął po cudownych skrzydłach wróciły do ramion Fleamonta. Przystojny... A jego uroda rosła wraz z drobinkami bezpieczeństwa, którymi prószył jego ciało i umysł. - Jeśli chcesz to możemy iść na... zimne ognie i ciasto. - Uszczęśliwiłoby go to? Brzmiał, jakby tak i zarazem... Laurent powiedział to bez przekonania, bo to wrażenie miało też drugą stronę medalu - to, w której tkwiło w nim poczucie, że Fleamont nie chciał wychodzić z wanny. Albo to on sam wychodzić z niej nie chciał? Jakaś część niego widziała Edga na ciemnej, festiwalowej uliczce. Oświetlony był tylko tym zimnym ogniem, na ustach uśmiech, w smutnych oczach trochę więcej ciepła. W drugiej dłoni trzymał worek ciasteczek. Gdyby tylko mógł malować obraz uwieczniłby tę wizję. Chciałbym to zobaczyć. Taka lepsza wersja świata. Tylko zaraz dociera do ciebie, że przecież nie było o tym mowy. Nieopatrznie i niechcianie wyrządziłeś wystarczającą krzywdę, żeby nie mieć odwagi pokazywać się przed twarzą prawdziwego Edga. Poczucie wstydu i niepewności wymalowało rumieńce na twarzy Laurenta. - Już... już nie jesteś samotny. Masz kogoś, kto cię kocha. A kiedyś... pewnie nigdy bym się tam nie pojawił, gdybyś samotnym się nie czuł. - Dlatego czuł się winny. Dlatego było mu szkoda. Dlatego patrząc na morze ułożył na nim białą różę ku pamięci tego człowieka. Tego samego, którego się bał. Tego samego, przed którym uciekałby w popłochu. I potem ta sama osoba go sprowadziła do parkietu i uratowała przed napadem paniki. Sinusoida doświadczeń. Nikt chyba nie mógł powiedzieć, że się z Flynnem nudził.

- Nie wiem teraz, czy obiecujesz, czy ostrzegasz. - Uśmiechnął się filuternie. Push pull. Reakcja odpychania i przyciągania. Z jednej strony zawstydzenia, z drugiej wyzwania. Lekki nacisk, że nie chciał się całkowicie poddawać i wycofywać. Może już dość. Tyle kropel wyleciało po piórach anioła, że jedna kropla egoizmu nie zmieni wiele. A jednak, koniec końców, nie wiedział co odpowiedzieć temu wyszczekanemu człowiekowi, który zawsze miał dobrą reprymendę pod ręką, zawsze potrafił cię dobić do ziemi, zawsze potrafił wycelować w czuły punkt. Wywrócić oczami i obrazić. Teraz nimi nie wywracał. Teraz jego słowa były hipnotyzujące. Wpatrywał się w niego. Co jeszcze mógłby usłyszeć? Ile o nim samym, czego nie rozumiał? I czy w ogóle był gotów rozumieć? Zastanawiał się co mógłby powiedzieć na pogrzebie Flynna. Jego życie było żartem, ale kochał na serio.[i]

Rozchylił powieki, spoglądając na ciemność, ale to nic. To nie świece zgasły jednym podmuchem. To kopuła, która tworzyła uświęcone sakrum. [i]Jak ciepło... Mięśnie rozluźniły mu się automatycznie, odetchnął. I zaraz po tym napięły się tylko po to, żeby uścisnąć go mocniej. Zsunął się odrobinę niżej, żeby ułożyć głowę na poziomie jego klatki piersiowej. To serce biło. Mocno uderzało w klatce piersiowej nie pozostawiając wątpliwości, że Fleamont żył. I tak jak każdy człowiek na tym świecie potrzebował to życie otrzymać na otwartych dłoniach, żeby upewnić się, że nie żyje tutaj sam.

Dotknął motylimi skrzydłami warg zapraszających go do skosztowania. Jest język, który między nami zawsze był jasny i zrozumiały. Bo niepotrzebne były im słowa, żeby rozumieć dreszcze ciała.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#9
29.01.2024, 01:43  ✶  
Crow na ten szelest serca zareagował od razu. Musiał chłonąć ten stres, widzieć go, czuć go, jeszcze zanim Prewett się poruszył. I chyba go to martwiło, a przynajmniej na to wskazywało jego spojrzenie. Miał łatwą do odczytywania emocji twarz. No... albo po prostu nie dusił ich w sobie. Zmartwienie. Brwi ściągnięte w dół, zmarszczka na czole, nieco szerzej otwarte oczy, przygryzienie wargi. A później nagle spokój i na jego twarzy pojawia się znów ta nonszalancja - wyglądał trochę, jakby miał sobie z niego zadrwić, ale to była zwykła zaczepność. Podgryzał go, szczypał, naprowadzał na niebezpieczne w swojej obecności myśli, których powstydziłoby się wielu, ale oni mieli przecież wspólną historię. Ha, nawet dwie.

- Nie lubisz...? Nie lubisz, bo cię to nie kręci, czy „nie lubisz”, ale skrycie fantazjujesz o tragicznej śmierci w moich rękach, kiedy zamykasz oczy i odpływasz skazany na moją łaskę, zastanawiasz się, czy puszczę twoje gardło w ostatnim momencie? Skup się Laurent, bo to istotne dla dalszej fabuły. - Ale on wcale nie czekał na żadne słowo ani na zgodę. Zakręcił tylko palcem w powietrzu, jakby chciał zasymulować w ten sposób kręcenie się trybika, a później wydał z siebie cichutkie pyknięcie, dźwięk towarzyszący zapalaniu się dużych lamp w mugolskich sprzętach. - Uznam moje nowe imię za odpowiedź. - I znów uśmiechnął się tak bezczelnie, jak to tylko potrafił Crow, burząc komuś latami układaną świątynię, zupełnie jakby ceglany mur był domkiem z kart. Ta zadziorność przerodziła się w uwagę. Obserwował jego reakcje na dotyk i słowa, a później pojawił się ten uśmiech zwiastujący, że blondyn mu ulega. Crow poprawił swoje usadowienie. Od razu dało się zauważyć, że poczuł się na tym gruncie pewniej, a tym samym trzeba było spodziewać się wszystkiego, bo mydlić innym oczy potrafił jak nikt inny. - Daj sobie na to szansę teraz. Co cię tutaj niby sięgnie? Ciemność? Rozpalę ci dwie świeczki za każdą, która zgaśnie. - Rozumiał coraz lepiej ich zagmatwaną relację, więc uderzał z innej strony. Mogli tu przecież zbudować coś nowego, coś piękniejszego niż chaos i zagubienie, jakie Laurent przyniósł tu ze sobą z innego świata. On mu się teraz pięknie i otwarcie oferował na lepszego kochanka niż to najwyraźniej paskudne alter ego, lecz w paskudztwo samego siebie nie wierzył - co najwyżej w niezrozumienie. - Pokaż mi kogoś, kto ci szkodzi, to rozgryzę mu gardło. Kilka godzin w moich ramionach, może tego ci właśnie trzeba, skarbie? Może tego potrzebujesz, żeby później stawić czoło swojemu innemu życiu? - Jego ręce znów podróżowały. Delikatnie przemierzały zakamarki jego skóry i gubiły się w różnych miejscach, ale nigdy na tyle długo, żeby dało się w tym utonąć. Bo to nie była pieszczota, to była pokusa. - Kazałeś mi budować. To swoje śliczne miasto, które tak kochasz. - Nie brzmiało to jak odpowiedź, bardziej... jakby przypominał mu o czymś oczywistym, tak jak mówił mu o festiwalu. - Oczywiście, że chcę, ale ty wydajesz się być taki zgubiony... - Chociaż mogło się mieć takie wrażenie, nie chodziło tu wcale o niewiedzę dotyczącą świata. Chodziło o te rumieńce podszyte nie pragnieniem bliskości, a wstydem i strachem - Crow przejechał palcem po jego policzku. Najwyraźniej nie miał zamiaru przerywać bycia w tym flircie kimś bezwzględnie natarczywym. Jeżeli Crow był potworem, to miłość potworów smakowała słodkością i desperacją. Desperacją, ale nie taką, która obnażała kogoś ze słabości. Nie. Ten Crow był bezgranicznie zakochany i zdesperowany, aby tę miłość odwzajemniać, odnajdywał w sobie delikatność, zrozumienie dla kruchości cudzego jestestwa, ale też gubił tę delikatność - gubił ją, ostrożność, miękkość. Palce zaciskające się na skórze blondyna na moment zrobiły to za mocno, jakby dla przypomnienia, że ta ręka była szorstka, wielokrotnie była brudna od krwi, a teraz... teraz była też przedłużeniem myśli kogoś nachalnego i zaborczego. - I kocha mnie tak mocno jak ty byś mnie kochał? Jest tak łatwo kogoś w sobie rozkochać, oni zawsze się na to nacinają. Na twarz, na ten żar, pod którymi czai się oziębłość. Wiem, że znasz to uczucie, Laurent. To uczucie, że możesz mieć wszystko, absolutnie wszystko, możesz wejść do łóżka każdego, stać się całym jego pieprzonym światem, ale tam zawsze tego brakuje. Oboje zawsze byliśmy jednocześnie tak łatwi i tak trudni do kochania. - Ale jego kochał. Ten sen dał mu zaznać czegoś, czego w rzeczywistości nigdy od niego nie zaznał - kiedy ich twarze się do siebie zbliżały, zanim ich wargi zetknęły się ze sobą, a Crow znów przymknął powieki, w jego brązowych oczach dało się zobaczyć wszystko - tę wielką pustkę w jego duszy i... ciepło. Tliło się tam, jak pojedyncza iskra, a później zniknęło pod kaskadą rzęs. Pojawiły się język i zęby przygryzające jego dolną wargę.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
30.01.2024, 17:12  ✶  

Nie potrafił całkowicie rozluźnić mięśni, chociaż ta sytuacja ciągle go uspakajała to zaraz pojawiał się bodziec, który szeptał: tylko uważaj. Nie mógł nie uważać, skoro spoglądał na tę zmartwioną twarz i nie wierzył w to zmartwienie. Jednocześnie nie dało się nie uwierzyć - wszystko wszem i wobec krzyczało, że hej - tu nie oszuka cię własny mózg. Nie oszuka cię ta niepewność, nie oszuka zwątpienie, że w tej pęczniejącej chwili od tych spojrzeń, dotyków i delikatnego szczypania spojrzeniami i słowami chciało się być bliżej i napinać już nie z powodu stresu a z powodu przyjemności. Podobnie zachowywał się kot, który bał się tego, co widzi i słyszy, ale nie potrafił ten strach wygrać z ciekawością, jaka go ogarniała. Biały kotek we wronich szponach chciał objąć ptaszysko łapami chociaż w kącie głowy miał wrażenie, że wtedy już naprawdę dostanie za to po łapach. Kara za ciekawość. Kolejna kara za to, że zaufałeś człowiekowi, a ukrywając własną potrzebę bliskości pod oszustwem niesienie ciepła drugiemu człowiekowi przegrasz potyczkę z nim i samym sobą. To napięcie rodziło się na tym poziomie - w świadomości, że z Flynnem nie był w stanie wygrać. I wszystko, co Crow robił, mieszało w kotle jego głowy sprzecznościami. Nie pozwalało mu się zatrzymać między chciałbym, a bałbym się. Panicznie boję się bólu, ale...

Gdyby tylko nie nosił już rumieńców na twarzy to właśnie wykwitnęłyby one jak maki na zielonej łące pod dotykiem słońca. Tym słońcem, o paradoksie, był dla niego Crow. Laurent aż drgnął na jego nogach, kiedy ten wydał z siebie ten odgłos. Prawie jak przyłapany na gorącym uczynku. To dziecko, które ciągle pyta dlaczego i dlaczego, które ciągle chce zrozumieć i szuka odpowiedzi, ale chce też, przede wszystkim, poznać i zasmakować. Prewetta ciężko było zawstydzić. Tutaj jednak zupełnie sam nie znał odpowiedzi na zadane pytanie i tak kręciło się to kółeczko za ruchem palca Flynna. Przy tym, jak ten mężczyzna był (podniecająco) bezczelny, pewny siebie. Ta Fantazja. Sprośnie zasnuta gorącą parą z kąpieli i mirażem snów.

- Crow, przestań. - Zsunął dłoń z jego ramienia i ułożył palce na jego ustach, które obiecały mu dwie świeczki za każdą spaloną. Nie podobało mu się to, jakie struny poruszał. Nie podobało mu się to, że mogło mu się to spodobać. Że to proste zdanie było tak słodkie, że pociągały jego struny pojęcia piękna i najwyższego czczenia ludzkich wartości. Tego, jak bardzo chciał, żeby ktoś mu tak szeptał do uszka, a potem obejmował ramieniem, za którym nic i nikt nie mógł go dosięgnąć. - Bo jeszcze się zakocham w mojej Fantazji. - We śnie. I jakie to potem byłoby bolesne wrócić do życia, do którego wracać wcale nie chciałeś, jednak nie miałeś wyboru. Musiałeś. - Nie, Crow. Śmierć jest zła. Ludzi nie można krzywdzić. A przynajmniej nie powinno się. Bo to nie krzywdzi tylko drugiej osoby. Krzywdzi też ciebie. - Dłoń z ust przesunęła się na poziom serca mężczyzny. A Laurent ożywał. Dotykany tymi słowami, jakie płynęły z kuszących ust przed jego twarzą, jakby doświadczał mentalnej gry wstępnej. Flynn lizał go słowami, dotykał ukrytych miejsc bez najmniejszego dotyku. Ocierał się o niego i naciskał z wyczuciem, by całkowicie go pobudzić, choć jego dłonie nie zbliżyły się nawet do jego ud. W końcu w niego wchodził. Głęboko do zakamarków jego duszy. - Może w końcu dzięki temu zacząłbym spokojniej spać. Licząc na to, że Bóg znów wpuści mnie do tego miejsca. - Pozwoli zamienić się ciałem z nim samym. Albo z kimś, kto nim nie był. Nie wiedział już sam. Przylgnął chętnie do dłoni sunącej po jego policzku, łasząc się do niej jak ten kociak stęskniony za drapaniem za uszkiem. Za pieszczotami, które mogą zacząć się od delikatnego głaskania po łbie, ale ten kot chciał zostać porządnie wytarmoszony. Tak, żeby potem mógł odejść i robić swoje kocie rzeczy. A gdzie wtedy odszedłby ten Crow? Laurent już nie miał wrażenia, a zwykłą pewność, że ten strach przed bólem i koszmarem był naleciałością z realiów. I z tych snów, które wcale nie kończyły się tak miło. Nawet tak miło nie zaczynały.

To musi być naprawdę piękne miasto, skoro budowały je tak piękne oczy - ta myśl nie powinna się była pojawić w jego głowie, a jednak to zrobiła. Zrobiła to nawet wtedy, gdy dotyk z wyczulonego zamienił się w mocniejszy, przynosząc skrawek bólu. Uda blondyna zacisnęły się na moment mocniej na udach czarnowłosego, nabrał szybciej powietrza, cichy, krótki dźwięk wydobył się z jego gardła - niby dźwięk sygnalizujący ból. Niby... bo jakoś to głupie serce zabiło jakoś mocniej, tak z tego strachu jak podniecenia.

- Bo ja nikogo naprawdę nie pokochałem, Fantazjo. Nawet samego siebie. - Szepnął do tych zamkniętych powiek między zetknięciami warg i zębów. Między jego ruchami dłoni, które teraz z subtelnością anielskich piór szukały przyjemności dla skóry Fleamonta.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (5355), The Edge (5539)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa